Siedem dni w tygodniu zaczynam dzień podobnie. Kawa, a zamiast porannej gazety odrobina normalności z życia na małej gospodarce gdzieś w lesie. Włączam kanał Alberta z lasu. Bez wielkich ambicji, bez politycznych awantur, bez nieustannego przekonywania świata, kto ma rację, a kto powinien się wstydzić. Po prostu kawałek zwyczajnego życia.
Dzisiaj jednak Albert dał mi coś więcej niż poranną rozrywkę. Dał mi lekcję człowieczeństwa.
W odcinku zatytułowanym „Miejsca pamięci w mojej okolicy” odwiedził kilka cmentarzy i miejsc pamięci. Groby mieszkańców swojej niewielkiej wsi, cmentarz żołnierzy poległych podczas I wojny światowej, mogiłę polskich żołnierzy z 1920 roku, a na koniec cmentarz żołnierzy Armii Radzieckiej poległych w 1945 roku.
Zatrzymał się przy każdym z tych miejsc. Przyniósł kwiaty, wspomniał zmarłych, opowiedział ich historie. Nie dokonywał selekcji według narodowości, munduru czy historycznych sympatii.
I właśnie to ostatnie zatrzymało mnie przed ekranem na dłużej.
Albert nie ukrywa, że historia jego rodziny jest naznaczona sowieckimi zbrodniami. Jego dziadek był torturowany przez UB, brat dziadka został zamordowany podczas przesłuchania, a inny członek rodziny zginął w Katyniu. Nie jest więc człowiekiem, który nie zna ceny, jaką Polska i polskie rodziny zapłaciły za nadejście czerwonych sztandarów.
A jednak stanął przed mogiłami żołnierzy radzieckich i oddał szacunek zmarłym.
Nie dlatego, że zapomniał. Nie dlatego, że zmienił ocenę historii. Nie dlatego, że uznał sowiecką obecność w Polsce za coś, co można nazwać wyzwoleniem bez cudzysłowu.
Zrobił to, ponieważ potrafi oddzielić ocenę zbrodniczego systemu od szacunku należnego zmarłemu człowiekowi.
To rozróżnienie wydaje się dzisiaj coraz trudniejsze.
Sam pochodzę z rodziny, którą bardzo dotkliwie okaleczyły zarówno okupacja niemiecka, jak i sowiecka. Mam więc swoje rodzinne powody, by patrzeć na historię XX wieku bez sentymentów. Co więcej, im jestem starszy, tym bardziej radykalny staję się w ocenach historycznych. Coraz mniej mam cierpliwości do relatywizowania zbrodni, usprawiedliwiania sprawców czy wygodnego rozmywania odpowiedzialności.
Dlatego właśnie z takim podziwem patrzyłem na Alberta.
Bo można być bezkompromisowym w ocenie historii, a jednocześnie zachować w sobie coś, co nie pozwala zamienić pamięci w nienawiść.
Albert opowiedział również kilka rodzinnych historii, które pokazują, jak bardzo skomplikowane były ludzkie losy podczas wojny. Przywołał niemieckiego dowódcę, który zamiast skonfiskować ukryte zboże i narazić rodzinę na śmierć, pomógł jej je schować. Wspomniał niemieckiego szeregowca, który podczas rewizji nie wydał gospodarzy, choć znalazł ukryte mięso. Opowiedział też o sowieckim oficerze, który uratował kobietę przed napaścią ze strony dwóch żołnierzy własnej armii.
Nie są to historie, które zmieniają ocenę okupacji niemieckiej czy sowieckiej. Nie unieważniają zbrodni, nie zdejmują odpowiedzialności z państw, dowódców ani sprawców.
Pokazują jednak coś, o czym w zbiorowych ocenach często zapominamy: nawet w najbardziej nieludzkich systemach pozostawali ludzie zdolni do ludzkich odruchów. I nawet w armiach, które przynosiły śmierć i cierpienie, można było spotkać pojedynczych żołnierzy, którzy nie zatracili człowieczeństwa.
To nie jest próba wybielania historii. To próba zrozumienia człowieka.
Szczególnie poruszający był dla mnie fragment, w którym Albert mówi o cmentarzach żołnierzy różnych armii. Zwraca uwagę, że powinny być utrzymywane w porządku i otoczone szacunkiem. Odróżnia przy tym wojenne nekropolie od pomników wdzięczności Armii Czerwonej, które przez lata stały w centrach polskich miast. To dwie różne sprawy i nie należy ich ze sobą utożsamiać.
Można dyskutować o pomnikach, symbolach, sposobach upamiętniania historii i o tym, jakie miejsce powinny zajmować w przestrzeni publicznej. Można, a nawet trzeba, stanowczo sprzeciwiać się fałszowaniu historii.
Ale grób jest grobem.
Leżą w nim ludzie, których wojna wyrwała z życia i którzy często nie mieli żadnego wpływu na decyzje podejmowane przez polityków i generałów. Nie musimy ich czcić, nie musimy gloryfikować mundurów, w których zginęli. Powinniśmy jednak zachować elementarny szacunek dla miejsca ich pochówku.
Albert przypomniał w tym kontekście słowa księdza Jerzego Popiełuszki: „Zło dobrem zwyciężaj”.
I chyba właśnie tutaj znajduje się sedno całej tej historii.
Nie chodzi o zapominanie. Nie chodzi o pojednanie za wszelką cenę. Nie chodzi o udawanie, że wszyscy byli tacy sami, a historia nie znała katów i ofiar.
Chodzi o to, żeby nie odpowiadać złem na zło i nie pozwolić, by cudze okrucieństwo określało granice naszego człowieczeństwa.
Jest w polskiej tradycji coś szczególnego, co najmocniej odczuwamy w pierwszych dniach listopada. Pamięć o zmarłych, zapalanie zniczy, odwiedzanie grobów, również tych zapomnianych, bezimiennych, oddalonych od rodzinnych stron. To nie jest tylko obyczaj. To pewien rys polskiej duszy, w którym pamięć i szacunek mają znaczenie niezależnie od tego, kim był zmarły i jak potoczyły się jego losy.
Właśnie ten rys zobaczyłem dzisiaj w zachowaniu Alberta.
Człowieka, który nie ma w okolicy grobów swoich bliskich, a mimo to pamięta o tych, których groby znajdują się na jego drodze. Człowieka, którego rodzina doświadczyła sowieckiego terroru, a który potrafi pochylić głowę również nad mogiłami czerwonoarmistów.
Nie wiem, czy Albert zdaje sobie sprawę, jak wiele można wyczytać z takiego gestu. Dla mnie był to jeden z tych momentów, kiedy zwyczajny film na YouTube staje się czymś znacznie ważniejszym.
Nie potrzebujemy kolejnych wielkich deklaracji o patriotyzmie. Nie potrzebujemy nieustannego sprawdzania, kto jest bardziej polski, kto ma prawo do pamięci, a komu należy się pogarda.
Czasami wystarczy człowiek, kilka kwiatów i cmentarz na leśnej drodze.
A także świadomość, że można pamiętać o własnych krzywdach, nie tracąc szacunku dla człowieka.
Dziękuję, Albercie, za tę lekcję.
I za przypomnienie, że pamięć historyczna nie musi oznaczać dziedziczenia nienawiści.
Polecam kanał Alberta
Zostaw komentarz