Lato to sezon lodów. Najlepsze są te, ze świeżych owoców. Sorbety lub na śmietanie. Ja jednak zawsze, gdziekolwiek jestem, szukam tych „dziwnych”.

Zacznę od absolutnego hitu.

Lodów szafranowych, którymi zajadaliśmy się w Isfahanie, w Iranie.
Żółciutkie jak pisklę kurczaka.
Z pomarańczowymi niteczkami szafranu w śmietankowej masie.
Były w rożkach, szklanych pucharkach, na patyku oraz jak sandwiche.
Dwa kruche wafelki przełożone masą lodową.

Na drugim miejscu, herbaciane, z zielonej herbaty macha, jedzone w Japonii, po posiłku.
Lekko gorzkawe o wyraźnym zapachu i smaku tej popularnej dziś w Polsce herbaty.

Numer trzy

To lody o smaku prosciutto crudo, czyli włoskiej szynki suszonej i wędzonej, których posmakowałem we Włoszech.
Właściwie dwie, trzy kulki to był już obiad, zwłaszcza kiedy temperatura na powietrzu sięgała 40 stopni C, w cieniu.

Numer cztery

Tureckie sorbety, zwłaszcza te z owoców granatu, świeżej mięty lub lokalnych cytryn i pomarańcz.
Wybitne, jedząc nie czuło się kryształków cukru między zębami.
Był bardzo drobno zmielony co sprawiało, że miały one konsystencję musu.

I lokalne lody, z lodziarni „Alpejska” w Łomiankach, przy ulicy Warszawskiej.

Niecodzienne z sera gorgonzola z dodatkiem włoskich orzechów albo mango lassi, czyli o smaku popularnego w Indiach napoju na bazie jogurtu z dodatkiem świeżych owoców, a nawet marihuany, zwanego „bangh”.

I jeszcze, buraczane.
To numer sześć.

Jedzone w Warszawie, we włoskiej lodziarni przy Nowym Świecie.
Lekko cierpkawe, ale o zbalansowanym smaku.
Nie za słodkie i nie za cierpkie.
W sam raz.
No i ten cudowny, buraczany kolor.

Czyli, lody, lody dla ochłody.