W Krakowie wszystko jest możliwe. Miasto, w którym jednego dnia profesor prawa konstytucyjnego tłumaczy w radiu ideę demokracji deliberatywnej, a drugiego pół miasta stoi w korku przez procesję smoków, ma szczególny talent do politycznych paradoksów.

Dlatego pytanie, czy Andrzej Duda mógłby zostać prezydentem Krakowa, brzmi jednocześnie absurdalnie… i całkiem prawdopodobnie.
Zwłaszcza że sam były prezydent nie odciął się od krakowskiej polityki. Po zakończeniu kadencji wrócił do Krakowa, publicznie komentował lokalne spory i wsparł inicjatywę referendum przeciw władzom miasta.

A w mieście takim jak Kraków każde publiczne zdanie wypowiedziane przez byłego prezydenta RP urasta do rangi „sondowania gruntu”.

Wyobraźmy więc sobie kampanię.

Andrzej Duda wychodzi z magistratu przy placu Wszystkich Świętych. Nie ma już limuzyny z chorągiewką, ale nadal jest SOP, bo przecież „procedury”. Na Rynku podchodzą turyści z Hiszpanii: „foto, mister president?”. Obok starsza pani z Krowodrzy mówi: „Panie Andrzeju, tylko z tymi hulajnogami coś zrobić”. I właśnie w tym tkwiłaby największa siła takiej kandydatury: rozpoznawalność absolutna.
W wyborach samorządowych większość kandydatów zaczyna od przedstawiania się mieszkańcom. Duda nie musiałby zaczynać od niczego. W Polsce zna go każdy. W Krakowie zna go prawie każdy osobiście albo „przynajmniej z widzenia”.

To nie jest kandydat, który musi walczyć o uwagę. On musiałby raczej walczyć z własnym bagażem.

Bo Kraków jest miastem politycznie kapryśnym. Z jednej strony konserwatywnym, inteligenckim, przywiązanym do symboli. Z drugiej — głęboko anty-PiS-owym w swojej wielkomiejskiej klasie średniej. To miasto, które potrafi zagłosować na prawicowego profesora, ale już niekoniecznie na partyjnego żołnierza. I tu zaczyna się problem Dudy.

Jako prezydent RP był przez lata utożsamiany z obozem Prawo i Sprawiedliwość. Dla jednych pozostanie „swoim chłopakiem z Krakowa”, dla innych — symbolem dekady politycznej wojny. W wyborach prezydenta miasta to drugie mogłoby mieć ogromne znaczenie.

Krakowianin wybaczy spóźniony tramwaj. Ale nie wybaczy, jeśli uzna, że ktoś chce zrobić z miasta partyjny bastion.

A jednak Duda miałby coś, czego lokalni politycy często nie mają: umiejętność ceremonialnego stylu.

Kraków kocha rytuały. Tu nawet otwarcie ronda bywa wydarzeniem historycznym. Andrzej Duda — człowiek wychowany w cieniu UJ, profesorów, akademickich tytułów i państwowego ceremoniału — pasowałby do tej estetyki idealnie. Potrafi mówić językiem patriotycznym, ale też językiem mieszczańskiego konserwatyzmu. Na spotkaniu w Nowej Hucie mówiłby o inwestycjach. W sali Collegium Novum — o dziedzictwie. Na Podgórzu — o jakości życia. A w Zakopanem, choć to już nie Kraków, pewnie i tak zrobiłby sobie zdjęcie na nartach.

Jego przeciwnicy mieliby jednak amunicję równie potężną jak hejnał z Wieży Mariackiej. Powiedzieliby: „Kraków nie potrzebuje byłego prezydenta Polski. Kraków potrzebuje sprawnego gospodarza”. I byłby to argument niebezpieczny, bo samorząd brutalnie weryfikuje wielkie nazwiska. Tu nie da się przez rok żyć polityką międzynarodową i szczytem NATO. Tu mieszkańcy pytają o śmieci, deweloperów i miejsce parkingowe pod blokiem.

A wyobraźnia podpowiada jeszcze jeden obrazek.

Debata wyborcza. Po jednej stronie technokrata z excela i prezentacji PowerPoint. Po drugiej — Andrzej Duda, były prezydent RP, który mówi: „Szanowni państwo, ja naprawdę reprezentowałem Polskę na świecie. Myślę, że poradzę sobie z remontem ulicy Dietla”.

I wtedy pół Krakowa parska śmiechem, a druga połowa myśli: „W sumie… może i racja”.

Czy miałby szansę?
Ogromną.

Czy wygrałby?
To już zależałoby od jednej rzeczy: czy wystartowałby jako Andrzej Duda — krakus, prawnik, były radny miasta i człowiek stąd — czy jako Andrzej Duda, emerytowany symbol wojny PO-PiS.

Bo Kraków uwielbia znane nazwiska. Ale jeszcze bardziej uwielbia udowadniać, że nie da się go do końca przewidzieć.