Jest taki moment, kiedy człowiek powinien po prostu zamilknąć. Śmierć do niego należy. A jednak dziś cisza przegrała z algorytmem.
Po wypadku Łukasza Litewki nie dostaliśmy prawdy. Dostaliśmy spektakl. Filmiki „z pewnego źródła”, historie „od znajomego policjanta”, wersje wydarzeń, które zmieniają się szybciej niż ktoś zdąży zapalić znicz. Dziewczyna, policjant, las, upozorowanie. Każdy może sobie wybrać narrację jak produkt z półki.
I nagle pojawiają się „konkrety”. Że dziewczyna została aresztowana. Że kierowca to policjant. Że odnaleźli się wcześniej, że były rozmowy, że były przelewy, że ktoś komuś zapłacił. Wszystko podane tonem pewności, jakby ktoś właśnie wyjął akta ze śledztwa i położył na stole. Problem w tym, że to nie są fakty. To są historie udające fakty. Zlepki domysłów, które brzmią wystarczająco wiarygodnie, żeby się sprzedać.
I teraz najważniejsze pytanie: kto to robi?
Nie tylko idioci, jak łatwo byłoby powiedzieć. Robią to ludzie, którzy bardzo dobrze rozumieją mechanikę internetu. Wiedzą, że śmierć przyciąga uwagę. Wiedzą, że emocja sprzedaje się lepiej niż fakt. Wiedzą wreszcie, że jeśli wrzucą coś wystarczająco mocnego, to poleci. A jeśli poleci, to zarobi.
Bo tu nie chodzi tylko o głupotę. Tu chodzi o biznes. Monetyzacja, wyświetlenia, kliknięcia. Każde udostępnienie to drobna moneta wrzucona do czyjejś kieszeni. I nagle okazuje się, że czyjaś tragedia staje się czyimś modelem przychodu. Płytkim. Ordynarnym. Ale skutecznym.W mediach społecznościowych wygrywa nie to, co prawdziwe, tylko to, co budzi emocje. Szok, gniew, sensacja. Fałszywa historia często jest „lepsza” niż prawdziwa, bo jest bardziej dramatyczna albo łatwiejsza do zrozumienia. Algorytmy to podchwytują i rozkręcają dalej.
Ludzie też bardzo szybko próbują „domknąć historię”. Gdy brakuje faktów, wchodzi wyobraźnia. Ktoś coś dopowie, ktoś zinterpretuje, ktoś połączy z innym wydarzeniem. I w ciągu kilku godzin powstaje cała alternatywna narracja. To nie zawsze jest zła wola. Często to zwykłe zgadywanie podane jak pewnik.
Ludzie tez dopasowują fakty do swoich przekonań. Jeśli ktoś ma nieufność wobec policji, pojawi się narracja „to był policjant”. Jeśli ktoś szuka spisków, powstaje wersja o „ustawionym wypadku”. To nie jest przypadek, tylko filtr, przez który patrzymy na świat.
I wreszcie, brak odpowiedzialności. W internecie łatwo coś wrzucić i nie ponieść konsekwencji. Nikt nie sprawdza, nikt nie prostuje. A nawet jeśli ktoś sprostuje, to fake często już zdążył dotrzeć dalej niż prawda.Problemem nie jest tylko to, że ktoś kłamie. Problemem jest to, że system nagradza kłamstwo bardziej niż prawdę. I dopóki to się nie zmieni, takie sytuacje będą się powtarzać.Kolejna warstwa jest jeszcze bardziej niepokojąca. Ludzie nie tylko to tworzą. Ludzie to łykają. Bo prawda jest często nudna, niepełna, wymaga czasu. A kłamstwo? Kłamstwo daje natychmiastową odpowiedź. Uspokaja. Daje iluzję, że „wiemy, co się stało”. Nawet jeśli to kompletna bzdura.
I w tym wszystkim ginie coś, co kiedyś było oczywiste. Szacunek. Elementarna przyzwoitość. Kiedyś śmierć zatrzymywała ludzi. Dziś uruchamia im kamerę w telefonie i potrzebę komentowania.
Dziś jest pogrzeb. I zamiast ciszy mamy szum. Zamiast refleksji mamy teorię. Zamiast godności mamy zasięg.
Można oczywiście powiedzieć: takie czasy. Internet. Algorytmy. Tylko to wygodne kłamstwo. Bo za każdym filmikiem stoi konkretny człowiek, który kliknął „opublikuj”. I za każdym udostępnieniem stoi ktoś, kto uznał, że warto to podać dalej.
To nie system jest bezduszny. To my coraz częściej tacy jesteśmy.
I może jedyne, co dziś naprawdę ma sens, to zrobić coś wbrew temu wszystkiemu.
Zostawić wreszcie trochę ciszy tam, gdzie ona po prostu się należy.