Niektórzy ze znajomych z przekąsem komentują moją internetową aktywność, sugerując, że jest ona zapewne skutkiem nasilającego się na starość narcyzmu. Bo po co człowiekowi w sędziwym wieku coraz to nowi znajomi? Czemu mają służyć osobiste, niekiedy bardzo szczere wynurzenia, skoro ludzie mają własne problemy i kłopoty?
Przyznam, że i ja czasem się nad tym zastanawiam. A jednak czerpię autentyczną radość z kontaktów z moimi wirtualnymi znajomymi. Z biegiem czasu wielu z nich staje się bliższych niż niektórzy dawni przyjaciele. Przez ponad dwadzieścia lat buszowania w sieci dorobiłem się licznych, cennych kontaktów.
Przypomina mi się przy tej okazji teoria sześciu stopni oddalenia. Zakłada ona, że każdego z nas dzieli od dowolnie wybranej osoby na świecie zaledwie sześć ogniw znajomości. Każdy zna kogoś, kto zna kogoś następnego, i tak dalej. Dzięki temu zwykły człowiek może przekazać list, wiadomość, upominek czy prośbę osobie, której nigdy nie spotkał. Innymi słowy, liczba stopni znajomości między dwiema dowolnymi osobami na świecie nie przekracza sześciu.
Jednym z takich internetowych kontaktów był Franciszek Bocheński. Po kilku latach wirtualnej zażyłości wypiliśmy nawet internetowego brudzia. To znaczy ja wypiłem za siebie i za niego. Odtąd Franciszek, który zupełnie niedawno odszedł w bardzo sędziwym wieku, nie do końca pogodzony z nieuchronnością tego momentu, stał się dla mnie Frankiem, a ja dla niego Stachem.
Gdy wspomniałem mu kiedyś o tym naszym symbolicznym bruderszafcie, odpisał tak:
„Facebook ma to do siebie, że czyta się tam tylko to, co chce się czytać. Tak samo moje czy innych wypowiedzi czytają ci, których one interesują.
Facebook przypomina mi dawne kawiarenki i restauracyjki paryskie, a także knajpy na Saskiej Kępie w czasach, które nie wydają mi się jeszcze tak bardzo odległe. Przychodzili tam rozmaici ludzie, różnych zawodów i poglądów, tworząc grupy stałych bywalców. Wszyscy się znali, niekoniecznie z nazwiska. Wystarczało imię albo pseudonim nadany przez innych. Wiedzieli o sobie tylko tyle, ile sami chcieli ujawnić.
Każda z tych kafejek czy knajpek miała własną atmosferę i stawała się dla stałych gości drugim domem.
Podczas studiów na Uniwersytecie Warszawskim, a później, gdy pracowałem w PAN-ie, w Pałacu Staszica, takim drugim domem była dla mnie Harenda, gdzie byłem znany jako Ali.
Do Harendy dzwoni telefon. Odbiera go kelnerka, pani Hania. Rozgląda się po sali i mówi:
'Pana Alego nie ma. Chyba wstąpił na chwilę do pracy. Proszę zadzwonić do Pałacu Staszica.’
P.S. Bardzo lubię czytać wypowiedzi Stacha. Obaj należymy do starszego pokolenia. Mamy wielu znajomych na Facebooku, także wśród ludzi w wieku naszych dzieci i wnuków. I w niczym to ani nam, ani im nie przeszkadza. Przeciwnie, lubimy z nimi rozmawiać, a oni z nami.”
Ładne? Moim zdaniem bardzo ładne.
Tak właśnie powstaje kapitał bliskości między ludźmi, którzy początkowo byli sobie zupełnie obcy. Kapitał zbudowany z komentarzy, wiadomości, wspólnych wspomnień, życzliwych sporów i żartów. To coś znacznie więcej niż cyfrowy ślad pozostawiony w sieci. To sieć życzliwości, która potrafi nieść wsparcie, inspirować, a czasem po prostu dawać poczucie obecności drugiego człowieka.
Dzisiaj zastanawiam się, co zrobić z tym zgromadzonym przez lata kapitałem.
Chyba zacznę od modlitwy za spokój wieczny i zbawienie dla Franka.
A Państwa proszę o jedno: jeśli zechcecie, przekażcie mu ode mnie pozdrowienia dalej. Tam, dokąd wszyscy kiedyś podążymy.
Zostaw komentarz