Polityka ma dobrą pamięć tylko wtedy, gdy jest to wygodne. Paweł Kukiz właśnie przypomniał Rozwojowi Plus, że pomysł wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego większością kwalifikowaną nie spadł nagle z nieba wraz z Mateuszem Morawieckim. Dziesięć lat temu taki kierunek proponował Kukiz’15. I wtedy – jak wynika z sejmowych dokumentów – nie został zrealizowany.

Paweł Kukiz wrócił do politycznej aktywności i najwyraźniej szybko odkrył, że polityka potrafi być sportem nie tylko pamięci, ale również… zapominania.

Tym razem chodzi o Trybunał Konstytucyjny i przedstawiony przez środowisko Rozwoju Plus Mateusza Morawieckiego pomysł jego „resetu”. Jednym z kluczowych elementów propozycji ma być wybór nowych sędziów TK przez Sejm większością 3/5 głosów, a więc przy konieczności szukania porozumienia także poza własnym zapleczem politycznym.

Brzmi rozsądnie?

Być może.

Nowocześnie?

Niewątpliwie.

Oryginalnie?

I tutaj zaczyna się problem.

Pomysł był już dekadę temu

Kukiz przypomniał, że podobne rozwiązanie jego środowisko proponowało już w 2015 roku.

I nie jest to wyłącznie polityczna przechwałka.

W projekcie ustawy o Trybunale Konstytucyjnym złożonym przez Kukiz’15 2 grudnia 2015 roku proponowano, aby sędziów Trybunału wybierał Sejm większością kwalifikowaną 2/3 ustawowej liczby posłów. Fakt ten został odnotowany także przez Demagog, który weryfikował wcześniejszą wypowiedź Pawła Kukiza dotyczącą sposobu wyboru sędziów TK.

Czyli pomysł rzeczywiście istniał.

I rzeczywiście pochodził od Kukiz’15.

Różnica jest taka, że dzisiejszy Rozwój Plus proponuje 3/5, podczas gdy Kukiz’15 proponował 2/3.

To oczywiście istotna różnica techniczna. Nie można uczciwie twierdzić, że oba projekty są identyczne.

Ale trudno również udawać, że idea zwiększenia większości wymaganej do wyboru sędziów TK i wymuszenia politycznego porozumienia jest wynalazkiem 2026 roku.

„Gdzie rzetelność dziennikarska?”

I właśnie tutaj najmocniej wybrzmiewa pytanie Kukiza skierowane do dziennikarki Kamili Baranowskiej.

W materiale Interii propozycja została przedstawiona jako „autorski pomysł” Rozwoju Plus. Artykuł opisuje szczegółowo plan środowiska Morawieckiego: likwidację obecnego TK, przeniesienie obecnych sędziów w stan spoczynku, wybór nowych większością 3/5 oraz mechanizm 100 dni, po których – w razie braku porozumienia – prezydent mógłby uzyskać możliwość skrócenia kadencji Sejmu.

Problem nie polega więc na tym, że Rozwój Plus nie może mieć własnego pomysłu.

Oczywiście, że może.

Problem polega na czymś znacznie bardziej podstawowym: polityczna nowość rozwiązania powinna być opisywana uczciwie, a historia jego wcześniejszych wersji nie powinna znikać tylko dlatego, że dzisiaj pojawia się nowy polityczny szyld.

Bo jeśli dziennikarz pisze „autorski pomysł”, czytelnik ma prawo rozumieć to jako rozwiązanie nowe, stworzone przez dane środowisko.

Tymczasem dokumenty pokazują, że niektóre elementy tej koncepcji mają znacznie starszą metrykę.

Polityczne „Ctrl+C – Ctrl+V”?

Paweł Kukiz ujął to po swojemu:

„Dlaczego 10 lat temu nie poparliście naszej propozycji a dziś przedstawiają ją jako swoją?”

To jest pytanie, którego nie należy zbywać politycznym uśmiechem.

Zwłaszcza że Rozwój Plus buduje obecnie swoją markę właśnie na haśle „merytorycznej opozycji”. W materiale Interii środowisko Morawieckiego samo podkreśla, że chce być alternatywą dla polityki opartej przede wszystkim na emocjach i deklaruje przedstawianie konkretnych propozycji oraz raportów.

Tym bardziej więc warto wymagać od niego czegoś bardzo prostego:

merytoryczność powinna obejmować również pamięć.

Jeżeli rozwiązanie było proponowane wcześniej – należy to powiedzieć.

Jeżeli zostało zmodyfikowane – należy wyjaśnić, co zmieniono.

Jeżeli obecny projekt jest zupełnie inną konstrukcją – należy wskazać różnice.

Tak wygląda uczciwa debata publiczna.

A może problem jest głębszy?

Spór o autorstwo może wydawać się z pozoru małostkowy. W końcu najważniejsze jest to, czy Polska rzeczywiście znajdzie sposób na wyjście z wieloletniego kryzysu wokół Trybunału Konstytucyjnego.

I tutaj trzeba przyznać jedno: sedno sprawy jest ważniejsze niż polityczne podpisy pod pomysłami.

Trybunał od lat jest jednym z najważniejszych pól ustrojowego konfliktu. Kolejne ekipy polityczne próbowały urządzać go po swojemu. Raz problemem był PiS, innym razem problemem stawały się działania jego następców. Jedni mówili o obronie praworządności, drudzy o obronie konstytucji, a obywatele patrzyli, jak kolejne instytucje państwa wchodzą ze sobą w konflikt.

Dlatego pomysł, aby wybór sędziów wymagał szerszego porozumienia politycznego, zasługuje na poważną dyskusję.

Ale właśnie dlatego nie powinien być przykrywany polityczną autopromocją.

Kukiz ma tutaj ważny punkt

Można Pawła Kukiza lubić albo nie.

Można oceniać jego polityczną karierę pozytywnie albo bardzo krytycznie.

Można też dyskutować o tym, czy jego pomysł sprzed dekady był dobry.

Ale jednego nie można uczciwie zrobić:

wymazać go z historii.

Projekt Kukiz’15 z 2015 roku jest faktem. Wprowadzał kwalifikowaną większość przy wyborze sędziów TK. I nie jest to informacja znaleziona w archiwum jakiegoś anonimowego bloga, tylko element udokumentowanej historii parlamentarnej.

Co więcej, w późniejszej debacie publicznej kwestia kwalifikowanej większości przy wyborze sędziów TK wielokrotnie powracała. W 2015 roku podobną zmianę – choć na poziomie 3/5 – zgłaszała również Nowoczesna.

A więc tym bardziej nie ma powodu budować narracji, jakoby Polska dopiero w 2026 roku odkryła, że do wyboru sędziów Trybunału warto poszukać większości szerszej niż zwykła parlamentarna arytmetyka.

Nie chodzi o to, kto pierwszy powiedział „3/5”

I tutaj trzeba być uczciwym również wobec Rozwoju Plus.

Kukiz’15 proponował 2/3, a Rozwój Plus proponuje 3/5. Do tego obecny projekt zawiera cały mechanizm resetu, w tym 100-dniowy termin na wybór nowych sędziów i możliwość skrócenia kadencji Sejmu w przypadku braku porozumienia.

Nie można więc powiedzieć, że Morawiecki i jego współpracownicy po prostu skopiowali jeden do jednego projekt sprzed dziesięciu lat.

Ale można powiedzieć coś znacznie bardziej precyzyjnego:

Rozwój Plus nie wymyślił idei kwalifikowanej większości przy wyborze sędziów TK.

I właśnie tak należałoby to przedstawiać.

Polityka bez pamięci staje się marketingiem

Najbardziej niepokojące w całej historii nie jest nawet to, że politycy przypominają sobie stare pomysły dopiero wtedy, gdy stają się im politycznie potrzebne.

To akurat w polskiej polityce znamy od lat.

Niepokojące jest coś innego.

Jeżeli środowisko przedstawiające się jako nowe, merytoryczne i wolne od starych partyjnych schematów zaczyna budować swoją wiarygodność na rozwiązaniach, które wcześniej proponowali inni, to minimum przyzwoitości powinno polegać na dodaniu jednego zdania:

„Podobne rozwiązanie proponowano już wcześniej.”

To naprawdę nie boli.

Co więcej, może nawet pomóc.

Bo polityk, który potrafi powiedzieć: „Tak, inni mieli ten pomysł przed nami, ale my go rozwijamy”, wygląda poważniej niż polityk, który próbuje sprzedać archiwalny pomysł jako świeżo upieczony produkt.

Rozwój Plus ma więc wybór

Może odpowiedzieć Kukizowi.

Może pokazać, czym dokładnie ich propozycja różni się od projektu Kukiz’15.

Może również powiedzieć wprost, że wcześniejszy pomysł był inspiracją albo że niezależnie doszli do podobnych wniosków.

I sprawa będzie zamknięta.

Ale jeśli zamiast tego pojawi się obrażanie, udawanie, że „nie było żadnego takiego projektu”, albo próba odwrócenia uwagi – wtedy pytanie Kukiza będzie tylko bardziej zasadne.

Bo w polityce można zmieniać poglądy.

Można rozwijać cudze pomysły.

Można nawet po latach dojść do dokładnie tych samych wniosków.

Jednej rzeczy nie warto jednak zmieniać: faktów.

A fakt jest taki, że o kwalifikowanej większości przy wyborze sędziów Trybunału Konstytucyjnego rozmawiano już dekadę temu.

I Paweł Kukiz właśnie przypomniał wszystkim, że polityczna pamięć zaczyna się tam, gdzie kończy się wygodna narracja.

Kto naprawdę chce naprawiać państwo, powinien najpierw nauczyć się uczciwie opowiadać jego historię.