Podobno gość w dom, Bóg w dom. W Gdańsku postanowiono tę starą zasadę unowocześnić: gość podpisuje kontrakty z Niemcami, Francuzami, Litwinami, Czechami i Szwedami, a gospodarz robi za obsługę sali. Polska? Dziękujemy za krzesła, kawę i klimatyzację.
To chyba nowa dyscyplina dyplomacji gospodarczej – organizować wydarzenie, na którym wszyscy robią interesy… z wyjątkiem gospodarzy. Gdyby taki model zastosować w restauracji, klient zamówiłby obiad u kelnera, zjadł go z sąsiadem przy stoliku, a rachunek wystawił właścicielowi lokalu.
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy przypomnimy sobie spór z polską firmą, która twierdzi, że wykonała niemal całą inwestycję, a zamiast zapłaty otrzymała zamknięte drzwi. Jeśli ta wersja okaże się słuszna, to trudno o bardziej gorzką ironię: jedną ręką dziękujemy Polakom za pomoc, drugą pokazujemy, że z polskim przedsiębiorcą można rozmawiać głównie przez prawników.
Najbardziej zdumiewa jednak reakcja polskich elit. Cisza. Jakby nic się nie stało. Jakby rolą państwa było udostępnianie sal konferencyjnych, podczas gdy własne firmy mogą co najwyżej oglądać podpisywane kontrakty z widowni.
Oczywiście usłyszymy, że biznes nie zna narodowości, że liczy się konkurencyjność i wolny rynek. To prawda. Ale wolny rynek nie oznacza obowiązku rezygnacji z troski o własnych przedsiębiorców. Niemcy dbają o niemieckie firmy. Francuzi o francuskie. Czesi o czeskie. Gdy przychodzi kolej na Polskę, nagle odkrywamy, że patriotyzm gospodarczy jest podobno passe.
Może więc zamiast kolejnych przemówień o strategicznym partnerstwie warto zadać proste pytanie: skoro Polska od lat wspiera Ukrainę na niespotykaną skalę, to czy oczekiwanie elementarnej uczciwości wobec polskich przedsiębiorców naprawdę jest wygórowanym żądaniem?
Bo gościnność jest piękną cnotą. Pod jednym warunkiem: że gospodarz nie kończy wieczoru z pustym stołem, rachunkiem do zapłacenia i jeszcze ma obowiązek dziękować gościowi za to, że zechciał przyjść.
Zostaw komentarz