Kilka lat temu jeden z katolickich publicystów młodego pokolenia postawił moim zdaniem niezwykle trafną tezę (była trafna wówczas, dziś nawet bardziej), że problemem Kościoła w Polsce, zwłaszcza w młodym pokoleniu, jest nie tyle wrogość wobec Kościoła, co obojętność. Nie tyle, że ktoś atakuje Kościół, co raczej nikogo już specjalnie nie obchodzi, co ten Kościół mówi. Tym publicystą był Konstanty Pilawa.

Od kilku miesięcy czytam i słucham jednego katolickiego publicystę młodego pokolenia, który przestrzega przed prześladowaniem katolików w Polsce; zwraca uwaga na dyskryminację i wrogość wobec Kościoła; wzywa do konieczności obrony Kościoła przed wrogami. Tym publicystą jest, jak się pewnie domyślacie, Konstanty Pilawa.

Pytanie – czy to Polska się tak zmieniła w ostatnich 5 latach, czy raczej Konstanty Pilawa.

Pytam o to w kontekście komentarza, który podałem dalej dziś rano. Dostrzegam w nim próbę wpisania kazania ks. Adriana w logikę polityczną, ale sensu stricto w duchu Schmitta. Musi być konflikt, musi być wróg, bo to on nas definiuje. Nie ma polityczności bez wroga. Podejrzewam, że ks. Adrian mówiąc to, co mówił, w ogóle nie wpadł na to, że wpisuje się taką polityczność. Oczywiście jego kazanie jest polityczne sensu largo, bo dotyczy losów wspólnoty i życia publicznego – zarówno w skali lokalnej, jak i szerszej. Ale w swoim kazaniu wyraźnie staje w kontrze do myślenia w kategoriach politycznych w rozumieniu Schmitta.

Mam wrażenie, że przedstawiciele katolickiej opinii publicznej coraz częściej traktują chrześcijaństwo i Ewangelię politycznie. I nie byłoby w tym nic złego, bo w końcu Ewangelia jest o Wspólnocie, jest polityczna (sensu largo), jest o budowaniu domu i pokoju, jak to pięknie mówił papież Leon XIV w swoich przemówieniach i homiliach, zwłaszcza w Metzu w poniedziałek 28 września. Tu jednak mamy do czynienia z politycznością schmittiańską, która czyni z religii ideologię, w której musi być wróg, w której musi być konflikt. Nawet jeśli potencjalni wrogowie są obojętni, a prześladowania – mocno wydumane, trzeba tworzyć poczucie zagrożenia i obrony twierdzy. Gdyby tak prześledzić teksty choćby ks. Marka Gancarczyka czy ks. Tomasza Jaklewicza z Gościa Niedzielnego, są one budowane niemal zawsze na opozycji: swój-obcy; przyjaciel-wróg, bezpieczeństwo-zagrożenie. Nawet, jeśli nie spotkaliśmy się z przejawami wrogości, zaczynamy je projektować i może być tak, że sami uwierzymy, że taka jest rzeczywistość, choć jest ona raczej pewnym konstruktem. Tyle, że konstrukty mają wpływ na rzeczywiste postawy – dotyczy to także nienawiści wobec Ukraińców, która pierwotnie była głównie konstruowana przez rosyjskie trolle, ale staje się rzeczywistością. W jakimś sensie środowiska katolickie stają się zakładnikiem tego samego zjawiska, które krytykują – że wydumana/skonstruowana nienawiść wobec Ukraińców czy poczucie oblężonej twierdzy zaczyna wpływać na nasze społeczne zachowanie.

W efekcie mamy paradoks – Leon XIV i Konstanty Pilawa/ks. Marek Gancarczyk/etc mówią o chrześcijaństwie i polityczności, ale mają w głowie coś zupełnie innego. Nawet nie chodzi o to, że są w bezpośrednim sporze, bo poruszają się w zupełnie innych rzeczywistościach. Co ciekawe, obie te perspektywy są „transgresyjne” wobec rzeczywistości, tyle że tam, gdzie przedstawiciele katolickiej opinii w Polsce tworzą „świat Schmitta”, Leon XIV (a wcześniej papież Franciszek) próbuje kreować świat pokoju, sprzeciwu wobec zbrojeń, etc. Te dwa skonstruowane światy stoją w opozycji nie tylko wobec siebie, ale też obecnej rzeczywistości. Pytanie jednak brzmi – jaki świat chcemy budować? Świat konfliktu czy świat pokoju?

Dla mnie przesłanie budowania pokoju jest fundamentalnym elementem orędzia Ewangelii. Pokój Wam. Shalom. Jakiś czas temu miałem okazję wielokrotnie godzinami rozmawiać o tym z Mirosław Tykfer, który pomógł mi dostrzec wyraźniej ten „pokojowy” nurt w chmurze moich myśli o chrześcijaństwie.

Psalmista mówi „szukaj pokoju i dąż do niego”. Słyszymy od ks. Adriana (za bł. Jerzym Popiełuszką) „zło dobrem zwyciężąj. Słyszymy, jak Leon XIV przypomina nam w trakcie pielgrzymki do Francji, że mamy nadstawiać drugiego policzka i iść 2000 kroków. Mamy szukać pokoju. Zarówno z libleftem, który podobno dybie na nas katolików, jak i katolikami, którzy myślą inaczej od nas. Jesteśmy zaproszeni przez Ewangelię, aby POMIMO realnych różnic dokonywać transgresji i czynić rzeczywistość pełną jedności i pokoju.

No dobrze – ale co z tego praktycznie wynika. Myślę, że zarówno Pilawa, jak libleft, który krytykuje, boją się o bezpieczeństwo, a jednocześnie dostrzegają problem z traumą/ptsd, który pozostanie wśród weteranów wojennych i ludzi dotkniętych wojną – zarówno Ukraińców, jak i Rosjan. Możemy uczynić z nich wrogów, ale możemy też wspólnie – Kościół i owy libleft (czymkolwiek jest) zastanowić się, jak pomóc ludziom, którzy przeżyli i nadal przeżywają traumę (a obecnie przy nieustannych nalotach to już będzie doświadczenie powszechne). Zło dobrem zwyciężajmy. Nie szukajmy wroga.

Autor: dr Marcin Kędzierski
Główny ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Stały autor portalu opinii Klubu Jagiellońskiego oraz stały współpracownik czasopisma idei „Pressje”. Adiunkt w Katedrze Studiów Europejskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Były prezes Klubu Jagielońskiego oraz dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Prywatnie mąż i ojciec czwórki dzieci, radny sołecki i działacz wiejski.