Już od początku kampanii wyborczej zastanawiałam się, co kierowało Tadeuszem Ferencem, by oficjalnie oddać swoje poparcie człowiekowi rzeszowianom nieznanemu. Jako dziennikarz miałam okazję rozmawiać z byłym prezydentem, obserwowałam go, nieco go poznałam. I przyznaję oficjalnie: to człowiek, którego ciężko rozgryźć.

W lutym prezydent Rzeszowa – legendarny włodarz, wielki autorytet – niezbyt dobrze przechodzi koronawirusa. Chwilę później podejmuje decyzje dwie w jednej: po prawie 20 latach rezygnuje z kierowania miastem i stery chce oddać wiceministrowi z Niska, Marcinowi Warchołowi. A nie, jak można było się spodziewać – Konradowi Fijołkowi.

Podobną taktykę Ferenc zastosował w sierpniu 2011 roku, kiedy po raz pierwszy startował w wyborach do senatu. Na następcę namaścił wiceprzewodniczącego Rady Miasta Rzeszowa, szefa miejskich struktur SLD i dyrektora Wojewódzkiego Urzędu Pracy, 35-letniego Konrada Fijołka. – Ma moje poparcie. To człowiek z charakterem, który sprawdzi się na tym stanowisku – mówił wówczas były prezydent. Został jednak w Rzeszowie.

Historia lubi się powtarzać? 14 września 2015 roku. Chcąc startować w wyborach do senatu, Ferenc na swojego ewentualnego następcę wskazał tym razem Zdzisława Gawlika z Platformy Obywatelskiej – ówczesnego wiceministra. Tym razem to Gawlik miał być jedyną właściwą osobą na to stanowisko w przypadku, gdyby Ferenc został senatorem. Koniec końców – prezydent ponownie został w Rzeszowie.

Nie było więc tak, że Konrad Fijołek został zepchnięty na drugi plan tylko raz, tzn. w lutym 2021. Zwyczajnie po ludzku, zastanawiam się, jak musiał czuć się za pierwszym razem, w 2015 roku. Może właśnie dlatego w wywiadzie dla Gazety Wyborczej w marcu powiedział: – Od prezydenta Ferenca nauczyłem się, że trzeba być twardym zawodnikiem.

Wracając do decyzji Tadeusza Ferenca, można zauważyć pewną prawidłowość. Na następców wybierał te osoby, które mogłyby mieć wpływ na kierowanie środków finansowych do Rzeszowa lub/i mogłyby mieć wpływ na kluczowe dla miasta decyzje z poziomu Wiejskiej w Warszawie. Zresztą, jak już wspomniałam, sam starał się wrócić do parlamentu (przez rok, 2001 – 2002 był posłem). Tak tłumaczył swoją decyzję portalowi Nowiny24: – Jeśli dostanę się do Senatu, będę mógł pomóc mojemu ukochanemu miastu z innej perspektywy, wcale nie mniej skutecznie. Byłem już posłem, wiem, że znajomości zawiązane w stolicy mają bardzo duże znaczenie. Te, które ja zawarłem podczas pracy w Sejmie procentują do dzisiaj i ja korzystam z nich walcząc o pieniądze dla miasta.

Kiedy rozmawiałam z byłym prezydentem na długo przed jego rezygnacją, mnie również wspominał o dużym znaczeniu decyzji, które zapadają na poziomie centralnym, jak ogromne znaczenie mają znajomości, jak wpływają na to, czy miasto się rozwija czy nie. Powiedział również, że dla niego nie ma kompletnego znaczenia, kto z jakiej partii pochodzi. Nie liczyła się dla niego przynależność do partii, ale człowiek i ile ten człowiek jest w stanie zrobić, w tym przypadku – dla Rzeszowa.

I tak pojawił się na horyzoncie młody polityk z całkiem niedaleka, z Niska – wiceminister sprawiedliwości, który zdecydował się pomóc Ferencowi w „odzyskaniu” Zamku Lubomirskich. Zamek za działkę na nowy budynek sądu. Sam Ziobro mówił w Rzeszowie, że Warchoł „z wielką pasją i zaangażowaniem poruszał wręcz mury ministerstwa sprawiedliwości, by to przedsięwzięcie mogło dojść do skutku”. Czy to w Warchole urzekło Ferenca? Czy może jego decyzja o poparciu Warchoła była konsekwencją zawartej „ugody” między Solidarną Polską (z której notabene Warchoł obiecał Ferencowi odejść) a prezydentem?

Przychodzi mi też na myśl inne pytanie: czy być może „fascynacja” Warchołem była tak spontaniczna, jak choćby wprowadzenie podgrzewanych przystanków prosto z Dubaju? Pamiętam rozmowę z Ferencem, w której opowiadał o wspaniałym dubajskim rozwiązaniu, nad którym nie było się co zastanawiać. Decyzja była szybka, bo prezydent uważał, że po prostu była potrzebna. Podobnie było z okrągłą szanghajską kładką czy mostem z Izraela. Odniosłam wtedy wrażenie, że są takie decyzje na najwyższym stanowisku w magistracie, które zapadają bez głębszego zastanowienia, bez konsultacji. „Ma być zrobione i kropka”.

I to jest pierwsza odpowiedź na pytanie czy uważam, że udzielenie poparcia Marcinowi Warchołowi było przemyślaną strategią czy spontaniczną decyzją…

Bo jest też druga strona medalu. Tadeusz Ferenc to świetny strateg. Analizuje wszystkie za i przeciw. Wybiera, co jest bardziej opłacalne, a co nie – choćby w kontekście tego, co ważne jest dla rozwoju Rzeszowa, a co nie. I powiem szczerze, że byłabym w stanie uwierzyć, że Marcin Warchoł w wyborach prezydenckich miał odegrać rolę jedynie drugoplanową. A plan na prezydenturę Ferenc miał inną.

Znasz przysłowie: „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”? A co by było, jeśli plan mógł być taki, by skłócić ze sobą Zjednoczoną Prawicę i dać tym szansę na wygraną trzeciemu kandydatowi, tzn. Konradowi Fijołkowi, uczniowi Ferenca, prawej jego ręce, lojalnemu współpracownikowi od lat? Marcin Warchoł – gdyby startował bez poparcia Ferenca zdobyłby zdecydowanie mniej głosów niż zdobył ostatecznie – te głosy „poszłyby” na konto Ewy Leniart – wtedy ta miałaby szanse na drugą turę, a kto wie, jak głosy rozłożyłyby się dalej i kto ostatecznie zdobyłby Rzeszów.

A z kolei, gdyby Fijołek dostał poparcie Ferenca, to jak sam mówił dla Biznesistyl.pl: – Gdybym je miał, mógłbym być traktowany jako niesamodzielny, a teraz jestem samodzielnym kandydatem, który potrafił zorganizować poparcie wielu środowisk. Jestem uczniem Tadeusza Ferenca, ale wkroczyłem w polityczną dorosłość.

I teraz, zmierzając ku końcowi… Podczas przemówienia po prezentacji wyników exit poll Konrad Fijołek podziękował osobie, która była nieobecna w jego sztabie, a która była z nim od początku kampanii wyborczej. Nie podał jej nazwiska. Z kolei podczas ogłaszania wstępnych wyników obok Marcina Warchoła zabrakło byłego prezydenta, a przynajmniej tak pokazywała telewizja 😉

W 2018 roku przed wyborami w wywiadzie dla NaTemat.pl na pytanie „Jak się Panu współpracuje z PiS?”, Ferenc odpowiedział: „Lubię przeciwników. Nie mógłbym bez nich żyć. To mnie napędza.”, a na pytanie „Dają popalić?” przyznał: „Nie, to ja im daję popalić.”

Hmmm…

Czy w tych kontekstach wybory w Rzeszowie były więc przemyślaną strategią czy spontaniczną decyzją Ferenca?