Niegdyś profesor miał pełną swobodę rozmyślania. Będąc niczym nie ograniczonym w sensie biurokratycznym, mógł zwyczajnie dzielić się swoimi przemyśleniami, wchodzić w dysputy, polemiki a nawet istne awantury akademickie, których owocem był zdrowy ferment intelektualny. Tak tworzył się swoisty – używając języka alchemiów – „zacier” intelektualny. W efekcie powstawały wiekopomne dzieła i analizy rozumiejące świat i człowieka na setki lat do przodu.
Obowiązkiem profesora było prowadzenie wykładów na najwyższym poziomie, ale do egzekwowania rozumienia tychże, przydzielano profesurze licznych asystentów, którzy aspirując do „kasty” profesorskiej byli dostatecznie gorliwi w wypełnianiu swoich obowiązków. Tak kwitło życie intelektualne przełomu XIX i XX wieku. Obecnie zmusza się profesorów do weryfikacji wyników testów i wklepywania danych do systemu, co jest w polu umiejętności lepiej rozwiniętej małpy.
Obecnie profesor jest zwykłym wyrobnikiem, tylko kilka gwiazdek wyżej od magistra i doktora. Wszyscy stoją przy tej samej tokarce, obrabiarce i taśmie produkcyjnej. Różnią się tylko uposażeniem, ubiorem no i stopniem/tytułem naukowym.
Współczesna biurokratyzacja akademicka doskonale poradziła sobie z właściwą dla wielkich myślicieli nonszalancją w kwestii organizacji zajęć dydaktyczych. Większość profesorów karnie wypełnia od lat idiotyczne formularze – karty przedmiotów, które czytane są przez ok. 5% studentów, a ze zrozumieniem poniżej 1%.
Dla tych marnych ponad 100 złotych brutto za godzinę wykładową wielu profesorów uznało prostytucję za zawód zaufania publicznego. Wystarczy coś tam powiedzieć, zapchać czas jakimiś wynurzeniami i po temacie.
Ale tu niechodzi tylko o pieniądze, ale o etos pracy profesora, doszczętnie zujnowany nie w PRL, ale w III RP. Bo dopiero w III RP uczyniono z profesorów prawdziwe ladacznice. Ku uciesze głupich polityków i innych barbarzyńców.
Pozwolono im się w krótkim czasie dorabiać fortun w zamian za milczenie o tym, w jaki sposób mordowano maluczkich. Doskonale pamiętam obraz biedy i benadziei lat 90. XX wieku ostro kontrastujący z apanażami ówczesnej profesury.
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że aby być prawdziwym naukowcem i myślicielem, należy jak najszybciej wyzwolić się z okowów współczesnych pożal się Panie Boże uniwersytetów, których większość należałoby zwyczajnie zlikwidować mając na uwadze niemarnotrawienie finsnsów publicznych.
Jestem człowiekiem na wskroś naiwnym, ufającym innym i wierzącym w ich dobrą wolę. Na każdym kroku się rozczarowuję. Dojrzewam do myśli, że mogę rozwinąć skrzydła poza tym chorym systemem. Z pożytkiem dla siebie i tych, dla których zamierzam to zrobić.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz