Dziura w budżecie rośnie. Polska zbliża się do granicy, której nie wolno lekceważyć
Można opowiadać o inwestycjach, bezpieczeństwie i rozwoju. Można przerzucać odpowiedzialność na poprzedników i tłumaczyć kolejne miliardy wydatków wyjątkowymi okolicznościami. Tyle że matematyka budżetowa nie podlega politycznym zaklęciom.
A ta matematyka zaczyna wyglądać naprawdę źle.
Projekt budżetu państwa na 2027 rok przewiduje 695 mld zł dochodów i aż 977,6 mld zł wydatków. Różnica to 282,6 mld zł deficytu.
To nie jest już zwykła budżetowa dziura, którą można przykryć kolejną konferencją prasową i zapewnieniem, że wszystko jest pod kontrolą.
Nie jest.
I właśnie dlatego warto przestać patrzeć na budżet wyłącznie przez pryzmat jednego roku. Bo dług nie znika wraz z końcem kadencji rządu.
Najnowsza strategia zarządzania długiem sektora finansów publicznych, przyjęta przez rząd, zakłada, że państwowy dług publiczny wzrośnie z 55,3 proc. PKB w 2026 roku do 55,9 proc. w 2027 roku. W 2029 roku ma sięgnąć już 59,2 proc. PKB.
To bardzo ważna informacja.
Konstytucyjny limit wynosi 60 proc. PKB. Rząd oczywiście zapewnia, że granica ta nie zostanie przekroczona. Tylko że państwo nie powinno prowadzić finansów publicznych według zasady: „spokojnie, jeszcze nie przekroczyliśmy konstytucyjnego maksimum”.
Między bezpieczeństwem finansowym a formalnym przekroczeniem konstytucyjnej granicy istnieje pewna przestrzeń. Problem w tym, że tę przestrzeń zaczynamy bardzo szybko konsumować.
Co więcej, ustawa o finansach publicznych przewiduje szczególne procedury ostrożnościowe związane z przekroczeniem poziomu 55 proc. długu do PKB. Obejmują one między innymi ograniczenia dotyczące deficytu, wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej oraz waloryzacji rent i emerytur.
I tu zaczyna się prawdziwy problem.
Bo kiedy pieniędzy zaczyna brakować, kończy się czas politycznych obietnic, a zaczyna czas rachunku.
Inflacja też wystawi rachunek
Niepokojąco wyglądają również sygnały dotyczące inflacji.
Jeżeli inflacja będzie rosła, presja na podwyżki stóp procentowych może się zwiększyć. A wtedy koszt pieniądza dla państwa również stanie się coraz poważniejszym problemem.
Przy rosnącym zadłużeniu każde dodatkowe oprocentowanie oznacza kolejne miliardy złotych przeznaczane na obsługę długu.
I tutaj dochodzimy do rzeczy, o której politycy bardzo nie lubią mówić.
Pieniądze wydane na odsetki nie pójdą na szpitale.
Nie pójdą na drogi.
Nie pójdą do samorządów.
Nie pójdą na inwestycje.
Pójdą na obsługę długu.
To jest właśnie cena życia na kredyt.
„Pieniędzy nie ma i nie będzie”
Pamiętacie te słowa Rostowskiego z czasów pierwszych rządów Tuska?
A dzisiaj?
Minister finansów Domański sam mówi, że Polska nie ma możliwości dalszego zwiększania wydatków publicznych.
Czyli znowu na nic nie ma.
Przez ostatnie trzy lata słyszeliśmy, jak bardzo zła była polityka poprzedniego rządu, jak nieodpowiedzialnie wydawano pieniądze i jak bardzo trzeba było uporządkować finanse państwa.
Tymczasem dzisiaj mamy przed sobą 282,6 mld zł planowanego deficytu.
I pojawia się pytanie, którego nie da się już zagłuszyć propagandą żadnej ze stron.
Jeżeli przy tak gigantycznym deficycie minister finansów mówi, że nie ma już przestrzeni na zwiększanie wydatków, to co stanie się wtedy, gdy przyjdzie prawdziwy kryzys?
Co zrobi państwo, kiedy trzeba będzie nagle znaleźć dziesiątki miliardów na ratowanie gospodarki, przedsiębiorstw, miejsc pracy czy systemu ochrony zdrowia?
Skąd je weźmie?
Pamięć bywa krótka
Warto przypomnieć również tym wszystkim, którzy dzisiaj krytykują politykę finansową rządu Mateusza Morawieckiego, że tuż przed pandemią COVID-19 projekt budżetu na 2020 rok zakładał zrównoważenie budżetu państwa.
Potem przyszła pandemia, wojna, kryzysy energetyczne i kolejne nadzwyczajne wydatki.
A mimo to państwo finansowało programy społeczne, podwyżki emerytur i inwestycje.
A dzisiaj?
Dzisiaj mamy gigantyczny deficyt i rosnące zadłużenie państwa.
Dlatego trzeba pytać o granice zadłużania Polski. Nie jutro. Dzisiaj.
Bo jeżeli państwo już w spokojniejszych czasach mówi, że nie ma przestrzeni na kolejne wydatki, to co będzie w sytuacji naprawdę poważnego kryzysu?
I nie łudźmy się, że po kolejnych wyborach wystarczy zmienić premiera, ministrów czy partie, żeby problem sam zniknął.
Czy po ewentualnym zwycięstwie PiS finanse państwa naprawią Kurski albo Jaki? A może Bosak?
Możemy z tego zrobić polityczny żart. Tyle że to przestaje być śmieszne, kiedy rachunek dotyczy setek miliardów złotych.
Budżetu państwa nie da się prowadzić memami.
Każdy miliard pożyczony dzisiaj, niezależnie od tego, czy będzie to finansowanie krajowe, KPO czy SAFE, będzie trzeba kiedyś spłacić. I to wraz z odsetkami.
Rachunek zawsze przychodzi
Dlatego pytanie nie brzmi już tylko:
Ile rząd wyda w przyszłym roku?
Pytanie brzmi:
Ile z tego, co dzisiaj wydajemy, będziemy musieli oddać jutro?
Bo rachunek przyjdzie niezależnie od tego, kto będzie premierem.
Niezależnie od tego, kto będzie ministrem finansów.
Niezależnie od tego, która partia będzie miała większość w Sejmie.
Dług nie ma barw partyjnych.
Rachunek też nie.
I właśnie dlatego warto dzisiaj patrzeć nie na polityczne deklaracje, lecz na liczby.
Bo kiedy liczby zaczynają mówić, że państwo zbliża się do granicy, której nie wolno lekceważyć, żadne polityczne zaklęcia już nie wystarczą.
A kto ostatecznie zapłaci rachunek za dzisiejsze decyzje rządu Tuska, kiedy ta ekipa wreszcie popłynie Wisłą szlakiem wyznaczonym przez Trzaskowskiego?
Odpowiedź jest brutalnie prosta: nie zapłacą go politycy. Zapłacą go obywatele.Wy zapłacicie.