Wystarczyło jedno weto, żeby w polskiej debacie publicznej eksplodowała histeria. W ciągu kilku godzin media społecznościowe wypełniły się oskarżeniami o „zdradę stanu”, „sabotaż bezpieczeństwa Europy”, „działanie na rzecz Kremla”. W ruch poszła najcięższa możliwa retoryka.
Powód? Ktoś odważył się powiedzieć „stop” kolejnemu elementowi pogłębiania integracji.
Mechanizm jest dziś w Unii Europejskiej aż nazbyt czytelny: każda próba zatrzymania przekazywania kompetencji do Brukseli traktowana jest jak akt politycznej herezji. W debacie nie chodzi już o argumenty. Chodzi o dyscyplinowanie tych, którzy mają czelność przypominać, że państwa narodowe wciąż formalnie istnieją.
Tymczasem w całej tej burzy emocji umyka fakt kluczowy: kredyt Safe UE rozpisany na 45 lat nie jest wyłącznie narzędziem finansowym.
To element architektury politycznej.
Architektury, która od dekad zmierza w jednym kierunku – budowy federacyjnego państwa europejskiego.
Historia polityki zna jeden żelazny mechanizm: wspólny dług poprzedza wspólne państwo.
Najpierw pojawia się finansowa solidarność wymuszona zadłużeniem. Potem powstaje wspólny budżet, który ma ten dług obsługiwać. Na końcu pojawia się władza polityczna zdolna narzucać decyzje wszystkim uczestnikom systemu.
Tak powstawały federacje.
Stany Zjednoczone przeszły tę drogę w XVIII wieku. Niemcy w XIX. W obu przypadkach wspólny dług był jednym z kluczowych instrumentów centralizacji.
Unia Europejska powtarza dziś dokładnie ten sam scenariusz.
Czterdziestopięcioletni dług nie jest „instrumentem pomocowym”. Jest finansowym cementem nowej struktury politycznej. Jeśli odpowiedzialność za zobowiązania ma być wspólna, to wspólna musi być również władza nad budżetami, podatkami i polityką gospodarczą.
Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby zobaczyć, dokąd to prowadzi.
Manifest z Ventotene – plan, który nigdy nie zniknął
Ci, którzy dziś udają, że Unia Europejska jest wyłącznie neutralnym projektem gospodarczym, albo nie znają historii integracji, albo świadomie ją przemilczają.
Bo fundament ideowy europejskiego federalizmu powstał jeszcze w czasie II wojny światowej.
Manifest z Ventotene z 1941 roku, napisany przez Altiera Spinellego i Ernesto Rossiego, nie był romantycznym apelem o pokój między narodami. Był projektem politycznym zakładającym likwidację suwerenności państw narodowych i stworzenie europejskiej federacji z realną władzą ponad rządami krajowymi.
Państwa narodowe uznano w nim za źródło konfliktów. Demokrację narodową – za system zbyt podatny na „niewłaściwe” decyzje społeczeństw.
Rozwiązaniem miała być władza ponadnarodowa zdolna narzucić nowy porządek.
To nie był projekt neutralny.
To był projekt ideologiczny.
Po wojnie Europa nie była jednak gotowa na otwartą federalizację. Dlatego przyjęto inną strategię: budować państwo europejskie etapami, bez jednego momentu konstytucyjnego.
Najpierw wspólny rynek.
Potem wspólna waluta.
Potem wspólne regulacje.
Potem wspólne zadłużenie.
Potem wspólna polityka zagraniczna i obronna.
Każdy etap przedstawiano jako techniczne rozwiązanie konkretnego problemu. Nigdy jako część projektu budowy federacji.
Najważniejsza zasada była prosta: nigdy nie zadawać społeczeństwom pytania wprost.
Bo odpowiedź mogłaby być niewygodna.
Gdy narody mówią „nie”, elity zmieniają reguły
Historia integracji europejskiej pokazuje to aż nazbyt wyraźnie.
Gdy Francuzi i Holendrzy w referendach odrzucili konstytucję europejską, projekt nie został porzucony. Został przepakowany w traktat lizboński i przyjęty inną drogą.
Treść pozostała niemal ta sama.
To był moment, w którym wielu Europejczyków zrozumiało, że ich zgoda nie jest w tym projekcie szczególnie potrzebna.
Rezolucja z 2023 roku – kolejny etap
Rezolucja Parlamentu Europejskiego z 22 listopada 2023 roku w sprawie zmian traktatów nie pozostawia już większych wątpliwości co do kierunku.
Proponowane zmiany przewidują między innymi rozszerzenie kompetencji Unii w polityce zagranicznej, bezpieczeństwie i obronności oraz odejście od zasady jednomyślności w wielu obszarach.
W praktyce oznacza to jedno: państwa narodowe mają mieć coraz mniejszą możliwość sprzeciwu wobec decyzji podejmowanych w Brukseli.
Czyli dokładnie to, czego od początku chcieli ideolodzy europejskiego federalizmu.
Deficyt demokracji nie jest przypadkiem
W debacie o Unii Europejskiej często mówi się o „deficycie demokracji”.
Ale być może jest to określenie zbyt łagodne.
Bo jeśli system polityczny działa w taki sposób, że kluczowe decyzje zapadają w instytucjach oddalonych od wyborców, a sprzeciw państw traktowany jest jak problem do obejścia – to nie mamy do czynienia z deficytem.
Mamy do czynienia z metodą rządzenia.
Technokracja zastępuje demokrację, a polityka staje się procesem administracyjnym zarządzanym przez instytucje, których obywatele nie mogą realnie odwołać.
Nie chodzi o to, że współpraca europejska jest zła. Współpraca między państwami Europy jest konieczna i korzystna.
Ale czym innym jest współpraca suwerennych państw.
A czym innym budowa ponadnarodowego państwa bez wyraźnego mandatu społeczeństw.
Unia Europejska coraz wyraźniej przypomina projekt polityczny elit przekonanych, że społeczeństwa nie są wystarczająco rozsądne, by decydować o własnej przyszłości.
Dlatego decyzje podejmuje się ponad ich głowami.
Powoli.
Krok po kroku.
Metodą faktów dokonanych.
Problem polega na tym, że historia Europy pełna jest projektów politycznych budowanych w przekonaniu, że elity wiedzą lepiej od społeczeństw.
I niemal wszystkie kończyły się w ten sam sposób.
Najpierw narastał sprzeciw.
Potem pękała konstrukcja, która miała być wieczna.
Bo w polityce można długo ignorować wolę narodów.
Ale nie można jej ignorować bez końca.
Zostaw komentarz