W mikro-miasteczku dwie dziewczyny prowadziły mikro-księgarnię. Z czytadłami, poradnikami i działem poświęconym lokalnej historii i geografii. Nastał nowy wójt, który potrzebował lokalu na punkt informacji turystycznej więc księgarki poszły na bruk. Gmina nie dostaje czynszu, za to płaci pracownikom Punktu Informacji, do którego nikt nie zagląda, skoro tam niczego ciekawego nie ma. Pracownik szuka w smartfonie informacji, które sami sobie możecie znaleźć, bo też macie telefon.
Zasada jest prosta: im więcej pracowników zatrudnia, tym większą ma ‘moc’ prezydent/ wójt/ burmistrz. Bo podwładni z rodzinami tworzą zaplecze polityczne.
A włodarz ma w koszyku nie tylko etaty, posady, zlecenia i granty. Jest też sieć miejskich instytucji: od szpitali i szkół, przez niezliczone instytucje kultury, po spółki zajmujące się transportem i infrastrukturą, miejskie muzea a nawet cmentarze.
Żonglowanie tymi dobrami to polityczna sztuka. A często też choroba. Zaraźliwa, przewlekła i bardzo kosztowna.
Chorobą o podobnym spectrum jest uzależnienie od partii. Kandydatów na prezydentów miast wyznaczają szefowie partii z poziomu ogólnokrajowego. Oni też decydują o wysokości wsparcia finansowego i medialnego kampanii.
Jednak bardziej dewastujące jest uzależnienie horyzontalne – od lokalnych struktur. Działacze pomagają w wyborach – uruchamiają wpływy, kleją plakaty, piszą komentarze w internecie. A gdy wygrywa ich kandydat, domagają się zapłaty. I najczęściej ją dostają.
To „fanty” w postaci posad, kontraktów, grantów, dofinansowań i wszelakiej przychylności. Zasłużeni poplecznicy to dostają. I znów: ludzie jakoś zaakceptują pojedyncze przypadki takiego ’woluntaryzmu’, ale nie przebaczą nawałnicy nieuzasadnionych decyzji personalnych, zwłaszcza jeśli w grę wchodzą niestandardowo wysokie wynagrodzenia połączone z niestandardową niekompetencją. [Nb. chciałabym wiedzieć ile kosztowało Kraków pajacowanie z metrem]
Groźną chorobą z wyrokiem odroczonym choć nieuchronnym, jest brak wizji. Tak, tak, pamiętamy premiera Tuska mówiącego, że kto ma wizje, powinien gnać do lekarza. Jednak to było dawno temu.
Czas rozwoju samonapędzającego się dobiegł kresu. Bez mała dwie dekady „działo się” niemal samo: ambitni przedsiębiorcy tworzyli firmy i budowali zyski, unijne fundusze napędzały projekty infrastrukturalne, a zachodnie korporacje masowo zatrudniały pracowników tańszych i bardziej motywowanych od tych, których mieli u siebie…
Te proste źródła rozwoju się wyczerpują. Teraz z zachodnimi gospodarkami trzeba będzie konkurować nie tanią siłą roboczą, tylko jakością wyspecjalizowanej oferty.
Dotyczy to również polityki strategicznej miasteczek, miast, powiatów i regionów. Teraz nic już nie będzie się działo samorzutnie. Trzeba doskonale wiedzieć czego chcemy, dlaczego preferujemy takie a nie inne wybory, znać ryzyka i mieć policzone korzyści, uzyskać poparcie opinii mieszkańców, a następnie przyjęte założenia realizować z żelazną konsekwencją. Miasta i regiony bez sprecyzowanej wizji rozwoju skazują się na dryfowanie i powoli będą tonąć.
Włodarze, którzy nie rozumieją, że nasz świat się zmienił, bo zmieniły wyzwania, ambicje i oczekiwania, będą dla swoich miejscowości wyłącznie obciążeniem.
Fot. Karel Dujardi: Chłopiec dmuchający bańki.
rok 1626 -1678.
Autor: Liliana Sonik
Urodzona 30 sierpnia 1954 r. w Krakowie – polska filolog, wychowanka DA Beczka, po śmierci Stanisława Pyjasa założycielka Studenckiego Komitetu Solidarności, publicystka, dziennikarka, opublikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Polskim”, „Głosie Wielkopolskim”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku”. Pracowała w Radio France Internationale i TVP.
Zostaw komentarz