Pan Tomek przyglądał się bardzo uważnie, ale wciąż nie był pewien, czy to była pani Zosia. W pierwszej chwili pomyślał nawet, że nadeszła pani Jesień. Bo pani Zosia była szczelnie otulona grubym szalem w kolorach liliowej jesieni, a na nogach miała buty niby sportowe, ale na tak grubej podeszwie, że prawie zimowe. A przecież wcale nie było aż tak zimno. Być może skończyła się fala upałów, ale pan Tomek wciąż miał na sobie lekką bluzę z długimi rękawami i było mu za ciepło. W każdym razie był tak zadziwiony jesiennym anturażem pani Zosi, że niemal zapomniał się z nią przywitać.

Z zauroczenia wydobyło go dopiero stłumione przez szal pytanie pani Zosi:

– Czy chodzi wam o to, aby zszargać prestiż polskiej nauki?

– Wam, czyli kto i co, bo właściwie o co chodzi?

– Niech pan nie udaje, panie Tomku, oczywiście, że chodzi o panią profesor Mróz-jakąś tam.

– Ale o co chodzi… bo ja nadal nie wiem, co…

– Przez kilka błędów jednej kobiety próbujecie opluć polską naukę? A ja, panie Tomku, uważam, że nauka to jest nasze srebro rodowe. Coś, co przynosi nam chlubę i podziw świata. Nie wolno wam podnosić ręki na oświeconą polską elitę. Wstyd mi za was.

– Za nas, to znaczy za kogo?

– Takich jak pan i innych takich.

– Ależ pani Zosiu, ja nigdy nie atakowałem świata nauki, co też pani, to znaczy nie, ale…

– No właśnie! – triumfalnie przerwała pani Zosia, wychylając kawałek twarzy spod szala. – Jest oczywiście „ale”. Bo chcecie wykorzystać błędy jakiejś pani profesor, aby zohydzić to, co mamy najlepszego. Żaden mądry człowiek w Polsce nie będzie pochwalał tych waszych nacjonalistycznych ekscesów. Proszę mi to wreszcie wyjaśnić, dlaczego tak nienawidzicie elit?

– Nie wiem jak inni, pani Zosiu, ale ja zawsze uważałem, że elit nam najbardziej brakuje. Więc pani zarzuty są nietrafione.

– Jak najbardziej trafione. Bo pan, mówiąc, że nie mamy elit, kwestionuje nasze elity. A one są i trzeba je chronić, a nie krytykować. Bo są delikatne i wrażliwe. Łatwo im zrobić krzywdę. Bo to są przecież nauczyciele akademiccy, lekarze, prawnicy, dziennikarze, aktorzy, pisarze.

– Więc nie wolno krytykować pani profesor Mróz-Gorgoń za to, że wyłudziła od państwa olbrzymie pieniądze, komponując zbiór sloganów z pomocą sztucznej inteligencji, ale trzeba o tym milczeć, gdyż jest profesorem i potępienie jej postępowania zaszkodziłoby światłej polskiej elicie. O to pani chodzi, pani Zosiu?

– Oczywiście, że nie o to. Też coś. Ja sama krytykuję panią Mróz-Gorgoń. Bardzo ostro i publicznie. Ale po co podkreślać, że jest profesorem? Ona też jest kobietą. I teraz będziecie mówić „kobieta Mróz-Gorgoń”, aby w ten sposób zohydzić wszystkie polskie kobiety? Ona tylko przypadkiem jest profesorem i to nie ma nic do rzeczy. A wy ciągle profesor i profesor, a czasami z przekąsem profesorka. To podłe.

– Bo moim zdaniem to jednak jest jakiś problem i błąd systemowy, że ludzie o takim poziomie moralnym i intelektualnym zostają profesorami. To jest więc dobry moment, aby dokonać przeglądu mechanizmów naboru i kariery akademickiej.

– No i proszę bardzo. Brutalny atak na środowisko akademickie. Wreszcie się pan obnażył ze swoją zawiścią wobec lepszych. Ale coś panu powiem: ludziom nauki nie jesteście w stanie nic zrobić. Absolutnie nic. Tak samo prawnikom i lekarzom. I to was boli. Bo to jest elita. Oni są zbyt silni, zwarci i gotowi. Możecie sobie pokrzyczeć, ale oni i tak będą robić swoje.

– Ja to widzę trochę inaczej…

– No pewnie, że inaczej, bo wy nie jesteście ani silni, ani zwarci. Stąd ta zawiść.

– To nie tak, pani Zosiu. Ja widzę słabość środowisk uprzywilejowanych właśnie w tym, że same nie potrafią dbać o przestrzeganie wysokich standardów przez ich członków. To odbiera im miano elity i zmienia w kastę.

– Głupoty pan gada, panie Tomku. Prawnicy, lekarze, profesorowie, aktorzy i dziennikarze nie kłaniają się społeczeństwu i nie ulegną państwu. To potęga.

– To nie jest żaden dowód siły, ale bezsilności państwa i społeczeństwa. Gdyby sami potrafili narzucić sobie wysokie standardy – wtedy słabe państwo nie byłoby wadą. Ale oni potrafią jedynie bronić swoich przywilejów jak magnateria w XVIII wieku. To prowadzi do upadku.

– I co z tego? Niech wilki wyją, a oni i tak zrobią swoje. To dowód ich siły, panie Tomku. To nie jest „albo, albo” – to jest „tak, tak; nie, nie”. Jeżeli nikt im nic nie może zrobić, to znaczy, że środowisko profesorów jest wielkie.

– Jeżeli nie potrafią sami zadbać o wysokie standardy – jest małe. Kiedyś społeczeństwo przestanie być bezsilne, a wtedy państwo narzuci im uczciwe reguły awansu i wysokie standardy intelektualne. Bo sami nie potrafią tego zrobić. Właśnie dlatego ludzie zaczynają tęsknić za silnym państwem. To błędne koło, pani Zosiu. To zawsze tak działa.

– Jakie znowu koło? Panu się po prostu marzy faszyzm.

– Nie, właśnie mi się nie marzy, ale tak jest. Bo ludzie chcieliby wolności i nie pragną silnego państwa. Chcą mieć więcej swobody.  Gdy jednak państwo jest słabe, elity, które powinny być wzorem dla społeczeństwa, zmieniają się w dziką bandę, której nikt nic nie może zrobić. Wtedy społeczeństwo się rozpada, a ludzie zaczynają marzyć o silnym państwie.

– I mamy faszyzm. Ale taki czas w Polsce nigdy nie nadejdzie, panie Tomku, proszę nawet nie marzyć. Zawsze będzie tak, jak jest.

I pani Jesień odeszła, a pan Tomek musiał przyznać, że mogła mieć rację. Bo jemu też zrobiło się zimno. Sierpniowe wieczory już były chłodne.