– A to co znowu?! Nie ma takiego zwierzęcia! – piskliwie wykrzykiwał zajączek gdy kicając miedzą o poranku na grządki z marchewką i kapustą pierwszy raz w życiu ujrzał przed sobą zebry, przewiezione ubiegłej nocy z miejskiego ZOO na łąki pobliskiej stadniny koni w związku z wiosennym remontem ich wybiegu, i stanął teraz naprzeciw jednej z nich w zupełnym osłupieniu.

–  Jak to “takiego zwierzęcia nie ma”, czyż nie jestem tutaj? – zdziwiła się, słysząc piski szaraka, piękna, pręgowana zebra. Dla niej, wyrosłej w ogrodzie zoologicznym, ten mały stwór był także niecodzienną atrakcją. – Cóż to takiego, jakiś skarłowaciały kangur? I po co mu takie śliczne, wielkie uszka? Hopsa jak gdyby był nakręcony! Śmieszył ją i trochę przerażał. Zebra nigdy jeszcze nie przebywała wśród tak wielkiej, otwartej przestrzeni. Czy to wolność? – pomyślała po raz pierwszy w życiu, nie bardzo wiedząc gdzie się właściwie znajduje. Pamiętała wspomnienia matki, która po przybyciu z Afryki do ZOO nigdy się z nim nie oswoiła, do końca tęskniąc za stadnym życiem na wolności, mimo wszystkich niebezpieczeństw ale bez wiecznie podglądających ją zza stalowego ogrodzenia ludzi, którym los zwierząt zazwyczaj jest obojętny. Z zamyślenia wyrwał ją znowu zajączek.

– Co to za komiczne paski i pręgi na tym dziwolągu? – zastanawiał się szarak skacząc w kółko wokół zebry i zupełnie nie mogąc zrozumieć tego, co właściwie widzi. Do łebka przychodzily mu różne szalone skojarzenia:

– Grafficiarze wdarli się nocą do stadniny i dla hecy tak konie wymalowali? A może genetykom jakiś eksperyment się nie udał… Dobrze przynajmniej że koniom skrzydła nie porosły bo by im te pegazy jeszcze odfrunęły… Albo, gorzej, z chińskiego laboratorium znowu coś się na „gościnne występy” zaprosiło i narobi takiego zamętu jak poprzednio? Choć byłby przynajmniej w lesie od ludzi święty spokój… A może to lokalnemu weterynarzowi przy dozowaniu szczepionek znów coś się pomyliło i tak konikom po tym sierść odbarwiło? W oczach mi się to dwoi i troi. Zaraz zaraz… A może to ta zagrycha wczoraj u borsuka? Podfermentowane „warzywa” z zapasów hodowcy tych małych ryjków, jak im tam wołają? Fakt, zielzo było już dosyć zleżałe, ale niczego sobie, lepszy rydz niż nic, gdy w spiżarni o tej porze roku pusto. Tylko o mały włos zarobilibyśmy za ten numer śrutem bo futerkowe głodomory podniosły taki raban że ledwośmy zdążyli dać stamtąd nogę. Ciekawe co one będą teraz żreć, te małe potwory! – zarechotał. Tak perorował że wpadłby zebrze prawie pod kopyto. 

–  Aj! Nieee… Jednak nie przywidziało mi się – to naprawdę tu stoi! Trzeba koniecznie wilkom dać znać! Jak tym zbirom opowiem że znowu „szef kuchni poleca” to zaraz się tu zjawią – chichotał wielce kontent ze swojego pomysłu. Nie przepadał za ich zjadliwym towarzystwem i gdy tę żarłoczną zgraję można było tylko czymś przekupić, korzystał z okazji. Niech sobie to skonsumują bo to jest moja łąka! Moja, i takie coś mi tu nie pasuje! – zapiszczał. Jeszcze mi się potem do marchewki i kapusty dinozaur jeden dobierze! Nie wiedział tylko że po tym jak poprzednio „zaprosił” wilki na urzędujące nad stawem nosorożce, których siedzibę w ZOO też gruntownie remontowano, żaden nie wrócił z tej „biesiady” cały a kilka pływa tam jeszcze, całkiem płaskich i podziurawionych, aż do teraz. Zebra słuchała piskliwej tyrady szaraka z rosnącym zażenowaniem.  

– O czym on opowiada? Co to za groteskowa kreatura? „Takie coś mi tu nie pasuje”? Jak to „To moja łąka”? Czy ta komiczna postać robi tu za jakiegoś oberszpicla czy rezydenta? – myślała zniesmaczona. Wyrwał się z drugiej strony lustra jakiejś Alicji w krainie czarów w wersji dla kołchoźników, czy z podróbki Folwarku zwierzęcego Orwella? I co to za szemrane koneksje z wilkami, taka mała łachudra, szmuglują coś razem pokątnie z lasu czy co, że musi im się tak opłacać? I chyba myśli że nikt go nie rozumie skoro tak się chwali swoimi łajdactwami! Przypomniała się jej popularna niegdyś kreskówka o wilku i zającu. Czyżby to był ten sam osobnik, ale po latach pierestrojki? Trochę się zmienił… Jakże ten wilk do niego wołał? Acha! – Nu pogadii! Zaraz się przekonamy.

–  Nuu pogadii zaajac!? – zawołała, udając wilka z kreskówki, ale szarak wcale nie zareagował, bo nie znał rosyjskiego i nie sądził że ktokolwiek go słucha. 

–  Hej, tam, kicajku, co tam tak do siebie gadasz? Uważaj gdzie leziesz bo cię w końcu rozdepczę! – dodała głośniej już zebra, bo obijał się o jej kopyta niczym jakiś pijany o walec. 

– No przecież, nie ma takiego zwierzęcia na ziemi – perorował dalej jak gdyby się zaciął, szarak, – nie ma, nigdy go ani na moim polu, ani w moim lesie, ani w ogóle jeszcze nie widziałem i miejmy nadzieję że niebawem już nie… – Chwila, czy ktoś do mnie zawołał – kitajcu?! Rozejrzał się zdziwiony i dopiero wtedy zobaczył nad sobą pręgowaną mordkę wpatrującej się w niego zebry.

– Że niebawem już „czego – nie… zobaczysz”, kicajku? – zapytała zebra. Jak Cię o coś pytam to może uprzejmie byś mi w końcu odpowiedział? 

– Tego to ja właśnie nie wiem, zapiszczał zaskoczony zajączek, bo choć wielka uprzejmość nie leżała w jego naturze to dotarło do niego że nie mówił przez cały ten czas do trawy, – ale, dokończył już znacznie mniej pewnie – takiego dziwadła chyba tu nie musi być? Ciągle zakładał że to jakaś bezbronna hybryda.

– Jak to „chy-ba tu nie mu-si być”?! – wyskandowała ostatnie zdanie szaraka zdumiona zebra. Więc o moim losie zdecydować ma teraz ten mały obwieś? – pomyślała. Przeraziła się na dobre, instynkt zaalarmował nieomylnie. – O nie, co to, to nie, zdecydowała, – trzeba działać! Po czym jednym zwinnym ruchem łba złapała zębami za kark to małe, zuchwałe zwierzątko, rzuciła przed sobą na ziemię i przydeptując mu uszy jednym kopytem zapytała:

– No i co kicajku, co masz mi teraz do powiedzenia?! Kto cię tu nasłał i po co? Gadaj! Tymczasem kompletnie zaskoczony, wierzgający się wściekłe kłębek lichego futra jak nie zapiszczy:

– Puszczaj mnie natychmiast! – wrzeszczał szaraczek. W tej chwili mnie uwolnij! Nie życzę sobie żeby mnie ktoś tak na mojej łące …

– Nie mogę, i nie mam czasu na takie dyskusje! – odkrzyknęła zebra. Szarak w pułapce nie tracił jednak rezonu:

– Jak to nie możesz?! Puszczaj natychmiast! Nikomu nie wolno tak mnie trzymać za uszka! Nie masz prawa! W ogóle nie wolno ci było mnie złapać! Ty przecież wcale nie istniejesz! Nie ma takiego zwierzęcia! Leciał już Schopenhauerem bo to bywało skuteczne.

– Nieee? A to dobre – zachichotała zebra. 

–  Skaczesz mi tu w kółko, plączesz się pod kopytami, głupio i po chamsku odgrażasz, i jeszcze masz czelność twierdzić że wcale mnie tu nie ma?! A byłabym cię prawie, łachudro jedna, rozdeptała! I które z nas już by nie istniało?

– „Nie będziesz mi zebro zająca więziła!” – skandował teraz demonstracyjnie uparty szarak, usiłując swojej postawie nadać pozór legalności. Ale już trzęsło mu się na ogonku futerko. Zebra, widząc to, zaśmiała się tylko przez zęby.

– Że niby co? Przecież sam się o to prosiłeś! Ty to sprowokowałeś!

– Nieprawda! – komicznie zaperzył się szarak. Ja – pierwszy zając tej gminy nie wyrażam zgody na takie ograniczanie mojej osobistej wolności i przetrzymywanie mnie w niewoli! To pogwałcenie mojego zwierzęcego prawa i międzyleśnej konstytucji! Ta przemowa ubawiła zebrę do reszty.

– Pogwałcenie, przepraszam, czego? Nie jesteśmy w lesie, kolego! Dla niej prawo dżungli, które zapamiętała jeszcze od matki, nie uwzględniało „wolności osobistej zajączków”. Mowa była o nich za to w jadłospisie lwów, tygrysów oraz sępów, w części przekąsek. Zając kojarzył się jej z rysunkiem na pasztecie, który jakiś gimbus wrzucił im w ZOO przez ogrodzenie myśląc że to tygrysy syberyjskie. Ich wybieg był wprawdzie po drugiej stronie alejki, ale który uczniak czyta dzisiaj tabliczki bez obrazków? Żeby jednak ograniczała komuś „osobistą wolność”? To chyba jakaś kompletna farsa! Czy ten typek pali jakąś trawkę zamiast ją skubać? Postanowiła go wydrwić.

– Jak to? Jak mam cię wypuścić, skoro sam przed chwilą dowodziłeś że mnie nie ma? Odbierając mi prawo do istnienia odebrałeś przecież także i sobie szansę na uwolnienie, choćby „za kaucją”!

– Jaaak? Ty przepisami mi tu manipulujesz? – wycharczał spod kopyta zdenerwowany szarak

– Ty się teraz przepisami, obwiesiu nie zasłaniaj, zlikwidowałeś mnie, lub chcesz to zrobić z pomocą wilków, a żądasz ode mnie wypuszczenia? Chyba żartujesz!

– Ja nie, nie, nie – kasłał przydepnięty szarak, – ja wcale cię nie zlikwidowałem, ja tylko tak sobie „założyłem” że ciebie tutaj „tak jakby” nie ma. To znaczy, że jesteś tak na niby… – I na pewno zaraz wstawią się za mną moi kompani z leśnej elity! – dorzucił nerwowo.

– To świetnie się składa, odparła zebra, bo skoro mnie tu nie ma i twoim zdaniem nie istnieję, to ani nic cię tutaj nie trzyma, ani tak samo nic nie ogranicza w niczym twojej wolności, a już zwłaszcza tej osobistej! Możesz sobie dalej śmiało pokrzykiwać i kicać, jeśli to, rzecz jasna, w takiej pozycji jeszcze możliwe. Taka ograniczona wolność, jak w ZOO. Znasz te zagadkę? – Istniejesz tam ale już nie żyjesz. A co do twych „elitarnych“ kumpli z ferajny to pewno sami nadal są tak wstawieni że żaden długo mordy z norki nie wychyli. Nie blefuj, jesteś sam, zagadza się? Szarakowi do reszty zrzedła mina.

– Nooo, ale… – wyjąkał, no bo nie ma cię… w rzeczy samej, ale…. tak tylko w teorii – spuścił zupełnie z tonu, – to znaczy… niby cię nie ma, ale coś mnie właśnie przydusza i mocno trzyma, skonfundował, bo przygniecione kopytem uszy drętwiały i nieprzyjemnie dawały mu się już we znaki. Oddech też coś jakby nagle szwankował. Czyżby odzywały się dawne „choroby towarzyszące”? 

– Czyli w tej twojej tolerancyjnej „teorii stworzenia” mnie jednak nie ma, tak? Nie ma miejsca dla zebr? A to dobre! Wygląda więc na to że albo ktoś zrobił cię kompletnie w konia albo ty mnie z kimś mylisz! – podsumowała zebra.

– Nie, nie, – zaprotestował szarak, one naprawdę istnieją, konie zawsze się tutaj przedtem pasły!

– Tak mówisz bo je widziałeś. A dobrze znasz tę swoją teorię? Bo skoro tak to chyba tylko ciasny światopogląd i niewiedza trzymają cię tutaj za uszy a nie ja! – kpiła sobie z niego na całego.

– Nieprawda, my zające, jako przodująca klasa kicająca pól i lasów mamy ustalony światopogląd i wiedzę o innych zwierzętach! – na jednym tchu wyrecytował szarak. – I czerpiemy ją tylko z opracowanych przez zajęczego komisarza do spraw nauki źródeł. On już wie co dla nas przydatne i bezpieczne. Więc puszczaj, ty nieprawdziwy zebra-wirusie, wcale Cię tutaj nie ma! – próbował podejść teraz zebrę psychologicznie – „Na bezczelnego”. Łudził się że ze śmiechu uniesie kopyto, przygniatające mu uszy. Każda metoda dobra.

– Koń to by się może uśmiał! Ale nie ja – parsknęła zebra. A już mi się wydawało że jestem na wolności. A to tu  wygląda na jakąś szaraczą dyktaturę. – A nie wierzysz ty czasem w jakieś teorie spiskowe? Bo jeśli coś, czego teoretycznie nie ma, może cię tak złapać, i przydepnąć – ciągnęła, to chyba ktoś strasznie cię oszukał. A jednak… Ten koszmarny sen i żywa abstrakcja to właśnie ja! I nie jestem żadnym dinozaurem ani pomyłką weterynarza!

– Teorie spiskowe? – powtórzył, udając głupiego szarak, bo na ćwiczeniach dla bojówek Komitetu Obrony Zajączków (KOZa) szkolono właśnie w dywersji prewencyjnej wobec zaradnych farmerów. Wypróbowali to nawet tej zimy na jednym takim co miał krowy i byka. Był wtedy niezły ubaw a potem spora impreza. Zając, widząc jednak że tak z nią nie wygra, spokorniał:

– A jeśli jednak założę że ty istniejesz to mnie w końcu wypuścisz? – i  udając lisa słodko się uśmiechnął. Zamerdał nawet ogonkiem.

– Daruj sobie tę lisią mowę! – stanowczo zaprotestowała zebra. To nie wystarcza. Bo jeśli ja, dajmy na to, założę że ciebie tutaj już nie ma, to i tak będziesz mi tu za chwilę znowu skakał, plątał się pod kopytami, manifestował i jeszcze bezczelniej się odgrażał. Wiedziała że ten mały drań, jak stary ormowiec, nie odpuści. – Albo uwierzysz że jestem tu naprawdę, tak samo jak ty, albo… Ale mamy czas. Zebra nie zając, nie ucieknie! – zachichotała. Poleżysz sobie, to zrozumiesz. A założyć to możesz sobie łapę za łapę! Zapadło dłuższe milczenie, przerywane jedynie cichym chychraniem szaraka. 

– Ni koń to, ni to krowa, jakby ktoś białego osła w paski pomalował i wmówił mu że jest jakąś „zebrą”, – kombinował zajączek. Ale osły nie są takie duże, i nie ma białych… A może to czarny koń albo osioł pomalowany w białe pręgi? Ma przecież podobną grzywę! Zaraz zaraz, a może to tylko taki kostium albo jakaś większa maska?! I nagle, podniecony kolejnym pomysłem, wypalił:

– Jakbyś miała honor albo chociaż jaja to byś mnie wypuściła i rozmawiała jak równa z równym a nie więziła udając jeszcze kogo innego. Miał nadzieję że tak sprowokowana podniesie tym razem w gniewie kopyto. Stało się jednak coś zupełnie innego.

– Ja nie mam czego? I kogoś udaję? No, to teraz popamiętasz, czekaj ty mała zarazo, przekonasz co to jest „honor” zebry! Szarak poleciał pionowo w górę niczym rakieta, bo zebra wyrzuciła go w powietrze jak piłkę, na moment przed upadkiem złapała i ponownie podrzuciła. I jeszcze raz, i raz jeszcze… Już dwoiło mu się już w ślepiach. Lecąc zobaczył nie tylko wielką i małą niedźwiedzicę ale i to że każde z tych konioidalnych zwierząt na ziemi jest inaczej pręgowane. Nie, to nie są przebrane osły, stwierdził czując że słabnie i strasznie wiruje mu w głowie. Ale też i nie pomalowane konie. Czort wie co tam w nich siedzi, że to bydlę tak mną rzuca! Robiło mu się niedobrze, bardzo niedobrze. A może to jakaś nieznana choroba, jakiś wściekły chiński zebrawirus czy coś takiego? A jak mnie zarazi, i też dostanę takie paski i pręgi…  O ile to w ogóle przeżyję, i to nie będzie koniec… Masakra! Świat zaczął wokół niego wirować.

– I jak tam na wolności, coś mówiłeś czy leci z tobą pilot? – kpiła miedzy kolejnymi podrzutami zebra. Za kogo ty się, szaraku jeden uważasz? Władcę tego pola czy za kogo? To twoja stolica czy co właściwie? 

– Dobrze, już dobrze, wierzę że jesteś naprawdę, i że nie udajesz, ale już mnie wypuść! – zapiszczał ostatkiem sił, lecąc ponownie w górę. – Nic do ciebie nie mam, i nie chciałem cię wcale urazić, litości – zajęczał błagalnie, bo kolejny podrzut był jeszcze wyższy. – Przepraszam! – zapiszczał w końcu. Słysząc to zebra, nim ponownie spadł, krzyknęła: 

– Proszę cię bardzo, i ciesz się że nie jestem żyrafą, bo wtedy to dopiero byś sobie polatał. Powiedz swoim pobratymcom i ich komisarzowi że widziałeś prawdziwe zebry. I zapamiętajcie sobie że to nie są ani konie, ani osły ale zwinne, nieobliczalne afrykańskie zwierzęta. A tak traktujemy lwy! Po czym odwinęła się i tylnymi kopytami wybiła go w powietrze tak silnie że furcząc odfrunął w kierunku sąsiedniej łąki, śmiertelnie płosząc jeszcze po drodze sporego jastrzębia. Ptak dosłownie zamarł z wrażenia.

– Lądowanie telemarkiem w okazałym ciepłym krowim łajnie nie było może zbyt najprzyjemniejsze ale za to nawet dosyć miękkie. 

– Bull shit, bull shit! – zaklął szarak, rura tu komuś pękła i wybiła czy co? Z owiniętym uszami nosem wygrzebywał się z bajora brunatnej mazi, która nie pachniała zbyt zachęcająco. Aż ty parszywa świnio, czekaj no! – wygrażał pod nosem szarak – faszystko jedna, pręgowana, żeby mi się tak za tolerancję odpłacić…

– Co takiego, synek? „Bull shit?” „Ty parszywa świnio”? To do mnie?! – fuknął z obrzydzeniem potężny byk, który wyrósł nad nim dosłownie jak spod ziemi. Lądowisko szaraka było jego… rewirem.

– Nnnniiic taaakiego, jaaa tty…yyyylko pooo…poo..bbłądzdziłem i się po…po…poślizgnąłem – struchlał przerażony jego widokiem szarak. Wiedział że z tym bykiem nie ma żartów. Skądś go już znał.

– No to zjeżdżaj stąd, cwaniaczku, bo zaraz zarobisz mocniej! – rubasznie zachichotał byk i bojowo nadstawił rogi. Czekał na taką okazję już od dawna. Choć wielki i groźny, zapamiętał wyraźnie że gdyby nie dobre serce jego gospodarza, zdechłby ostatniej zimy z głodu po tym jak czereda tych małych rabusiów w jedną noc doszczętnie splądrowała zakopcowane dla niego zapasy pokarmu, wykrzykując dodatkowo jakieś hasła o dziwnej treści. O jakimś wega-czymś tam…Teraz nadarzała się okazja do zemsty. Zając, stanąwszy na twardym gruncie, z miejsca dał drapaka. Zebra obserwowała go z daleka ubawionym wzrokiem, bo widok był nieprzeciętny: Szarak ubabrany krowim łajnem i pierzchający zakolami co sił w łapach przed cwałującym za nim na oślep kolosem, usiłującym go nabić na rogi. Nie mogła jednak odmówić szarakowi zwinności, w tej corridzie okazał się sprinterem naprawdę świetnym i do tego pomysłowym. Miała tylko nadzieję że więcej już go nie spotka. Lecz wtem, gdy szarak na dobre zniknął jej już z oczu a byk wracał o niczym jak niepyszny, wykiwany i z rozbitym o spory kamień nosem, z zarośli na horyzoncie dobiegł ponownie znajomy, piskliwy głosik:

– Cożesz to na koniec jeszcze powiedziało, że ja coś widziałem? A właśnie że nic nie widziałem! Co to sobie w ogóle ubzdurało, że jakie tam znowu zebry!? Nie ma takich w ogóle! Nieee maaaa! Są konie, krowy, kozy, owce i osły ale żadnych zebr nie ma, nie było i nie będzie! Chyba jakieś chińskie zebra-wirusy nas tu opadły. Jakaś zbiorowa, pręgowana ściema, halucynacja, i oszustwo, i jeszcze się toto wymądrza jak jakiś Sfinks. Zebra-wirus, nie no po prostu Jestem choć mnie nie ma, zagadkowa historia! Weterynarz, ale od głowy by się przydał! Niech wraca do ZOO i tam sobie filozofuje dla tych z komórkami na G5. I jeszcze ten wielki rogaty bałwan, skurczy-byk jeden, akurat musiał stać tam po drugiej stronie… Znowu ledwie mu umknąłem… Co on do mnie w ogóle ma, tyle ryku o tych kilka zakopcowanych w zimie korzonków? Żeby choć świeże były a nie… Też coś… No co za poranek! A było iść i podwędzić sąsiadce sałatę! Ale nieee, marchewki na odkacowanie się zachciało. Ja tu jeszcze wrócę, a wtedy wszyscy zobaczycie! – i pogroził puchatą piąstką. Rozwalimy wam całą tę łąkę, ten zapyziały ciemnogród, o niczym innym nie marzę…

– Towarzysze, towarzysze! No gdzie są te durnowate wilki?! – Mordy wy moje!! No przeżarły się tymi nosorożcami czy co? – No co…ooo, co tak naaaa mnie waa..arczycie…. Moo…ordy wy moo…oje?! – O raanyyyy!!  – doleciało jeszcze piskliwie, ale już bardziej z głębi lasu. 

Nuuuu pooogadiii, zaajaaaac! – dochodziło teraz złowrogie wycie całej pędzącej watahy. 

I choć na tym nie koniec bo historia ta w kółko się powtarza, ale sytuacja ta zasługuje jeszcze na małe postscriptum:

Nie tylko niektórym małym zwierzątkom nie sposób zrozumieć tego co widzą, a zwłaszcza tego, czego nie widzą, lub widzieć cokolwiek zgoła innego poza czubkiem własnego nosa. A gdy wreszcie to coś zobaczą i zrozumieją bywa, że na ratunek jest już wtedy zdecydowanie za późno.

Jeśli jesteś zwykłym szarakiem to nie udawaj buńczucznego dziwadła i barwnego zawadiaki, lisa, kojota, czy czegoś jeszcze innego, i nie podskakuj za wysoko bo nie dość że prawdopodobnie wylądujesz potem w czyimś g…  lub  pod kopytem to jeszcze jakiś byk spuści ci łomot za ogrodzeniem. Chyba że nauczysz się biegać szybciej niż on. Pytanie czy umiesz też wykiwać wilki.

Zebra jest jak wiadomo prawdziwa i bywa również rodzaju męskiego, wbrew nazwie i odnośnemu rodzajnikowi. I może każdego szaraka całkiem zdrowo przydeptać za uszka, jeśli głupio założy że ona nie istnieje. Do tego nie musi być wcale żadnym wirusem. 

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka… Niektórzy przejechali się zdrowo tylko na ośmiorniczkach a co tu dopiero mówić o nosorożcach. Żadna sowa na to by nie wpadła. 

Niektórzy kopcują zapasy w takich skrytkach że potem o nich nie pamiętają. I nie są jeszcze wcale trupami w szafie. Ale, jak to się mówi – czas robi swoje!

Kradzione nie tuczy ale potem może być spory problem z rurą. Nie tylko na pastwisku. 

Zebrawirus jest zaś nieprawdziwy. I oby takim pozostał. 

Tomasz Trzciński

Fotografia tytułowa: Pixabay, zebra https://pixabay.com/pl/photos/zebra-zwierzęta-afryka-paski-3644214/