Wyobraź sobie, że państwo wymaga od ciebie posiadania unikalnego numeru identyfikacji i taki numer ci przydziela. Następnie państwo mówi ci: oto jest twój jedyny, unikalny klucz i musisz go nosić przy sobie, bo bez niego nic nie załatwisz. Czasem jest to niewygodne, że nie wystarczy twoje imię i nazwisko, adres zamieszkanie, akt urodzenia i musisz do formalnych załatwiań posiadać ten kucz. Jednak czujesz się bezpiecznie, bo państwo twierdzi, że ten klucz to dla twojej niepodważalnej weryfikacji. Ale po kilku latach okazuje się, że ten klucz jest zrobiony z przysłowiowej „dykty”! Właściwie każdy, kto na niego spojrzy w sklepie, urzędzie czy na poczcie, może go sobie zapamiętać. Następnie zamówić na czarnym rynku dowód ze swoim zdjęciem i online lub pójść do pobliskiej firmy pożyczkowej, a następnie w twoim imieniu na tzw. chwilówke, pożyczyć tysiące złotych! Kiedy jednak przychodzisz ze skargą na policję, dowiadujesz się, że co prawda państwo wymyśliło ten PESEL i wymaga jego posiadania, ale to ty sam jesteś winien, że ktoś go wykradł i bezkarnie zamawia sobie duplikaty dowodów tożsamości. To ty sam jesteś winien, że w Polsce istnieją instytucje finansowe, które udzielają pożyczek na skradziony PESEL, i teraz to ty musisz iść do sądu udowodnić firmie windykacyjnej, że padłeś ofiarą oszustwa.
Czy to nie brzmi jak ponury żart? Tak w wielu krajach UE to brzmi jak ponury żart! Niestety, w realiach polskich to od wielu lat pogłębiający się problem, co jakiś czas dający o sobie znać.
Przez lata żyliśmy w kuriozalnej rzeczywistości. Z jednej strony aparat państwowy wymagał od nas podawania tych jedenastu cyfr PESEL przy każdej możliwej okazji, od rejestracji karty SIM po odbiór paczki. Z drugiej ten sam aparat pozwalał, aby na rynku funkcjonowały podmioty oferujące tak zwane „chwilówki w 15 minut”, gdzie weryfikacja tożsamości klienta niejednokrotnie była płytsza niż zamówienie czegoś na portalach sprzedażowych. Okazuje się że wystarcza znać czyjś PESEL, imię i nazwisko, wpisać je w internetowy formularz i skazać uczciwego człowieka na wieloletni, sądowy koszmar lub płacenie nie swoich długów.
W tym miejscu rodzi się zasadnicze pytanie. Dlaczego przez dekady nasze państwo nie potrafiło skutecznie regulować lub zakazać tak rażąco niebezpiecznych procedur finansowych online? Dlaczego nie wprowadzono wymogu podpisu cyfrowego przy operacjach kredytowych skoro w innym przypadku do załatwienia byle sprawy w urzędzie skarbowym wymagają od nas np. Profilu Zaufanego?
Sprawa wygląda dość zawile i dotyczy wszystkich ekip dotychczas rządzących. Politycy pytani o ten problem i brak jasnych regulacji zaostrzających możliwości oszustwa, niestety często zasłaniali się „neutralnością technologiczną” czy „potrzebami wolnego rynku”.
Inne kraje, a cyfrowa ochrona obywatela.
Od lat wiadomo że cyber-bezpieczeństwo to jeden z obszarów suwerenności państwa w którym nie można iść na łatwiznę. Dlatego w wielu krajach już dawno zrozumiano, że cyfrowa tożsamość obywatela to świętość! Świętość której państwo musi bronić niemal tak dobrze jak niepodległości granic. Spójrzmy zatem na Szwajcarię, na bezsprzeczną potęgę w branży finansów i zarządzania nimi. Tam system opiera się na tak zwanej tożsamości E-ID, która podlega rygorystycznym, państwowym certyfikatom (rządowa aplikacja Swiyu Wallet), a każda instytucja finansowa oferująca usługi online musi przejść wieloetapową, bezpieczną weryfikację! W Szwajcarii nikt nie dostanie kredytu na podstawie wpisania cyfr w kwestionariusz online. A jak jest w Austrii? Tutaj od lat rozwijany jest system Handysignatur (a obecnie ID Austria), zintegrowany z chipami w dokumentach tożsamości i telefonach komórkowych. Jeśli chcesz zaciągnąć jakiekolwiek zobowiązanie finansowe przez internet, musisz przejść przez uwierzytelnienie, takie samo jak autoryzacje transakcji wewnątrzbankowych. Na tych przykładach widać jasno, że zaprojektowano systemy z myślą o ochronie człowieka i jego zasobów, a nie o komforcie internetowych firm pożyczkowych.
To co dzieje się w naszym kraju w kwestii bezpieczeństwa danych, to niestety Dziki Zachód! Wprowadzony mechanizm zastrzegania numeru PESEL w mObywatel, choć w końcu skuteczny jest w istocie kapitulacją dziurawego systemu. Co najważniejsze wprowadzenie zastrzegania PESEL jest najlepszym dowodem na to, że państwo stworzyło narzędzie, nad którym de facto całkowicie straciło kontrolę.
Podsumowanie.
Niesyty ale moja ostateczna konkluzja w tej sprawie musi być jednoznaczna. Czas na dyplomatyczne eufemizmy już dawno minął. Trzeba zrozumieć, że to państwo i wyłącznie państwo, ponosi stuprocentową odpowiedzialność za bezpieczeństwo instrumentów weryfikacji tożsamości (PESEL oraz dowód osobisty), ponieważ to ono samo te instrumenty wymyśliło, wyprodukowało i prawnie narzuciło! Fakt, że przez tyle lat prywatne podmioty finansowe (głównie z sektora chwilówek) mogły bezkarnie żonglować naszymi danymi, wymyślając nieskomplikowane formy weryfikacji tożsamości online i budując swoje fortuny na ludzkich dramatach, nie jest jak się wydaje przypadkowym niedopatrzeniem. Tam gdzie są pieniądze zazwyczaj istnieje potężne lobby! Lobby, które z pełną premedytacją przez lata opóźniało i sabotowało jakiekolwiek próby systemowego ustawowego uregulowania pożyczek internetowych w 15 minut!
Sytuacja ta jednak obnaża coś znacznie gorszego niż tylko przerażającą słabość i niewydolność struktur polskiego państwa. To jawny dowód na głęboką, strukturalną niewydolność lub po prostu korupcję wśród politycznych elit! Ludzi u steru władzy, którzy wyżej ceną zyski biznesu pożyczkowego niż elementarne bezpieczeństwo i spokój własnych obywateli! Rozwiązanie jest jedno i jak widać z powodzeniem stosowane już w innych państwach. Dopóki prawo nie odetnie całkowicie możliwości zarabiania na dziurawym systemie pożyczkowym umożliwiającym tylko powierzchowną weryfikacje tożsamości, dopóty będziemy co jakiś czas narażeni na różne niespodzianki przed konsekwencjami których może już nie wystarczać samo zastrzeżenie PESEL!
Zostaw komentarz