Moody’s obniżył Polsce rating z A2 do A3. Powód? Trwałe pogorszenie finansów publicznych, deficyt sięgający około 7 proc. PKB i gwałtownie rosnący dług. Dziś rachunek jeszcze można odsuwać. Jutro zapłacą go podatnicy.

Moody’s wystawił Polsce rachunek ostrzegawczy.

18 września 2026 r. Moody’s obniżył długoterminowy rating Polski z A2 do A3, a krótkoterminowy z P-1 do P-2. Jednocześnie perspektywa została zmieniona z negatywnej na stabilną. To pierwsza obniżka ratingu Polski przez Moody’s od 24 lat.

Powód nie jest polityczną deklaracją opozycji. To ocena jednej z największych światowych agencji ratingowych.

Moody’s wskazuje na trwałe pogorszenie siły fiskalnej Polski, wysokie deficyty, rosnące koszty odsetkowe oraz zwiększające się obciążenie długiem. Agencja prognozuje, że deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych pozostanie w okolicach 7 proc. PKB zarówno w 2026, jak i 2027 roku. Jednocześnie dług sektora general government ma wzrosnąć z 59,7 proc. PKB w 2025 r. do 68,9 proc. PKB w 2027 r.

To nie jest kosmetyczna korekta.

To sygnał: Polska pożycza coraz więcej, a koszt tego pożyczania rośnie.

2,19 biliona złotych długu Skarbu Państwa

Na koniec czerwca 2026 r. zadłużenie Skarbu Państwa wynosiło 2 191,5 mld zł, czyli ponad 2,19 biliona złotych. Tylko w czerwcu wzrosło o 55,9 mld zł, a od końca 2025 r. zwiększyło się o 239,5 mld zł, czyli o 12,3 proc.

Jeszcze szersza miara pokazuje skalę problemu.

Według unijnej definicji długu sektora instytucji rządowych i samorządowych na koniec II kwartału 2026 r. było to już 2 598,3 mld zł. W ciągu zaledwie jednego kwartału dług zwiększył się o 154,1 mld zł, a od końca 2025 r. o 263,2 mld zł.

I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy problem.

Bo państwo może przez lata uspokajać obywateli, pokazując jedną definicję długu, podczas gdy zobowiązania są również zaciągane poprzez fundusze i instytucje znajdujące się poza tradycyjnym budżetem.

NIK już wcześniej zwracała uwagę na ten mechanizm. Według Izby zadłużenie funduszy obsługiwanych przez BGK na koniec 2025 r. wynosiło blisko 400 mld zł, a w 2025 r. finansowano poprzez te fundusze zadania państwa na kwotę blisko 170 mld zł.

Budżet już dziś ma ogromną dziurę

W okresie styczeń–sierpień 2026 r. dochody budżetu państwa wyniosły 387,2 mld zł, natomiast wydatki aż 538,3 mld zł.

Różnica?

151,1 mld zł deficytu.

To już 55,6 proc. całorocznego limitu deficytu przewidzianego w ustawie budżetowej.

A rachunek za zadłużenie również nie jest symboliczny.

Tylko w pierwszych ośmiu miesiącach 2026 r. obsługa długu Skarbu Państwa pochłonęła 49,4 mld zł. Roczny limit kosztów obsługi długu zapisany w strategii finansowej państwa na 2026 r. wynosi 90 mld zł.

To są pieniądze, których nie można już wydać drugi raz.

Nie pójdą na szpitale.

Nie zbudują drogi.

Nie zwiększą bezpieczeństwa.

Nie sfinansują szkoły.

Pójdą na odsetki od pieniędzy pożyczonych wcześniej.

Rząd Tuska odpowiada: gospodarka rośnie

Rząd może wskazywać, że polska gospodarka nadal rośnie, a wydatki na obronność, inwestycje i ochronę zdrowia mają swoje uzasadnienie.

I rzeczywiście — Moody’s nie zakłada recesji. Agencja prognozuje realny wzrost PKB Polski o 3,7 proc. w 2026 r. i 3,2 proc. w 2027 r.

Tyle że właśnie dlatego argument o konieczności ciągłego utrzymywania ogromnego deficytu jest szczególnie istotny.

Jeżeli gospodarka rośnie, państwo powinno mieć możliwość odbudowywania finansowych rezerw.

Tymczasem Moody’s ocenia, że mimo sprzyjającego wzrostu gospodarczego polityka fiskalna pozostaje ekspansywna, a zdolność lub gotowość do odbudowy buforów fiskalnych jest ograniczona. To jest sedno problemu.

Nie chodzi o to, że każde wydane przez państwo złotówki są niepotrzebne. Chodzi o tempo zadłużania i o to, czy państwo będzie w stanie udźwignąć koszty swoich obecnych decyzji za kilka, kilkanaście i kilkadziesiąt lat.

Dług nie znika. Zmienia tylko właściciela rachunku

Politycy mogą powiedzieć: „to tylko obligacje”. Nie. Obligacja oznacza zobowiązanie państwa. A zobowiązanie państwa ostatecznie jest zobowiązaniem podatników.

Jeżeli dziś państwo pożycza setki miliardów złotych, przyszłe rządy będą musiały znaleźć pieniądze na spłatę kapitału i odsetek.

I mają tylko kilka możliwości: wyższe podatki, niższe wydatki, wolniejszy wzrost wynagrodzeń realnych, ograniczenie inwestycji albo dalsze zadłużanie.

Najgorszy wariant to połączenie wszystkich tych elementów.

Co może oznaczać czarny scenariusz?

Wyobraźmy sobie sytuację, w której prognozowany przez Moody’s kierunek rzeczywiście się utrwala.

Dług rośnie.

Deficyt pozostaje wysoki.

Koszty odsetek rosną.

Inwestorzy zaczynają żądać wyższego oprocentowania za polskie obligacje.

Państwo musi więc płacić jeszcze więcej za nowe finansowanie.

To zwiększa deficyt.

Większy deficyt oznacza kolejne emisje obligacji.

Więcej obligacji oznacza większy dług.

Większy dług oznacza jeszcze większe koszty obsługi.

Powstaje spirala zadłużenia.

Nie oznacza to automatycznie bankructwa Polski. Taki wniosek byłby nieuprawniony. Polska ma własną walutę, rozwijającą się gospodarkę, duży rynek krajowy i dostęp do europejskiego rynku finansowego.

Ale im większa część dochodów państwa idzie na obsługę długu, tym mniej pieniędzy pozostaje na inne cele.

I wtedy zaczyna się prawdziwa polityczna arytmetyka.

Najpierw podatki, później cięcia

Kiedy państwa zaczyna brakować pieniędzy, politycy nie mają magicznego przycisku.

Można podnosić podatki.

Można ograniczać ulgi.

Można podnosić składki.

Można zamrażać część wydatków.

Można przesuwać inwestycje.

Można ograniczać programy publiczne.

Można również pożyczać dalej.

Tyle że każda kolejna pożyczka zwiększa rachunek przyszłości.

NIK już ostrzegała, że przy utrzymywaniu wysokiego deficytu realne jest przekroczenie krajowego progu ostrożnościowego 55 proc. długu do PKB, a konsekwencją byłyby poważne skutki dla sfery budżetowej, samorządów, wydatków społecznych, wzrostu gospodarczego i sytuacji społecznej.

Czy czeka nas druga Grecja?

Nie.

I nie ma podstaw, aby twierdzić, że Polska automatycznie zmierza do bankructwa.

Ale równie nieodpowiedzialne byłoby udawanie, że problemu nie ma.

Moody’s właśnie obniżył Polsce rating.

Deficyt pozostaje bardzo wysoki.

Dług rośnie.

Koszty jego obsługi rosną.

A według prognozy Moody’s relacja długu sektora general government do PKB może dojść do 68,9 proc. już w 2027 r.

To jest moment, w którym państwo powinno zacząć poważną debatę o granicach wydawania pieniędzy.

Nie za rok.

Nie po następnych wyborach.

Teraz.

„Tusk szybciej zadłuża Polskę niż Gierek”?

To hasło brzmi efektownie, ale wymaga ostrożności.

Na koniec 2023 r. zadłużenie Skarbu Państwa wynosiło 1 346,2 mld zł. Na koniec czerwca 2026 r. było to już 2 191,5 mld zł. Oznacza to wzrost o około 845 mld zł, czyli blisko 63 proc. w ciągu dwóch i pół roku.

Za Edwarda Gierka zadłużenie zagraniczne Polski w walutach wymienialnych wzrosło z około 1 mld dolarów na początku lat 70. do ponad 25 mld dolarów w 1980 r. W 1980 r. koszty obsługi zadłużenia pochłaniały już 101 proc. wpływów z eksportu dewizowego.

To jednak dwa zupełnie różne systemy gospodarcze i dwie różne definicje długu, dlatego nie można uczciwie wyliczyć prostego „wyścigu” Tusk kontra Gierek.

Można natomiast postawić znacznie ważniejsze pytanie:

Czy obecna władza wyciąga wnioski z historii i zatrzyma wzrost zadłużenia, zanim koszty długu zaczną wypierać wydatki potrzebne do rozwoju państwa?

Bo Gierek również wierzył, że przyszły wzrost gospodarczy rozwiąże problem zaciąganych zobowiązań.

Historia pokazała, że kredyt może finansować rozwój — ale może również stworzyć rachunek, którego później nie da się już spłacać bez bolesnych wyrzeczeń.

Polska nie potrzebuje dziś paniki. Potrzebuje odpowiedzialności.

Bo dług można ukryć w tabelach, funduszach i kolejnych emisjach obligacji.

Nie można jednak ukryć rachunku przed przyszłym pokoleniem.