Moody’s obniżył Polsce rating z A2 do A3. Deficyt sektora finansów publicznych ma utrzymywać się w okolicach 7 proc. PKB, a dług rośnie w tempie, które trudno ignorować. Po ośmiu miesiącach 2026 r. państwo miało już 151,1 mld zł deficytu. Rachunek przyjdzie później.
Moody’s zapalił Polsce czerwoną lampkę
18 września 2026 r. agencja Moody’s obniżyła rating Polski z A2 do A3. Perspektywę zmieniono jednocześnie z negatywnej na stabilną.
Powód?
Trwałe pogorszenie siły fiskalnej Polski, utrzymujące się wysokie deficyty oraz rosnące koszty obsługi długu.
Moody’s prognozuje, że deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych pozostanie w 2026 i 2027 roku na poziomie około 7 proc. PKB.
To szczególnie niepokojące dlatego, że nie mówimy o gospodarce pogrążonej w recesji. Moody’s prognozuje dla Polski wzrost realnego PKB o 3,7 proc. w 2026 r. i 3,2 proc. w 2027 r.
A więc problemem nie jest wyłącznie brak wzrostu.
Problemem jest tempo wydawania pieniędzy i narastania zobowiązań państwa.
Ponad 2,19 biliona złotych długu
Najnowsza oficjalna wartość zadłużenia Skarbu Państwa dostępna w Ministerstwie Finansów wynosi 2 191,5 mld zł na koniec czerwca 2026 r.
W samym czerwcu dług zwiększył się o 55,9 mld zł, czyli o 2,6 proc.
Od końca 2025 r. zadłużenie wzrosło natomiast o 239,5 mld zł, czyli o 12,3 proc.
To nie jest już abstrakcyjna liczba zapisana w ministerialnej tabeli.
To ponad 2,19 biliona złotych zobowiązań Skarbu Państwa.
A trzeba pamiętać, że dług Skarbu Państwa nie jest tym samym co szeroka miara długu sektora finansów publicznych czy unijny dług EDP.
Według danych MF na koniec II kwartału 2026 r. państwowy dług publiczny wynosił 2 147,8 mld zł, natomiast dług sektora instytucji rządowych i samorządowych według metodologii unijnej aż 2 598,3 mld zł. Ten drugi wzrósł od końca 2025 r. o 263,2 mld zł, czyli 11,3 proc.
I właśnie dlatego w debacie publicznej trzeba bardzo precyzyjnie mówić, o jakim długu mówimy.
151 miliardów złotych dziury po ośmiu miesiącach
Dane dotyczące wykonania budżetu za okres styczeń–sierpień 2026 r. również nie pozostawiają wiele miejsca na uspokajanie opinii publicznej.
Dochody budżetu państwa wyniosły 387,2 mld zł, podczas gdy wydatki sięgnęły 538,3 mld zł.
Różnica?
151,1 mld zł.
To już 55,6 proc. rocznego limitu deficytu.
Państwo wydaje więc znacznie więcej, niż w tym okresie zebrało do budżetu.
I tę różnicę trzeba finansować.
Najczęściej oznacza to emisję kolejnych papierów dłużnych.
A obligacje nie są prezentem.
Odsetki już kosztują dziesiątki miliardów
Jest jeszcze jeden element tej układanki, który często ginie w politycznej przepychance.
Obsługa długu kosztuje realne pieniądze.
Po ośmiu miesiącach 2026 r. koszty obsługi długu Skarbu Państwa wyniosły już 49,4 mld zł, czyli 54,9 proc. kwoty zaplanowanej na cały rok.
Prawie 50 miliardów złotych w ciągu ośmiu miesięcy.
To pieniądze, które nie budują nowych dróg, nie kupują sprzętu dla szpitali i nie zwiększają wynagrodzeń nauczycieli.
Są ceną wcześniejszego zadłużenia.
A im większy dług i im wyższe oprocentowanie nowych emisji, tym większy rachunek w kolejnych latach.
Rząd ma argumenty. Problem w tym, że rachunek też jest realny
Trzeba uczciwie powiedzieć: rząd może wskazywać na konkretne powody wysokich wydatków.
Polska zwiększa nakłady na obronność.
Rosną wydatki na ochronę zdrowia.
Państwo finansuje świadczenia społeczne.
Kontynuowane są inwestycje publiczne.
Moody’s sam wskazuje właśnie wysokie wydatki obronne, rosnące koszty ochrony zdrowia, inwestycje oraz zobowiązania społeczne jako czynniki utrudniające szybką redukcję deficytu.
Tyle że uzasadnienie wydatku nie oznacza automatycznie, że każdy poziom deficytu jest bezpieczny.
Tu właśnie zaczyna się odpowiedzialność za finanse państwa.
Można prowadzić ambitną politykę bezpieczeństwa.
Można inwestować.
Można finansować usługi publiczne.
Ale trzeba jednocześnie odpowiedzieć na pytanie:
ile długu jesteśmy w stanie bezpiecznie udźwignąć i kiedy zaczniemy go redukować?
Dług nie znika. Przechodzi na następne pokolenie
Polityka zadłużania ma jedną bardzo wygodną cechę.
Korzyść można pokazać dzisiaj.
Rachunek przychodzi później.
Dzisiaj polityk może powiedzieć:
„Zbudowaliśmy”.
„Daliśmy”.
„Sfinansowaliśmy”.
„Kupiliśmy”.
„Zainwestowaliśmy”.
Ale obligacja ma termin wykupu.
A odsetki trzeba płacić niezależnie od tego, kto będzie wtedy premierem, ministrem finansów czy posłem.
Dlatego obecny poziom zadłużenia powinien być analizowany nie tylko przez pryzmat jednej kadencji.
Polska ma być państwem dla następnych pokoleń, a nie tylko na czas następnych wyborów.
Co się stanie, jeśli dług będzie rósł dalej?
Najgorszy scenariusz nie musi oznaczać nagłego bankructwa państwa.
Znacznie bardziej prawdopodobny i społecznie bolesny jest scenariusz stopniowego zaciskania pasa.
Wyższe koszty finansowania oznaczają większe koszty obsługi długu.
Większe koszty obsługi długu oznaczają mniejszą przestrzeń na inne wydatki.
Mniejsza przestrzeń oznacza presję na podatki albo cięcia wydatków.
Jeżeli jednocześnie spowolni gospodarka, problem staje się jeszcze poważniejszy.
Wtedy może powstać mechanizm:
większy deficyt → większy dług → większe odsetki → większe potrzeby pożyczkowe → droższe finansowanie → jeszcze większy deficyt.
To jest właśnie ryzyko spirali zadłużenia.
Nie oznacza to, że Polska automatycznie zbankrutuje.
Ale oznacza, że margines bezpieczeństwa może się kurczyć.
Moody’s pokazuje, gdzie może znaleźć się granica
Moody’s przewiduje, że relacja długu sektora instytucji rządowych i samorządowych do PKB wzrośnie z 59,7 proc. w 2025 r. do około 68,9 proc. w 2027 r.
Agencja zakłada również, że relacja długu do PKB ustabilizuje się w drugiej połowie lat 20. na poziomie około 70–75 proc.
To nie jest prognoza bankructwa Polski.
To jest ostrzeżenie dotyczące trajektorii finansów publicznych.
Moody’s wskazuje przy tym, że ewentualne dalsze pogorszenie ratingu mogłoby nastąpić m.in. w przypadku polityki prowadzącej do wzrostu długu znacząco powyżej 75 proc. PKB w średnim okresie albo naruszenia reguł fiskalnych.
A rachunek zapłacą Polacy
W końcu zawsze ktoś płaci.
Jeżeli państwo będzie musiało przeznaczać coraz większą część dochodów na obsługę długu, przyszłe rządy będą miały mniej możliwości finansowania innych potrzeb.
W praktyce może to oznaczać:
wyższe podatki, mniej inwestycji, ograniczenie części programów publicznych, presję na świadczenia, wolniejszy wzrost wydatków publicznych oraz większe obciążenia dla przedsiębiorców i gospodarstw domowych.
Nie wszystkie te konsekwencje muszą wystąpić jednocześnie.
Ale właśnie dlatego o finansach publicznych trzeba rozmawiać zanim problem stanie się kryzysem, a nie dopiero wtedy, kiedy zabraknie pieniędzy.
Tusk szybciej zadłuża Polskę niż Gierek?
To hasło będzie zapewne krążyć w debacie publicznej.
Ale trzeba zachować tutaj minimum uczciwości.
Porównywanie dzisiejszego długu z zadłużeniem Polski za Edwarda Gierka wymaga uwzględnienia zupełnie innych systemów gospodarczych, walut, metod statystycznych oraz struktury zobowiązań.
Nie można więc uczciwie stworzyć prostego rankingu „Tusk kontra Gierek” na podstawie samych nominalnych kwot.
Można natomiast porównać skalę obecnego wzrostu długu.
Na koniec 2023 r. zadłużenie Skarbu Państwa wynosiło około 1,346 bln zł. Na koniec czerwca 2026 r. było to 2,191 bln zł.
To oznacza wzrost o około 845 mld zł, czyli blisko 63 proc. w ciągu dwóch i pół roku.
I to jest liczba, której nie da się zagadać.
Polska potrzebuje hamulca, zanim rachunek stanie się problemem
Nie chodzi o to, żeby straszyć bankructwem.
Nie chodzi też o twierdzenie, że każda złotówka wydana przez państwo jest złotówką zmarnowaną.
Chodzi o coś znacznie prostszego:
państwo musi mieć granice zadłużania.
Polska potrzebuje armii.
Potrzebuje dróg.
Potrzebuje energetyki.
Potrzebuje ochrony zdrowia.
Potrzebuje inwestycji.
Ale potrzebuje również stabilnych finansów publicznych.
Bo jeżeli dzisiaj kolejne miliardy długu są traktowane jako łatwe rozwiązanie każdego problemu, jutro może się okazać, że największym problemem będzie właśnie koszt wcześniejszych decyzji.
Moody’s już zapalił żółte światło.
Dług przekroczył 2,19 bln zł.
Deficyt po ośmiu miesiącach wyniósł 151,1 mld zł.
Koszt obsługi długu sięgnął 49,4 mld zł.
A prognoza Moody’s mówi o deficycie około 7 proc. PKB także w 2027 roku.
To nie jest jeszcze katastrofa finansów państwa.
Ale dalsze ignorowanie tempa narastania zobowiązań może sprawić, że przyszłe pokolenie dostanie w spadku nie tylko drogi, inwestycje i nowoczesną armię.
Dostanie również rachunek.
I ten rachunek będzie trzeba zapłacić.
Zostaw komentarz