Państwo nie ma sumienia, ma za to nieograniczony budżet na prawników, cierpliwość liczoną w kadencjach i bezwzględną asymetrię siły.
Historia Tomasza Komendy, którego zniszczył mechanizm ślepego dążenia do skazania za wszelką cenę. Tragedia Romana Kluski i firmy Optimus – zniszczonego przedsiębiorstwa, spektakularnego aresztowania i lat walki, które zakończyły się przyznaniem racji biznesmenowi dopiero wtedy, gdy po jego dorobku życia zostały zgliszcza. Sprawa Marka Kubickiego z Bytomia, któremu urzędnicy bezprawnie zamknęli fabrykę, a procesy o odszkodowanie ciągnęły się dekadami. Wreszcie najświeższe doniesienia o strategii „na przeczekanie” przy wielomilionowych zadośćuczynieniach za niesłuszne areszty: prokuratura składa kolejne, jałowe apelacje i kasacje, grając na biologiczną eliminację poszkodowanego, bo „a nuż nie dożyje”.
To nie są wypadki przy pracy. To systemowa taktyka spalonej ziemi.
Widać to jaskrawo na styku prawa podatkowego i karnego. Przedsiębiorca po dziesięciu latach gehenny wygrywa przed sądami administracyjnymi spór o bezprawnie wstrzymany zwrot VAT wraz z odsetkami. Skarbówka kapituluje, pieniądze wracają. Sukces? Pozorny. W tym samym momencie wkracza prokurator, wyciąga kodeks karny skarbowy i stawia zarzuty dotyczące dokładnie tych samych transakcji, które NSA uznał za w pełni legalne.
Zegar rusza od nowa. Kolejne lata przesłuchań, zabezpieczeń majątkowych, stygmatyzacji i kosztów obrony. Gdy państwo przegrywa w białych rękawiczkach na gruncie prawa finansowego, zakłada kastet procedury karnej, bo aparat władzy nie potrafi znieść porażki z jednostką.
Jak wolne społeczeństwo ma się temu przeciwstawiać?
Państwo zachowuje się jak lew w stadzie antylop dopóki stado działa wedle odruchu: uciekać, byle nie padło na mnie. Przełamanie tej dynamiki wymaga twardych mechanizmów instytucjonalnych oraz redefinicji postaw obywatelskich.
Co zatem zmienić w funkcjonowaniu państwa?
Wydaje się, że na pierwszy ogień powinna pójść ustawa o odpowiedzialności majątkowej funkcjonariuszy publicznych za rażące naruszenie prawa z 2011 roku. Dzisiaj to martwa litera. Dopóki prokurator czy inspektor skarbowy podejmujący decyzje z rażącym naruszeniem prawa nie ryzykują własną karierą, degradacją i regresem finansowym z prywatnego majątku, dopóty ryzyko zawsze będzie w 100% przerzucone na obywatela.
Można byłoby się również zastanowić nad jakąś formą związania prokuratury i sądów powszechnych prawomocnymi wyrokami Naczelnego Sądu Administracyjnego w zakresie stanu faktycznego tej samej sprawy. Należy wykluczyć możliwość wszczynania postępowań karnoskarbowych w sprawach, w których podatnik uzyskał korzystne rozstrzygnięcie przed sądami administracyjnymi.
Wreszcie powinien istnieć jakiś instytucjonalny zakaz przewlekania spraw odszkodowawczych: Ograniczenie prawa prokuratury do wnoszenia kasacji i zażaleń w sprawach o odszkodowania za błędy organów ścigania wyłącznie do kwestii rażących uchybień formalnych, z zakazem kwestionowania samej zasady winy państwa potwierdzonej w dwóch instancjach. Do tego: zaporowe odsetki karne obciążające bezpośrednio budżet jednostki zgłaszającej bezpodstawną apelację.
Żeby tak się stało musimy coś zmienić w sposobie myślenia. Odrzucić syndrom „niewinny nie ma się czego bać”: To najgroźniejszy mit mentalności postfeudalnej. W starciu z aparatem państwowym procedura jest procesem samym w sobie; zabezpieczenie majątku na 5 lat zabija firmę skuteczniej niż prawomocny wyrok. Społeczeństwo musi zrozumieć, że obrona praw oskarżonego czy kontrolowanego przedsiębiorcy to obrona wolności każdego z nas, a nie „pomaganie przestępcom”.
A skoro to felieto, to pojadę z wyobraźnią: Zbudować solidarność procesową (Class actions i fundusze obrony): Lwa odstrasza zwarte stado. Środowiska biznesowe i organizacje obywatelskie muszą stworzyć realne, zamożne fundusze obrony prawnej dla jednostek mielonych przez system. Jeśli prokurator będzie wiedział, że po drugiej stronie nie stoi wyczerpany finansowo człowiek, lecz wyspecjalizowana fundacja z najlepszymi prawnikami w kraju i machiną nagłaśniającą każdy błąd w mediach, rachunek zysków i strat drastycznie się zmieni.
Pora przestać traktować Skarb Państwa jako świętość, której budżetu należy bronić kosztem sprawiedliwości. Urzędnik przeciągający wypłatę odszkodowania człowiekowi zniszczonemu przez areszt nie chroni „interesu publicznego” – popełnia moralną i systemową zbrodnię na zaufaniu do prawa.
Najsmutniejsze w tym wszystkim nie jest nawet bezduszne działanie aparatu, lecz poczucie dojmującego déjà vu. Piszę ten tekst i łapię się na tym, że nie jest on ani pierwszy, ani szczególnie odkrywczy. Nie jestem też jedyny. Przede mną o tym samym pisały setki adwokatów, radców prawnych, sędziów, dziennikarzy i zdesperowanych przedsiębiorców. Od lat padają te same celne diagnozy, przytaczane są identyczne dramaty, a w komentarzach wylewa się ta sama bezsilna złość.
Zmieniają się rządy, ministrowie ogłaszają kolejne „reformy sprawiedliwości” i „konstytucje biznesu”, a bezwzględna machina państwowa mieli ludzi dokładnie tak samo jak dekadę czy dwie dekady temu.
Czy więc w Polsce takie pisanie ma jeszcze jakikolwiek sens?
Racjonalny rachunek zysków i strat podpowiadałby, że to rzucanie grochem o marmurowe ściany ministerstw i sądów. Ale rezygnacja z pisania i mówienia głośno byłaby ostateczną kapitulacją – cichą zgodą na to, by bezprawie w majestacie prawa stało się naszą normalnością. Jeśli przestaniemy o tym pisać, jedynym dźwiękiem na sądowych korytarzach pozostanie suchy trzask zamykanych akt kolejnego zniszczonego człowieka. A na to wolnemu człowiekowi – i prawnikowi – zgodzić się po prostu nie wolno. Nawet jeśli jedyne, co nam w tej chwili zostało, to rola kronikarza systemowej bezduszności.
Zostaw komentarz