Wielka polityka handlowa rozgrywa się gdzieś wysoko, ale zwykły człowiek podejmuje swoje decyzje tuż obok – przy sklepowej półce. I coraz częściej chce wiedzieć jedno: skąd to właściwie jest.

Pisałem niedawno o Mercosur i o tym, jak wielkie decyzje handlowe mogą uderzyć w nasze rolnictwo i bezpieczeństwo żywnościowe. Nic więc dziwnego, że zwykli kupujący zaczynają szukać najprostszej formy orientacji w tym coraz bardziej skomplikowanym świecie – chcą po prostu jasno widzieć, z jakiego kraju pochodzi to, co wkładają do koszyka.

Kiedy politycy spierają się o globalizację, nowe umowy handlowe i „nowy porządek świata”, zwykły człowiek robi coś znacznie bardziej przyziemnego. Stoi przy skrzynce z jabłkami i próbuje rozszyfrować, skąd one właściwie są. A że czcionka na etykiecie bywa mniejsza niż druk na umowie kredytowej, a czasem równie zrozumiała, efekt bywa różny.

Dlatego gdy wchodzą przepisy o obowiązku wyraźnego pokazywania flag przy owocach i warzywach, reakcja ludzi jest zaskakująco prosta: „Wreszcie”. Dla nich to nie żadna rewolucja, nie zamach na wolny handel i nie kolejna biurokratyczna fanaberia. To zwykłe, ludzkie: wreszcie będę widział, co kupuję, a nie zgadywał.

Rozmawiałem z kilkoma osobami, które nie śledzą debat o Mercosur, GS 2.0 ani innych skrótów brzmiących jak nazwy nowych modeli odkurzaczy albo programów kosmicznych. I wiecie, co usłyszałem? „Biało-czerwoną znam od dziecka. To mi wystarczy”. W tym jednym zdaniu jest cała filozofia konsumenta – nie komplikujcie świata bardziej, niż trzeba.

Bo zwykły człowiek nie chce analizować globalnych łańcuchów dostaw ani czytać raportów o konkurencyjności rolnictwa. Nie chce się zastanawiać, czy jego pomidor przypłynął statkiem przez pół oceanu, czy przyjechał z sąsiedniego powiatu. Chce tylko wiedzieć, skąd to jest. I tu zaczyna się rzecz najciekawsza: kiedy elity dyskutują o globalnych trendach, zwykły człowiek oczekuje po prostu czytelnej cenówki.

Właśnie tam, przy sklepowej półce, rodzi się gospodarczy suweren. W ułamku sekundy podejmuje decyzję, czyją pracę i czyje rolnictwo wesprze własnym portfelem. I robi to bez konferencji prasowej, bez strategii i bez doradców. Wystarczy koszyk i własne pieniądze.

Oczywiście wielkie sieci handlowe już podnoszą larum, mówiąc o dodatkowych kosztach i logistycznych trudnościach. Ale bądźmy szczerzy: koszt wydruku małej flagi mniej ich boli niż myśl, że klient zacznie patrzeć i wybierać świadomie. A świadomy klient to dla wielkiej korporacji zjawisko niebezpieczne – bo potrafi popsuć najlepiej zaplanowaną marżę.

Można powiedzieć, że flaga to drobiazg. Ale symbole mają swoją siłę, zwłaszcza te, które rozpoznaje się w sekundę. W świecie, który z roku na rok staje się coraz bardziej skomplikowany, ludzie chcą jednej rzeczy – żeby choć zakupy nie wymagały studiów podyplomowych z logistyki międzynarodowej.

Ta „rewolucja w sklepach” jest więc niczym innym, jak powrotem do zdrowego rozsądku. Dajcie nam jasną informację, a resztę ogarniemy sami. Kiedy stoję w sklepie, widzę, jak ludzie zatrzymują się przy skrzynkach i uważnie oglądają towar. Wielu z nich naprawdę odczuje ulgę. Wreszcie nie będą musieli się domyślać. Wreszcie wybiorą po swojemu.

I to jest ta mała, codzienna wolność, o której wielcy tak chętnie mówią, tylko rzadko ją widzą. Bo prawdziwa suwerenność nie zaczyna się w gabinetach ani w dokumentach strategicznych. Zaczyna się przy sklepowej półce. I bardzo możliwe, że właśnie tam ma się dziś całkiem dobrze.

Zbigniew Grzyb
Z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄