Wołyń XIX wieku. Jeden magnat urządził sobie kozacki teatr, drugi szlachcic przebrał się za wędrownego dziada. A potem romantyczna fantazja spotkała się z prawdziwą historią!
Rewucha Złotobrody, czyli Wacław Seweryn Rzewuski, był magnatem zafascynowanym Orientem i Kozaczyzną. Jeździł po stepach jak ataman, otaczał się kozakami i stworzył własny oddział jazdy. Kiedy wybuchło powstanie listopadowe, ruszył do prawdziwej walki. Po bitwie pod Daszowem w 1831 roku zaginął. Nie odnaleziono jego ciała, więc pojawiły się legendy, że wrócił do Arabii albo odszedł na Dzikie Pola. Podobno widywano go nawet w okolicach Mekki!
Tymko Padura, poeta ze szlacheckiej rodziny, miał z kolei wędrować po Ukrainie w przebraniu dziada proszalnego. Chodził od chaty do chaty, śpiewając dumki kozackie. Łączyła go z Rewuchą przyjaźń i wspólna fascynacja Kozaczyzną. Padura napisał o nim pieśń „Zołotaja boroda” — „Złota broda”. Współpracował też przy przedsięwzięciu kształcenia lirników, którzy mieli nieść pieśń między ludzi.
A „Hej, sokoły!”? Często przypisuje się ją Padurze, ale nie ma pewnego potwierdzenia jego autorstwa. Pieśń stała się jednak symbolem polsko-ukraińskiego pogranicza — świata, w którym marzono o wspólnej wolności.
I oto mamy dwóch bohaterów jak z powieści: magnata, który bawił się w atamana, aż ruszył na wojnę, i szlachcica, który porzucił pański świat, by śpiewać ludowi.
Jeden zaginął i został legendą. Drugi wędrował z pieśnią. A ich epoka, choć nie spełniła marzeń o braterstwie, zostawiła nam melodie, które wciąż śpiewają Polacy i Ukraińcy.
Bo czasem historia nie kończy się tam, gdzie milknie broń. Czasem dalej żyje w pieśni.
Zostaw komentarz