Nowoczesna demokracja nigdy nie miała na celu uzależnienia władzy od społeczeństwa. Jej celem była legitymizacja władzy w wyniku wyborów.
Bo musi istnieć jakieś wyjaśnienie, dlaczego jedni ludzie rządzą innymi. Kiedyś uzasadniano władzę wolą Boga, później racją stanu, wolą ludu pracującego miast i wsi, a ostatnio wyborem przez większość.
W rzeczywistości jednak ludzie mają bardzo ograniczoną swobodę wyboru. Mogą bowiem głosować wyłącznie na kandydatów, którzy nie są wyłaniani w sposób demokratyczny, ale na podstawie ustalonego odgórnie konsensusu politycznego. To oznacza, że ludzie w rzeczywistości nie mają realnego wpływu na kierunek realizowanej polityki.
Gwarantem tego mechanizmu są oczywiście media. Zdominowane przez jeden nurt polityczny, lewicowo-liberalny, wcieliły się w rolę opinii publicznej, która kreuje i dyskredytuje polityków. W konsekwencji politycy ulegają mediom w przekonaniu, że spełniają w ten sposób oczekiwania społeczne. Natomiast przeciwstawienie się mediom traktowano jako równoznaczne z działaniem wbrew społeczeństwu, co oznaczało dyskwalifikację z polityki.
Nie można jednoznacznie stwierdzić, że takie wyobrażenie o polityce było nieprawdziwe. Media nie tylko przejęły rolę opinii publicznej, ale przez długi czas również ją kształtowały. Mogło więc być tak, że opinie medialne były tożsame z opinią publiczną. Nie dlatego, że media wyczuwały nastroje społeczne, ale dlatego, że je kształtowały.
Należy jednak pamiętać, że „wszystko płynie” i świat się także zmienia. Z czasem więc coraz większa część społeczeństwa alienowała się od środków masowego przekazu i rosło poparcie dla poglądów, które nie były akceptowane przez media. W odróżnieniu od sił politycznych, które działały w ramach medialnego konsensusu i uważano je za umiarkowane, ten nurt polityki, który rozwijał się, poza tym konsensusem, automatycznie uznawano za ekstremalny. Nie miało to żadnego związku z ich programem. Po prostu każdą postawę antysystemową klasyfikowano jako ekstremizm polityczny. Już samo to świadczy o poważnym kryzysie elit demokratycznych.
Początkowo rozumiany w ten absurdalny sposób ekstremizm był marginalny. Jego znaczenie jednak rosło, co było powiązane ze słabnięciem mediów
tradycyjnych. Powstała bowiem przestrzeń publiczna, na którą media nie miały wpływu. W tej sytuacji ciągłe utożsamianie mediów z opinią publiczną stało się nadużyciem.
Dla polityków oznaczało to utratę komfortu uprawiania polityki poprzez gazety i programy publicystyczne. Zawisła nawet nad nimi groźba, że będą musieli wyjść na ulicę nie tylko podczas kampanii wyborczej. Na szczęście to niebezpieczeństwo zostało zażegnane dzięki mediom społecznościowym, które stały się obecnie nowym wcieleniem opinii publicznej. Niemniej nie powstrzymało to kryzysu demokracji koncesjonowanej.
Dlatego mainstreamowe siły polityczne, wsparte przez media, przystąpiły do kontrataku. Zaczęto obrzucać środowiska polityczne spoza głównego nurtu rozlicznymi epitetami: faszyści, naziści, nacjonaliści, rasiści, a wreszcie populiści.
Szczególnie charakterystyczny jest tu populizm. Stosunek do niego w pełni odsłania pogardliwy stosunek elit demokratycznych do demokracji. Jeżeli bowiem populizm polega na zdobywaniu poparcia przez obietnicę spełnienia tego, czego ludzie oczekują, to należy go uznać za synonim demokracji. Tymczasem dla polityków i dziennikarzy głównego nurtu takie uprawianie polityki jest niedopuszczalne. Jednych obietnic nie da się spełnić, innych spełniać nie należy, bo schlebiają najniższym instynktom społecznym. I tyle w temacie ich stosunku do demokracji.
Wracając jednak do próby obrony dotychczasowego modelu demokracji, należy zauważyć, że atakowanie przez media środowisk politycznych spoza głównego nurtu kryje w sobie kardynalny błąd logiczny. Bowiem kryzys demokracji opiera się na kryzysie zaufania do mediów. W tej sytuacji wykorzystywanie mediów do dyskredytowania przeciwników jest bezskuteczne, a właściwie przeciwskuteczne. Ataki medialne, zamiast osłabiać pozycję polityków antysystemowych, w rzeczywistości ich uwiarygadniają. Dlatego lepiej byłoby, gdyby media uprawiały propagandę odwróconą, to znaczy krytykowały tych, których chcą promować, i gloryfikowały tych, których chcą zdyskredytować. Ale byłoby to równoznaczne z przyznaniem się do utraty pozycji moderatora polityki. Na to dziennikarze nie mogą się zgodzić.
Dlatego elity demokratyczne coraz bardziej skłaniają się do obrony swojej pozycji metodami siłowymi. Ale to raczej nie jest dobre rozwiązanie.
Z doświadczenia historycznego wiemy, że w czasie, gdy system zaczyna się kruszyć, odpadają od niego płatami ludzie, którzy go tworzą. Należy więc oczekiwać, że teraz także odpadnie od elit politycznych broniących swojej pozycji troszkę sędziów, trochę policjantów i trochę polityków. Najpierw mało, ale później coraz więcej. Dla wszystkich jest bowiem oczywiste, że im wcześniej zerwą ze starym systemem, tym większe mają szanse na znalezienie uprzywilejowanego miejsca w nowym.
A na końcu zostanie w pałacu garstka najwierniejszych lokajów, którzy padną ofiarą rewolucji zamiast swoich panów.
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują więc, że system oparty na manipulacji medialnej oraz legitymizacji elit poprzez reglamentowane wybory się kończy. Nie należy się jednak od razu z tego cieszyć. Bowiem także teraz może się powtórzyć sytuacja z 1989 roku, gdy łatwo przegraliśmy swoje zwycięstwo.
Elity rządziły już z woli Boga, na podstawie racji stanu, z woli ludu, z woli wyborców… Mogą więc teraz rządzić na innej podstawie, na przykład z racji posiadania kapitału. Myślę, że ludzie to kupią. Tak jak w Ameryce czy na Ukrainie.
Zostaw komentarz