Piękny letni poranek. Nadleśniczy Wacław Reszkowski stał na progu leśniczówki i patrzył przed siebie . Był w miejscu które wybrał
O wojennych wspomnieniach nie mówił często. Monte Cassino. Krzyk. Kurz. Krew na dłoniach. Twarze, których nie zapomniał i nigdy nie zapomni.
Może dlatego potrzebował odskoczni w Bieszczadach.
Mógł zostać w Lublinie. Miał propozycję bardzo dobrej posady. Mógł być kimś ważnym.
Ale wybrał Bieszczady.
— Tutaj będzie inaczej — powiedział kiedyś do żony.
I rzeczywiście, było inaczej.
Wiosną 1956 roku przyjechał do Wetliny sam. Wkrótce potem dołączyła żona z synkiem. Zaczęli na nowo szczęśliwe życie. Nawet kilka kur biegało po podwórzu. Las, góry do szczęścia nie potrzebowali niczego więcej.
I właśnie wtedy los upomniał się o niego.
Zaczęło się od bólu w piersiach. Wacław usiadł, potem osunął się na podłogę. Żona zamarła na moment, jakby nie rozumiała, co się dzieje.
— Wacław…?
Nie odpowiedział.
Serce, które przetrwało wojnę, nie wytrzymało.
Telefon zadzwonił w Cisnej.
W tym czasie był tam obóz młodzieżowy na którym przebywało kilkuset młodych ludzi. Stworzono tam szpital polowy z prawdziwego zdarzenia. Z kadrą medyczną gdzie całą dobę dyżurowali oddelegowani lekarze. Obok obozu stał helikopter — gdy komuś z obozowiczów potrzebna była natychmiastowa pomoc. Po dramatycznym telefonie o ratunek decyzja była natychmiastowa.
— Lecimy
Maszyna uniosła się niemal natychmiast. To tylko Piętnaście kilometrów.
W leśniczówce czas zatrzymał się.
Żona trzymała jego dłoń Wacka . Była zimna.
— Wytrzymaj… słyszysz? Pomoc już leci… — szeptała.
Na zewnątrz zaczęli zbierać się ludzie. Ktoś wybiegł na ganek. Ktoś patrzył w niebo.
I wtedy zerwał się wiatr. Z każdą chwilą wiał coraz mocniej. Jakby góry nagle przypomniały sobie, że są silniejsze od człowieka.
Helikopter próbował lądować.
Pilot widział leśniczówkę. Widział ludzi. Wiedział, że tam, w środku, ktoś umiera.
Spróbował kolejnego podejścia.
Maszyna zachybotało. Wicher uderzył z taką siłą, że wszystko wymknęło się spod kontroli. Śmigła przecinały powietrze, które nie chciało ustąpić.
Jeszcze raz.
Jeszcze bliżej.
— Nie da się… — powiedział cicho do siebie.
W tej jednej chwili musiał wybrać: spróbować i zginąć razem z lekarzem… albo odejść.
Odleciał.
Na ganku ktoś krzyczał…
W środku żona Wacława przycisnęła jego dłoń do policzka.
— Jeszcze chwilę… proszę… jeszcze chwilę…
Ale czas się skończył.
Karetka po kilku godzinach dotarła na miejsce. Drogi były zatarasowane zwalonymi drzewami.
Wacław Reszkowski — żołnierz spod Monte Cassino, człowiek, który w górach odnalazł spokój — odszedł tam, gdzie już nie było ani bólu, ani wspomnień.
A jego żona jeszcze długo siedziała obok.
Trzymając jego dłoń…
Lata później w Sanoku pojawił się helikopter sanitarny. Do dziś startuje gdy zachodzi taka potrzeba. Niosąc ratunek tym którzy go potrzebują w górach.
Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz