Czwartkowe głosowanie w Sejmie nad wotum nieufności dla dwóch ministerek rządu kompromitacji 13 grudnia skończyło się odrzuceniem wniosku.

Zarówno ministrzyca Paulina Hennig-Klęska jak i ministrzyca Jolanta Sobierańska – Granda zachowały swoje stanowiska.

Za ich utrzymaniem głosowali posłowie kompromitacji, w tym premier Tusk oraz ministrzyca Hennig -Klęska, oboje będący posłami niesławnej kompromitacji.

Dla obserwatora stojącego obok coraz wyraźniejszej zawieruchy gangstersko-POlitycznej, odbywającej się pod szyldem „demonkracji walczącej” jasne jest jedno.

Jedynym spoiwem tak obcych sobie ideowo formacji jak ZSL (obecnie PSL bodajże) czy też PZPR (używająca ksywy Lewica) są… stołki.

Przewaga rządzących w Sejmie jest bowiem tak mała, że utrata kilkunastu posłów dosłownie z dnia na dzień może wywrócić stolik.

Wtedy zaś godziny Tuska jako premiera będą policzone.

Zmiana na górze pociągnie zmiany na dole, a na to POsłowie, POsłanki i POsłaniszcza nie mogą sobie pozwolić.

Jak ongiś proroczo śpiewała Rodowicz:

Bo to co nas podnieca,
to się nazywa kasa,
a kiedy w kasie forsa,
to sukces pierwsza klasa.

 

Tusk ma więc łatwo. Jakakolwiek niesubordynacja (czyt. głosowanie w interesie Polski) następczo oznacza brak nazwiska na liście wyborczej. I brak łatwej kaski przez kolejne cztery lata.

A zatem wszelkie spory milkną wobec wszechwładnej mamony.

To co prawda świadczy jedynie o poziomie moralnym posłów kompromitacji, ale do tego zdążyliśmy już przywyknąć, choćby obserwując występy „naleśnika” Zembaczyńskiego czy też nadętego do stopnia zagrażającego eksplozją Michała Gramatyki, zwanego też tyskim łysolem.

Lista przykładów zresztą jest o wiele dłuższa; ci dwaj są jednak na swój sposób reprezentatywni.

To jednak tylko jedna strona medalu.

Sięgnijcie pamięcią wstecz. Przez 7 lat i 11 miesięcy rządów Zjednoczonej Prawicy z ust mniej lub bardziej prominentnych przedstawicieli totalitarnej oPOzycji słyszeliśmy o fundamencie Rzeczpospolitej, który to, zgodnie z art. 10 Konstytucji, stanowi trójpodział władz.

  1. Ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej.
  2. Władzę ustawodawczą sprawują Sejm i Senat, władzę wykonawczą Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej i Rada Ministrów, a władzę sądowniczą sądy i trybunały.

Jak wygląda „równowaga władzy” ustawodawczej i wykonawczej mogliśmy zaobserwować w czwartek.

Poseł Tusk głosował przeciwko wotum nieufności dla dwóch ministrzyc z rządu premiera Tuska. Razem z nim głosowała też jedna z zainteresowanych, również… posłanka.

Prawda, jakie to logiczne? 😉

Trzeba też dodać, że rządy w tzw. krajach demokratycznych wyłaniane są przez parlamentarną większość. To zaś oznacza ujednolicenie władzy wykonawczej z ustawodawczą!

Jakaż więc równowaga???

Przecież tak naprawdę mamy do czynienia z podziałem dychotomicznym, w którym to egzekutywa i legislatura łączą się w jedno.

O tym zresztą prawnicy konstytucjonaliści mówią od dawna.

„O podziale władzy w sensie politycznym trudno jest mówić, gdy Rząd jest politycznie identyczny z większością parlamentarną. Pamiętać trzeba również o całym szeregu zazębień pomiędzy władzą ustawodawczą a władzą wykonawczą, które powodują, że ponad 3/4 uchwalanych przez Sejm ustaw inicjowane jest przez Rząd; w praktyce Rząd w dużej mierze partycypuje w wykonywaniu władzy ustawodawczej” (zob. L. Garlicki, K. Gołyński, Polskie prawo konstytucyjne. Wykłady, Warszawa 1996, s. 65).

Przypominam, że „trójpodział władz” trafił do naszej aktualnej Konstytucji w 1997 roku, co świadczy albo o niewiedzy autorów, albo też o bezmyślnym przyklepywaniu wcześniejszych rozwiązań. 

Ale tu powstaje pytanie zasadnicze.

Trójpodział władz w ujęciu Monteskiusza (a zatem pochodzący z XVIII wieku) w świetle utrwalonej od dekad (a nawet przeszło wieku) praktyki państw demokratycznych jest wadliwy.

Więc może należałoby skorzystać z trójpodziału władz Locke’a?

On do władzy wykonawczej zaliczał… sądy.

Dzisiaj, gdy obserwujemy praktykę sądową i słuchamy wystąpień członków sędziowskich partii w rodzaju Iustitii widzimy wyraźnie, że podział zaproponowany przez Johna Locke’a jest o wiele bliższy rzeczywistości niż ten idealny Monteskiusza.

Ale Locke na samej górze stawia Parlament. Niestety, w warunkach „demokracji walczącej” jest on również silnie uzależniony od Premiera.

Wydaje się więc, że jedynym rozwiązaniem jest wprowadzenie w ślad za Konstytucją kwietniową ustroju prezydenckiego.

Opowieści o trójpodziale władz można bowiem włożyć między bajki, czego posiedzenie Sejmu w dniu 30 kwietnia 2026 roku było koronnym dowodem.

I to by było na tyle, jak mawiał śp. prof. Jan T. Stanisławski.

 

30.04 2026