Od dawna obserwuję to co dzieje się na Węgrzech. Podobało mi się to co Orban robił w sprawach światopoglądowych i podobał
mi się jego racjonalny stosunek do Unii Europejskiej. Jego stosunek do Rosji i Ukrainy budził jednak we mnie narastająca niechęć.
Przegrana Orbana spowodowała, że pomyślałem; „No i się głupio doigrał.” Równocześnie jest mi smutno gdyż widać wyraźnie, że Magyar prowadzić teraz będzie wiernopoddańczą politykę
w stosunku do Rosji i Niemiec. Węgry są bowiem w kryzysie finansowym i nowy premier będzie potrzebował dużo pieniędzy na spełnienie swoich „100 postulatów”. Ich zdobycie będzie dość łatwe. Wystarczy popierać działania zmierzające do federalizacji Unii i podejmować konkretne kroki w stronę przyjęcia euro aby padać zaczął złoty deszcz unijnych (niemieckich) pożyczek.
Po czymś takim nadejdzie oczywiście ostry ból dolnej części pleców ale ludzie nie zwracają na to uwagi. Wierzą, że z kłopotów wyciągnie ich wojna lub kryzys ekonomiczny. Szansa na to jest duża gdyż mamy już poważny kryzys polityczny.
W Niemczech jest klincz polegający na tym, że AfD trzyma za gardło blok ludzi uśmiechniętych i rośnie tam też wirtualna „partia Allacha”.
W Francji jest podobnie. Sytuację komplikuje to, że w Ameryce Trump odesłał MAGA do kąta i reprezentuje teraz MIGA czyli „Make Israel Grate Again”.
Nie można też zapominać o Rosjanach i Ukraińcach oraz
o Chińczykach. „Armia Czerwona” posuwa się w kilku miejscach na zachód. Z szybkością 2-3 km na miesiąc. W tej sytuacji, aby finansować tego rodzaju „sukcesy”, Rosja zmuszona jest sprzedawać (po cichu) Chinom niektóre fragmenty Syberii.
Czas więc najwyższy abyśmy zaczęli zadawać sobie pytanie które państwa zbankrutują w pierwszej kolejności. Wielu czytelników pomyśli pewnie, że państwa nie bankrutują. Taka jest bowiem podstawa mniemanologii która jest ważną częścią ideologii lewicowo-liberalnej.
Prawdziwa prawda jest inna. Państwa bankrutują dużo częściej niż się większości ludzi wydaje. Robią to jednak w sposób nieoficjalny. W takich przypadkach po prostu eksploduje inflacja i następuje tak duży wzrost podatków, że HO HO HO i jeszcze trochę.
W prasie głównego nurtu, towarzyszą temu długie teksty ale nawet gdy ktoś teksty te uważnie czyta to i tak nie ma szansy na
to aby dowiedzieć się co się konkretnie stało oraz co jest tego przyczyną. Ale czasami bywają widowiska innego typu. Spektakularne było bankructwo Argentyny w roku 2001. Praktycznie stanął cały kraj. Pieniędzy brakło nawet na to aby płacić policji i wojsku oraz administracji.
W pierwszej fazie, w Buenos Aires i innych dużych miastach, tłumy pracowników wielkich biurowców biegała od bankomatu do bankomatu. W złudnej nadziei, że któraś z tych bezdusznych maszyn odda im choć trochę ich własnych pieniędzy.
Zamknięta też została większość dużych fabryk i prywatne banki (które były tych fabryk właścicielami) zaczęły domagać się od argentyńskiego rządu aby wyrównał im straty jakie ponieśli. Dodatkowo, mówiono o konieczności znacznego obniżenie płac
i podatków.
Życie potoczyło się jednak inną ścieżką. Związki zawodowe nie pozwoliły na zamykanie fabryk. Zmieniano tylko często profil produkcji i produkowano to na co było wewnętrzne zapotrzebowanie. Wyroby te sprzedawano za mającą wartość gotówkę (dolary lub pieniądze innych krajów) albo wymieniając
na inny towar. Najczęściej były to płody rolne którymi płacono pracownikom i kupowano niezbędne do dalszej produkcji surowce. W tym samym kierunku poszły małe (lokalne) firmy.
Zwolnień z pracy praktycznie nie było i w niektórych branżach zatrudniano nawet nowych pracowników. Jeszcze lepiej było na farmach lub plantacjach. Dla rolnictwa, „bankructwo” państwa stało się czasem prosperity. Ze sklepowych półek zniknęło bowiem ładnie zapakowane i wysoko przetworzone jedzenie
z importu i na puste miejsce weszły; lokalne mięso, nabiał,
jarzyny i owoce.
Problemem było tylko to, że wielkomiejscy specjaliści od marketingu, logistyki oraz zarządzania nie mieli pieniędzy ale i na to sposób. W zamian, za samochody, biżuterię, meble, itp. mogli oni załatwić dla siebie i swoich rodzin dostawy jedzenia do domu. Rozwinął się też szybko handel wymienny z sąsiednimi krajami. Powstawać zaczęła nawet „flota cieni”, która zwiększała zasięg takiego handlu.
Z globalistycznego punktu widzenia, Argentyna cofnęła się w rozwoju. Z lokalnego punktu widzenia, Argentyna rozwijała się szybciej niż poprzednio. Kwitło rolnictwo, rzemiosło i branża budowlana. Łatwo dostrzegalna była prosperita branży budowlanej. Urealniła się, w proporcji do bochenka chleba, wartość materiałów budowlanych. Pozwoliło to ludziom na remontowanie lub budowanie domów i zabudowań gospodarczych.
Czas płynął i informacje o tym co dzieje się w Argentynie zaczęły
docierać do światowej opinii publicznej. Tego banki tolerować nie mogły. Do Argentyny zaczęły więc płynąć pieniądze na to
aby policja, wojsko i administracja państwowa zaczęły znów otrzymywać normalne pensje.
Menadżerowie „zbankrutowanych fabryk” rozpoczęli też walkę o to aby odzyskać utracone mienie. Okazało się wtedy, że w Argentynie nie dzieje się komunistyczna rewolucją gdyż pracownicy deklarowali chęć oddanie fabryk. Domagali się tylko aby w pierwszej kolejności podpisane zostały nowe umowy zbiorowe.
Wysyłano wtedy policję i wojska ale policjanci i żołnierze nie chcieli strzelać do ludzi którzy karmili ich w czasie gdy płacono im tylko nędzne zasiłki na przeżycie.
Towarzysze bankierzy musieli więc podpisywać umowy zbiorowe w których gwarantowano pracownikom wyższe zarobki oraz systematyczną rewaloryzacje tych zarobków w stosunku do poziomu inflacji.
Nie oznaczało to, że zakończył się okres turbulencji. W wielkich miastach był „szum” i dochodziło do bezwładnych demonstracji. Młodzi wykształceni z wielkich miast nie mieli swoich związków zawodowych i ich (odzyskane) zarobki były dużo niższe niż poprzednio. Chyba należało im współczuć. Ci biedni ludzie musieli znów (od początku) zarabiać na „zjedzone” samochody, biżuterię i meble.
Czy wkraczamy w okres poprzedzający bankructwo Europy?
Każda następna pożyczka odwleka wykonanie takiego wyroku historii ale pogłębia dziurę do której jesteśmy spychani. Możliwe jest jednak, że przed złamaniem kręgosłupa uratuje nas rozkwitający na pobojowiskach chaos.
Zostaw komentarz