Czasami mam wrażenie, że polska polityka dawno przestała być rzeczywistością, a stała się scenariuszem politycznego kabaretu. Tyle że to już nie jest śmieszny kabaret. To kabaret, za który wszyscy płacimy.
Rzecznik Praw Dziecka nie ma własnych dzieci.
Minister Obrony Narodowej nie był żołnierzem.
Minister Spraw Zagranicznych mówi nam o zagrożeniu wojną, o konieczności przygotowania się na najgorsze i o odpowiedzialności za bezpieczeństwo Polski, a jego syn służy w obcej armii.
Oczywiście każdy z tych faktów można racjonalnie wyjaśnić. Tylko że polityka to również symbole. A kiedy zaczynamy te symbole układać obok siebie, obraz robi się naprawdę osobliwy.
Mamy być gotowi na najgorsze. Tylko że wciąż można odnieść wrażenie, że realnych przygotowań nie ma.
Kolejny absurd. Ukraina potrzebuje żołnierzy, a w Polsce przebywają setki tysięcy obywateli Ukrainy, wśród których są potencjalni poborowi. Oczywiście można o tym dyskutować, można stawiać pytania o prawo, obowiązki i zasady mobilizacji. Ale trudno nie zauważyć, że temat istnieje, a polska polityka bardzo niechętnie go dotyka.
No i jeszcze absurdalny Grzegorz Braun.
Polityk, który zbudował swoją pozycję na radykalnym języku i konfrontacji, wielokrotnie przekraczając granice tego, co w normalnej debacie politycznej powinno być normą. Parlament Europejski w marcu 2026 roku uchylił mu immunitet w związku z kilkoma postępowaniami dotyczącymi zarzucanych mu czynów, między innymi kradzieży flag, zniszczenia mienia i pomówienia.
Co robi Braun?
Uruchamia publiczną zbiórkę na swoją obronę prawną.
W kilka dni zebrano ponad 100 tysięcy, a później kwota przekroczyła 119 tysięcy złotych. Pieniądze mają być przeznaczone na koszty jego obrony w kilku postępowaniach.
Czyli mamy polityka, który przez lata budował swoją markę na walce z systemem, a kiedy system odpowiada postępowaniami prawnymi, zwraca się do swoich zwolenników:
Dajcie pieniądze na moją obronę
Choć jednocześnie jest europosłem i pobiera za swoją pracę sowite wynagrodzenie.
I jeszcze jeden absurdalny obrazek.
Braun przez lata występował jako jeden z najbardziej zdecydowanych przeciwników masowej migracji. Tymczasem w lutym spotykał się w Parlamencie Europejskim z przedstawicielami Indii i zapowiadał polsko-indyjską konferencję przedsiębiorców. W ostatnich dniach opublikowano nagrania z rozmów dotyczących tego przedsięwzięcia, które wywołały pytania o możliwość sprowadzania tysięcy indyjskich pracowników do Polski.
Braun temu zaprzecza i twierdzi, że chodziło o współpracę gospodarczą, a nie politykę migracyjną. Nagrania jednak budzą poważne wątpliwości. Mikrofony nie wyłączono w odpowiednim momencie.
I jak tu nie mieć wrażenia, że ktoś pomylił politykę z teatrem absurdu?
Tylko że jest jedna zasadnicza różnica.
W teatrze po spektaklu kurtyna opada i ludzie idą do domu.
W polityce rachunek zostaje.
I płacą go zwykli ludzie.
Bo za politycznymi hasłami przychodzi rzeczywistość. A rzeczywistość ma tę nieprzyjemną cechę, że nie można jej zagadać konferencją prasową.
Najnowsze prognozy dotyczące zarządzania długiem pokazują kolejny absurd. W latach 2029-2030 Polska może stanąć przed koniecznością znalezienia ponad 100 miliardów złotych tylko na same odsetki od zadłużenia.
To kwota ogromna.
I wtedy pojawia się pytanie: kto to wszystko po Tusku naprawi?
Czy znowu ten „zły Morawiecki”, którego dzisiaj wielu próbuje wyrzucić poza nawias własnej politycznej historii?
Ten sam Mateusz Morawiecki, którego rząd popełniał błędy, ale jednocześnie prowadził państwo przez pandemię, kryzys energetyczny i wojnę za wschodnią granicą? Mimo to doprowadził państwo do dynamicznego rozwoju.
Czy może nowy ekonomista PiS, prof. Mariusz Andrzejewski, który ma być jedną z najważniejszych twarzy gospodarczych tej partii?
Oczywiście profesor może mieć ogromną wiedzę. Tego nie kwestionuję. Ale wiedza akademicka i praktyczne zarządzanie państwowymi finansami to nie zawsze to samo.
Polska potrzebuje nie tylko ludzi, którzy potrafią świetnie opowiadać o gospodarce. Potrzebuje również takich, którzy potrafią wziąć odpowiedzialność za jej prowadzenie i mają doświadczenie w zarzadzaniu.
I to jest kolejny absurd.
Najpierw politycy wydają pieniądze.
Potem zaciągają zobowiązania.
Następnie przychodzi rachunek.
A kiedy rachunek trafia na stół, zaczyna się poszukiwanie winnych i osób które to naprawią.
Tylko że jest jeszcze jeden problem, czy absurd.
My już to wszystko znamy.
Pamiętamy pierwsze rządy Tuska. Pamiętamy państwo, w którym na wiele rzeczy nie było pieniędzy. Pamiętamy podwyższanie podatków, wieku emerytalnego, zaciskanie pasa, a później również historię zagarniętych przez państwo pieniędzy zgromadzonych w OFE.
A mimo to po latach duża część społeczeństwa ponownie zaufała tym samym ludziom. I jak się macie tępe barany? To kolejny, chyba najbardziej bolesny absurd.
Absurd politycznej pamięci.
Bo politycy mają prawo popełniać błędy. Mają nawet prawo twierdzić, że tym razem będzie inaczej.
Ale wyborca ma obowiązek pamiętać.
Bo państwo nie ma własnych pieniędzy.
To są nasze pieniądze.
A dług, który dzisiaj wygląda jak liczba w tabeli Ministerstwa Finansów, jutro będzie oznaczać mniej pieniędzy na zdrowie, inwestycje, bezpieczeństwo, emerytury czy zwykłe życie milionów Polaków.
I dlatego największym absurdem nie jest nawet to, że politycy popełniają błędy.
Największym absurdem jest to, że tak szybko o tych błędach zapominamy.

Zostaw komentarz