Na niewielkim cmentarzu rzymskokatolickim Mount St. Jospha w Ballycranbeg w Irlandii Północnej znajduje się grób młodego człowieka. Miał zaledwie 24 lata. Polskie nazwisko, wojskowy nagrobek, znak polskiego orła.
Jerzy Ryszard Tuczemski, bo o nim mowa, nie przyjechał tutaj szukać nowego życia. Był pilotem 315 Dywizjonu Myśliwskiego „Dęblińskiego” , jednym z tych Polaków, których wojna zaprowadziła aż do Ulsteru i nie był jedyny. W czasie II wojny światowej w bazach lotniczych Irlandii Północnej stacjonowali polscy piloci. Z Ballyhalbert startowały Spitfire’y, nad morzem prowadzono patrole, osłaniano alianckie konwoje oraz przygotowywano się do kolejnych działań wojennych. Byli tu lotnicy Dywizjonu 315, a później także legendarnego Dywizjonu 303.
O Dywizjonie 303 słyszał niemal każdy Polak. Znamy doskonale historię Bitwy o Anglię, nazwiska pilotów, ich zwycięstwa. Ale co wydarzyło się później? Ilu z nas wie, że część tej historii rozgrywała się właśnie na północnoirlandzkim wybrzeżu?
Kiedy zaczęłam szukać informacji o polskich lotnikach w Ulsterze, jedno pytanie powracało do mnie szczególnie często: jak to możliwe, że ten fragment ich historii pozostaje tak mało znany? Bo przecież ślady nadal istnieją. Są stare lotniska, dokumenty, fotografie, pomniki, groby tych, którzy nigdy nie wrócili do Polski. Dlatego postanowiłam pójść ich śladami.
Ballyhalbert – polskie Spitfire’y nad Ulsterem
Jednym z miejsc, od których trzeba zacząć tę historię, jest Ballyhalbert w hrabstwie Down. Dzisiaj trudno wyobrazić sobie, że ta niewielka, ukryta przed światem miejscowość, była kiedyś częścią wojennej mapy Europy. Lotnisko RAF Ballyhalbert zaczęło działać w 1941 roku, a latem 1943 roku pojawili się tutaj Polacy. W lipcu 1943 roku przybył 315 Dywizjon Myśliwski „Dębliński”. Pozostał w Ballyhalbert do listopada, kiedy jego miejsce zajęli piloci 303 Dywizjonu Myśliwskiego im. Tadeusza Kościuszki, którzy pozostali na miejscu aż do końca kwietnia 1944 roku.
Nie były to już czasy Bitwy o Anglię. Wojna jednak trwała, a położenie Irlandii Północnej miało znaczenie dla bezpieczeństwa szlaków morskich. Polscy piloci wykonywali patrole nad konwojami, a także loty szkoleniowe oraz zadania związane z ratownictwem morskim. Część lotów operacyjnych Dywizjonu 315 odbywała się również z RAF Eglinton w hrabstwie Londonderry.
W wojskowych dokumentach można zamknąć to w kilku słowach: patrol, szkolenie, osłona konwoju. Tylko czy lot Spitfire’em nad zimnym morzem, przy pogodzie, którą potrafi zafundować północny Atlantyk, rzeczywiście można nazwać rutyną?
Wojna zabijała także bez niemieckich kul
22 sierpnia 1943 roku podczas ćwiczeń nawigacyjnych zginął ppor. pil. Jerzy Ryszard Tuczemski. Jego Spitfire Mk Vb rozbił się w rejonie Rasharkin w hrabstwie Antrim. Tuczemski miał zaledwie 24 lata i do Dywizjonu 315 dołączył miesiąc wcześniej. Dwa dni po jego śmierci w hangarze RAF Ballyhalbert odprawiono mszę pogrzebową. Pochowano go na cmentarzu St Joseph’s w Ballycranbeg. I tutaj nazwisko, od którego zaczęła się ta opowieść, przestaje być tylko nazwiskiem na nagrobku.
Kiedy czytam historie takich ludzi, zawsze zatrzymuję się przy ich wieku. Bo za każdym nagrobkiem, wojskowym raportem był przecież człowiek. Rodzina, plany, może dziewczyna, do której pisał listy. Być może zastanawiał się, jak będzie wyglądało jego życie po wojnie. Być może wierzył, że wróci do Polski. Nie wrócił.
A nie była to ostatnia tragedia, która dotknęła polskich pilotów w Ulsterze. Zaledwie trzy tygodnie później wydarzył się dzień, który dowódca 315 Dywizjonu nazwał „czarnym dniem dywizjonu”.
Co wydarzyło się 11 września 1943 roku nad Irlandią Północną i jakie jeszcze ślady pozostawili tutaj polscy lotnicy? O tym , w drugiej części „Skrzydeł nad Ulsterem”.

fot. Piotr Liburski LIBURSKY PRODUCTION
zdjęcia: Piotr Liburski LIBURSKY PRODUCTION
Zostaw komentarz