( dopisany wczoraj fragment).

Dwoje drzwi do przeszłości
Czasami wystarczy jedna wiadomość, jeden obraz, jedno zdanie, żeby otworzyły się drzwi, o których istnieniu zdążyliśmy już zapomnieć. Wczoraj dowiedziałem się o nowym pomyśle Elona Muska, o samochodzie, który potrafi oderwać się od ziemi i wykonywać w powietrzu niezwykłe manewry. Nie wiem, czy kiedykolwiek doczekamy się czasów, w których samochody będą swobodnie latać nad ulicami, omijając korki i przecinając przestrzeń nad dachami domów. Ale ta wiadomość przeniosła mnie w czasie o kilkadziesiąt lat.
Miałem wtedy może dwanaście lat.W zwyczajnym, 32 -kartkowym zeszycie napisałem swoje pierwsze opowiadanie. Była to fantastyka naukowa. Wyobrażałem sobie świat w przyszłości, w którym samochody unosiły się nad ulicami, przelatywały ponad innymi pojazdami i nie musiały podporządkowywać się ograniczeniom, które dla ówczesnego człowieka wydawały się oczywiste.
Oczywiście nie miałem żadnej wiedzy technicznej. Nie zastanawiałem się nad konstrukcją silników ani prawami fizyki. Po prostu wyobrażałem sobie przyszłość. Takie moje marzenia.
Dzisiaj, kiedy patrzę na tamtego chłopca z perspektywy całego życia, myślę, że właśnie tak zaczyna się wiele ludzkich dróg. Najpierw pojawia się obraz czegoś, czego jeszcze nie ma. Potem przychodzi czas, kiedy rzeczywistość albo pozwala nam ten obraz urzeczywistnić, albo uczy nas, że nie wszystkie marzenia zamieniają się w fakty.
Ale wiadomość o Musku otworzyła mi nie jedne, lecz dwoje drzwi.
Za drugimi czekała szkoła podstawowa, język polski i konkursy recytatorskie.
Zawsze lubiłem słowo. Lubiłem jego brzmienie, rytm, znaczenie i tę szczególną właściwość, dzięki której kilka wersów potrafi powiedzieć więcej niż długie przemówienie. Brałem udział w konkursach recytatorskich, zdobywałem wyróżnienia i nagrody. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak wielką rolę odegra słowo w moim późniejszym życiu.
Pamiętam również, że zagrałem później amatorsko w około dwunastu filmach fabularnych. Życie otwierało przede mną różne drzwi, a ja, czasem świadomie, a czasem zupełnie przypadkowo, przechodziłem przez kolejne lub niektóre zamykałem.
Jednak spośród wszystkich szkolnych wspomnień szczególne miejsce zajmuje jeden wiersz.
„Dziewczyna” Bolesława Leśmiana.
Wygrałem konkurs recytatorski, recytując właśnie ten utwór. Do dziś pamiętam jego początek:
„Dwunastu braci, wierząc w sny,
zbadało mur od marzeń strony…”
Nie pamiętam już całego wiersza słowo w słowo. Nie muszę jednak pamiętać każdego wersu, żeby wiedzieć, że ten utwór pozostał ze mną na całe życie.
Może dlatego, że z czasem zacząłem rozumieć go inaczej. Leśmian opowiada historię dwunastu braci, którzy słyszą głos dziewczyny dobiegający zza muru. Nie widzą jej. Nie wiedzą, kim jest ani co dokładnie znajduje się po drugiej stronie. Słyszą jedynie głos, który staje się dla nich obietnicą czegoś niezwykłego.
Postanawiają dotrzeć do jego źródła.
Zaczynają rozbijać mur. Pracują, podejmują wysiłek, podporządkowują swoje istnienie jednemu celowi. Kiedy umierają, ich dzieło nie zostaje przerwane. Pracują dalej ich cienie, a później nawet same młoty, jakby dążenie do celu uzyskało niezależność od rąk człowieka.
I wreszcie mur zostaje rozbity.
Tylko że za nim nie ma nikogo.Nie ma nic.
Pozostaje pustka.
Kiedy byłem chłopcem recytującym ten wiersz na szkolnym konkursie, prawdopodobnie nie potrafiłem jeszcze objąć wszystkich jego znaczeń. Być może ważniejsza była muzyka słów, niezwykłość obrazów i dramatyczna historia. A jednak zapamiętałem utwór, który po latach zaczął przypominać mi o jednej z najtrudniejszych prawd ludzkiego życia.
Człowiek potrafi poświęcić całe życie poszukiwaniu czegoś, co istnieje przede wszystkim w jego wyobraźni.
Nie zawsze chodzi o marzenia w potocznym znaczeniu tego słowa. Czasem jest to wyobrażenie szczęścia, które ma nadejść po osiągnięciu określonego celu. Czasem przekonanie, że zdobycie władzy, pieniędzy, uznania albo miłości rozwiąże wszystkie nasze problemy. Innym razem wiara, że kiedy pokonamy ostatnią przeszkodę, wreszcie będziemy mogli zacząć żyć.
Budujemy wtedy własne mury. Niektóre rzeczywiście stoją przed nami. Inne istnieją tylko w naszych głowach. A jednak potrafimy podporządkować im wszystko.
Odkładamy szczęście na później. Mówimy sobie, że zaczniemy żyć, kiedy osiągniemy cel. Że odpoczniemy, kiedy skończymy pracę.Że wreszcie poczujemy się spełnieni, kiedy zdobędziemy to, czego nam brakuje.
I tak mija rok za rokiem.
Człowiek uderza młotem w mur, nie zawsze pytając, czy za nim rzeczywiście znajduje się to, czego szuka.
A przecież największy dramat nie polega na tym, że nie osiągamy celu. Polega na tym, że czasami osiągamy go, a wtedy okazuje się, że nie ma on takiej wartości, jaką mu przypisywaliśmy.
Wszystko, co miało przynieść szczęście, zostało zdobyte. Wszystkie przeszkody zostały pokonane. Nie ma już muru, który można by rozbijać.
I co dalej?
To pytanie brzmi szczególnie mocno w wierszu Leśmiana. Dwunastu braci nie przegrywa przecież dlatego, że zabrakło im siły, wytrwałości czy odwagi. Przegrywają w innym sensie. Ich wysiłek nie prowadzi do spełnienia obietnicy, którą usłyszeli.
Można zwyciężyć w walce, a mimo to przegrać z własnymi oczekiwaniami.
Można poświęcić wszystko dla celu, a potem odkryć, że sam cel był pomyłką.
Można też tak bardzo przywiązać się do dążenia, że przestaje mieć znaczenie, co właściwie chcieliśmy osiągnąć. Wtedy żyjemy już nie dla marzenia, ale dla samego wysiłku. Mur staje się sensem istnienia, a jego rozbicie odbiera nam jedyny punkt odniesienia.
To właśnie dlatego odczytuję „Dziewczynę” jako coś więcej niż opowieść o niespełnionym pragnieniu. Widzę w niej pytanie o granice ludzkiej wiary, o siłę wyobraźni i o niebezpieczeństwo, które pojawia się wtedy, gdy marzenie staje się ważniejsze niż rzeczywistość.
Nie znaczy to, że powinniśmy przestać marzyć.
Przeciwnie.
Bez marzeń człowiek nie wyszedłby poza to, co już zna. Nie powstałyby książki, wynalazki, dzieła sztuki ani wielkie idee. Nie byłoby również mojego dziecięcego opowiadania o samochodach unoszących się nad ulicami i samochodach tych prawdziwych Elona Muska.
Ale istnieje zasadnicza różnica między marzeniem, które otwiera nam świat, a marzeniem, które zaczyna nas zniewalać.
Pierwsze pozwala nam zobaczyć nowe możliwości. Drugie każe nam wierzyć, że tylko jeden określony wynik może nadać naszemu życiu sens.
I być może właśnie tutaj kryje się najważniejsza lekcja Leśmiana: trzeba mieć odwagę marzyć, ale również odwagę sprawdzać, czemu właściwie poświęcamy swoje życie.
Kiedy dzisiaj myślę o tamtym konkursie recytatorskim, widzę chłopca, który stoi przed publicznością i wypowiada słowa, których znaczenie będzie odkrywał jeszcze przez wiele, wiele lat.
Nie wiedziałem wówczas, jak potoczy się moje życie. Nie mogłem przewidzieć spotkanych ludzi, podejmowanych decyzji, walk, rozczarowań ani chwil, które przyniosą mi prawdziwą radość.
Nie wiedziałem też, że po latach będę wracał do tego wiersza i odnajdował w nim kolejne pytania.
Dzisiaj rozumiem, że niektóre utwory literackie stają się częścią naszego wewnętrznego świata. Towarzyszą nam, choć przez długi czas nie zastanawiamy się nad ich obecnością. Aż pewnego dnia wydarza się coś, co pozwala nam odczytać je na nowo.
Wczoraj Elon Musk przypomniał mi o moim pierwszym opowiadaniu. A wraz z nim powrócił szkolny konkurs, poezja Leśmiana i tamten chłopiec, który próbował zrozumieć świat za pomocą słów.
Zobaczyłem dwie drogi, które zaczęły się bardzo wcześnie.
Jedna prowadziła przez wyobraźnię, ku temu, co dopiero mogło powstać.
Druga prowadziła przez literaturę, ku temu, co człowiek może odkryć w sobie.
Po latach obie spotkały się w jednym miejscu: w potrzebie zadawania pytań o sens ludzkiego życia.
Nie wiem, czy wszystkie marzenia, które miałem, były warte wysiłku. Nie wiem też, czy wszystkie cele, które osiągnąłem, rzeczywiście przyniosły mi to, czego od nich oczekiwałem. Życie nie jest przecież opowieścią, w której na końcu każdej drogi czeka nagroda.
Ale wiem, że warto było marzyć, pisać, walczyć i szukać odpowiedzi.
Zostaw komentarz