Patrząc na dzisiejszą debatę publiczną, można odnieść wrażenie, że nie żyjemy już w jednym państwie, lecz w dwóch równoległych rzeczywistościach. Coraz rzadziej spieramy się o rozwiązania konkretnych problemów. Coraz częściej kwestionujemy dobre intencje, uczciwość, patriotyzm, a nawet człowieczeństwo tych, którzy myślą inaczej.
To właśnie jest najgroźniejszy wymiar polaryzacji.
Sama różnica poglądów nie jest niczym złym. Przeciwnie, stanowi fundament demokracji.Ludzie muszą się różnić. Problem zaczyna się wtedy, gdy przeciwnik polityczny przestaje być kimś, z kim się nie zgadzamy, a staje się kimś, kogo należy zwalczać. Wówczas polityka przestaje być sporem o kierunek rozwoju państwa, a zaczyna przypominać konflikt między wrogimi plemionami.
Czasami się zastanawiam skąd się to wzięło?
W Polsce często słyszy się, że winny jest komunizm, że nie nauczyliśmy się kultury kompromisu i wzajemnego szacunku. Jesteśmy takim postkomunistycznym społeczeństwem. Jest w tym część prawdy. Przez dziesięciolecia żyliśmy w systemie, który opierał się na podziale społeczeństwa na „swoich” i „obcych”.MY i ONI. Nie było miejsca na dialog, była walka o dominację jednej narracji.
Ale gdyby postkomunistyczna przeszłość była główną przyczyną, podobnych problemów nie obserwowalibyśmy dziś tego samego w wielu krajach zachodnich gdzie nie było komunizmu .
Prawdziwa rewolucja chyba wydarzyła się gdzie indziej. Myślę, że w internecie.
Jeszcze dwadzieścia lat temu większość ludzi czerpała informacje z kilku głównych gazet, stacji radiowych czy telewizyjnych. Ludzie mogli się różnić w ocenach, ale przynajmniej opierali się na podobnym zestawie faktów.
Dziś każdy może być wydawcą, komentatorem, ekspertem, śledczym i propagandystą jednocześnie.
To ogromne osiągnięcie wolności słowa. Ale ma również swoją ciemną stronę.
Algorytmy mediów społecznościowych nie premiują treści wyważonych, merytorycznych i spokojnych. Premiują te, które wywołują emocje. Im większe oburzenie, strach, gniew lub poczucie zagrożenia, tym większy zasięg.
Spokojna analiza przegrywa z oskarżeniem. Argument przegrywa z obelgą. Dyskusja przegrywa z awanturą. Rzeczywistość z teoriami spiskowymi. Wypadek śmiertelny posła Litewki był tego idealnym przykładem i pożywką dla setek fałszywych komentarzy i spiskowych teorii. Oczywiście sam
internet nie stworzył polaryzacji, ale stał się jej potężnym wzmacniaczem.
Najbardziej niepokoi mnie coś jeszcze.
Coraz częściej ludzie nie różnią się poglądami. Oni różnią się rzeczywistością, w której żyją.
Jedni oglądają jedne media, drudzy inne. Jedni śledzą określone profile, drudzy ich ideowych przeciwników. Każda grupa otrzymuje własny zestaw informacji, własnych ekspertów, własnych bohaterów i własnych wrogów.
Powstają informacyjne bańki, które z czasem przekształcają się w zamknięte światy.
I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa polaryzacja.
Bo jeśli dwie strony korzystają z innych źródeł wiedzy, wierzą w inne fakty i mają zupełnie odmienny obraz rzeczywistości, to przestają rozmawiać o tym samym kraju. Zaczynają żyć w dwóch różnych światach.
Dlatego największym problemem współczesnej debaty publicznej nie jest nawet agresja czy wulgarność. Największym problemem jest utrata wspólnej przestrzeni, w której można się spotkać i zgodzić choćby co do podstawowych faktów.
Bez niej demokracja zamienia się w niekończący się konflikt.
Historia pokazuje, że zwaśnione strony potrafią przez lata skutecznie mobilizować się przeciwko sobie i walczyć . Znacznie trudniej przychodzi im później wspólnie budować państwo.
I być może właśnie to jest najważniejsze pytanie dla Polski XXI wieku: czy potrafimy jeszcze spierać się ze sobą bez przekonania, że po drugiej stronie stoi wróg, którego trzeba unieszkodliwić, wyeliminować? Bo jeśli utracimy umiejętność normalnej dyskusji to, problemem nie będzie już to, kto wygra kolejne wybory. Problemem będzie to, czy nadal będziemy zdolni tworzyć jedną narodową wspólnotę i budować nasz kraj?
Zostaw komentarz