Kolega Krzysztof Żarna zainspirował mnie zapewne niechcący do napisania czegoś, co leży mi na sercu, wątrobie i śledzionie (od dłuższego czasu), a co związane jest z moją wyuczoną profesją czyli turystyką i hotelarstwem (owszem, jestem honorowym absolwentem najlepszego w Polsce Technikum Hotelarskiego w Wiśle).
Ale od początku. Turystyka, jeśli nie licząc bogatej tradycji pielgrzymkowej w Europie oraz podróży w celu pobierania nauk na uniwersytetach, ma swoje początki w wieku XIX, gdy bogaci mieszkańcy państw europejskich przemierzali Europę, Azję i Afrykę w celu oderwania się od lokalnej rzeczywistości i nabrania do niej dystansu (i tym samym zrozumienia jej istoty). Na ogół tego rodzaju podróże utwierdzały ich w przekonaniu, że mają zaszczyt żyć w najbardziej cywilizowanej części świata, bo cała reszta zwiedzanych ziem z ich perspektywy wydawała się mniej lub bardziej upośledzona. Na tym resentymencie przez pokolenia budowano tożsamość przemądrzałego białego człowieka Zachodu. Później wysyłano w obowiązkową podróż przynajmniej po Europie swoje pacholęta, aby mieć pewność, że nie są tak niepełnosprawne jak się wówczas mogło wydawać. Część była i owszem, ale reszta jakoś dawała radę i dzięki temu otrzaskiwała się w świecie. Tak kształtowały się przyszłe elity Europy.
Turystyka masowa (horrendum!) nastała wraz z końcem II wojny światowej, gdy wciąż jeszcze względnie bogate społeczeństwa Europy Zachodniej czuły chęć przemieszczania się do mniej lub bardziej odległych miejsc, w celu nie tyle poznawania, ale leżenia plackiem na plażach obsługiwanych przez biedniejszych od siebie. Już na tym etapie wątek poznawczy podróży został zredukowany do minimum. Właściwie zaś wyzerowany. Z czasem następowała jedynie eskalacja niechęci poznawania odległych miejsc, do których się udawano połączona z przemożną chęcią najedzenia się, napicia, wyspania i wyleżenia. Swego czasu bardzo ładnie Ryszard Kapuściński w swojej mini-książce pt. Ten Inny, oddał fenomen niechęci konfrontacji z obcością, która z konieczności rodzi trudne pytania o naszą tożsamość. (Na które w większości niepełnosprawna umysłowo część białej Europy, nie znała odpowiedzi)
To jednak, co się dzieje w ostatnich kilkunastu latach przyprawia mnie o mdłości i spazmatyczny płacz nad degeneracją białego człowieka. Na mapie Europy zaroiło się od miast-prostytutek, swoistych Sodom i Gomór. W sensie dosłownym i w przenośni.
W sensie dosłownym – największe zagęszczenie burdeli, w których po taniości można wychędożyć tanie dziewki z Europy Wschodniej ma miejsce w Pradze, Budapeszcie i Krakowie. Zagęszczenie nocnych klubów i lokali towarzyskich można sobie sprawdzić na gogle maps. Tłumy znudzonych i mocno zdegenerowanych mężczyzn tysiącami ląduje na lotniskach ww. miast nie oczekując bynajmniej bogatej oferty kulturalnej, ale zimnej wódki, piwa i uciech cielesnych, oraz punktualnego powrotu do kraju, w którym nadal będą wykonywać w sumie dość nieskomplikowaną robotę (nie wymagającą wyższych kwalifikacji). I włodarze miast-prostytutek cieszą się z tego powodu. O zgrozo! Mowa tutaj o swoistej tajlandyzacji (mój copyright!) Europy Wschodniej (nie używam określenia Środkowa, bo to w tej branży nie funkcjonuje). Wyjątkowo żenujące i odrażające zjawisko. Ciekawe zaiste, że portale feministyczne milczą na ten temat.
W sensie niedosłownym, prostytucja miejska znajduje swój wyraz w czynieniu z miasta – obiektu zwiedzania, podczas gdy miasto powinno służyć pierwej mieszkańcom, i dopiero po zaspokojeniu ich potrzeb – odwiedzającym. Z centrum miast w wyniku takiej polityki znikają bary mleczne – przaśne jak cholera i nieprezentacyjne, morduje się cieszące się uznaniem największych pijaków w mieście wyszynki, w których niejeden stracił pamięć. Znikają księgarnie. Sterylizuje się miasta czyniąc z nich obiekty turystyczne. Najbardziej debilnym sposobem „uatrakcyjniania” miast jest moim zdaniem, montowanie w przestrzeni publicznej różnej maści krasnali, znanych postaci odlanych w brązie wpółsiedzących na ławce, wychodzących z kanału lub sikających przed siebie. Te postaci są do bólu powtarzalne w tysiącu miast europejskich, a mimo to naiwni turyści zapamiętują je w swej tandetnej i niewykształconej nostalgii. Tego typu gadżety zamawia się w Chinach i ma się po miesiącu pierdylion takich pseudopomników.
Osobiście nienawidzę turystów, uwielbiam natomiast włóczęgów, którzy niczego nie oczekując, wpieprzają się mi na podwórko pytając którędy do kądś, co mi się zupełnie z niczym nie kojarzy. A nawet jeśli mi się kojarzy, to wiem, że jak zrobię krótki test i pokażę odwrotny kierunek, to w końcu będę wiedzieć po ich kwaśnych minach, że to prawdziwi turyści.
Turystyka nie ma przyszłości.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz