Mam dziś ciąg pisarski, ukończyłem dziś maraton pisania na temat geopolityki Trójmorza. Wkrótce ukaże się raport, a za rok książka, którą przygotuję z absolwentem studiów na kierunku politologia UKSW.
Obiecane wspomnienia ze szkoły podstawowej w Dzięgielowie, w której spędziłem kilka lat.
Do szkoły podstawowej w Dzięgielowie oddalonej ok. 10 km od Cieszyna zostałem przeniesiony za karę. Po tym, jak nawywijałem w II klasie Szkoły Podstawowej nr 5 w Cieszynie im. Bronisława Malinowskiego, Mamę postawiono przed wyborem: albo szkoła specjalna (czytaj: dla dzieci niedorozwiniętych i wymagających wsparcia), albo inna szkoła (w domyśle, nie w Cieszynie). Tak trafiłem do Dzięgielowa. Opuszczając mury SP-5 czułem wyraźną ulgę, jakbym wyszedł z ciężkiego więzienia po 25 latach za zabójstwo człowieka (tak swoją drogą, to dlaczego życie mierzy się takim periodem?). Pamiętam te obrzydliwe korytarze szkolne odziedziczone po armii austriackiej, te śmierdzące ubikacje z trzaskającymi drzwiami, żałosny sklepik szkolny i panią od geografii, która w czasie zajęć zawsze zjadała kilka krówek. I pana od prac-techniki, który rzadko bywał trzeźwy (ale to może i lepiej) oraz moją wychowawczynię, która tłumaczyła nam, że chleb powinno się kroić oparłszy go wcześniej na klatce piersiowej. I to stado żałosnych lizusów i lizusek gotowych zrobić wszystko, aby pani narysował w swoim dzienniku mały plusik przy ich nazwisku. Ja miałem same minusy i dwóje, więc było mi wszystko jedno.
Pierwsze dni w szkole w Dzięgielowie były dziwne. Nauczyciele traktowali mnie jak zgniłe jajo, którego się nie dotyka, zaś dzieci obwąchiwały mnie z każdej strony. Musiałem pogodzić się z tym, że jestem tam zesłańcem i wszyscy o tym wiedzieli. Dla tamtejszych dzieci byłem po prostu mieszczuchem, obcym. Nie starałem się z nikim zaprzyjaźnić na siłę, czekałem raczej kto do mnie podejdzie i zagada. Z czasem znalazło się kilku takich. Miałem wówczas taką wewnętrzna potrzebę udowodnienia, że mimo wszystko jestem fajny i warto się ze mną kolegować. Na początek bawiliśmy się z prądem. Kilkoro uczniów trzymało się za ręce, a jeden wkładał dwa druciki do gniazdka. Żyliśmy w przekonaniu, że im więcej nas się trzyma za ręce, tym napięcie w przeliczeniu na osobę jest mniejsze. Zawsze wyśmiewaliśmy tego, który wyłamał się z łańcucha. Potem odkryłem z kolegami, że skoro sosna rośnie jakieś niecałe trzy metry od budynku szkoły, to nie ma żadnych przeciwskazań do tego, aby na nie wskoczyć z pierwszego piętra. I skakaliśmy! To dopiero była zabawa. Prima sort.
Jako, że szkołę kończyłem jeszcze w komunizmie, obowiązkowe były prace uczniów na roli. Przez kilka dni zbieraliśmy kukurydzę w miejscowym PGR-ze. Strasznie nudne i wyjaławiające psychicznie zajęcie. Po jakimś czasie wymyśliliśmy walkę na kolby. Polegała ona na tym, że dwa obozy nawzajem naparzały się rzucając w siebie kolbami, co w jakimś stopniu zmuszało nas do ich zbierania. Czyli powinno być OK, ale nauczycielka twierdziła inaczej. Wiosną, gdy robiliśmy porządki wokół szkoły założyłem się z paroma kolegami, że połknę na ich oczach dżdżownicę. Zrobiliśmy zakłady, zebraliśmy składkę. Dżdżownicę zjadłem, pieniądze zabrałem i pojechałem do domu.
Następnego dnia pani dyrektorka zarządziła nadzwyczajny apel, na którym zostałem uroczyście oskarżony o zjadanie dżdżownic. I to na terenie szkoły podstawowej w Dzięgielowie! Było mi wtedy bardzo przykro, zwłaszcza, że część moich kolegów i koleżanek milczała, gdy dostawałem słowne baty od niezbyt zrównoważonej psychicznie pani dyrektor.
Bardzo lubiłem późną wiosnę w naszej szkole. Wówczas łapaliśmy majkefry (niem. Maikäfer) – chrząszcze majowe. Wspilaliśmy się na okoliczne drzewa i szukaliśmy co bardziej dorodnych osobników. Następnie umieszczaliśmy je w pudełkach od zapałek lub innych małych pojemnikach i uwalnialiśmy po cichu w czasie lekcji. Te niewielkie stworzenia wydawały odgłosy zupełnie nieproporcjonalne do ich wagi. Maj i czerwiec zawsze upływały nam pod znakiem wyścigów majkefrowych.
Zżyłem się w tej szkole z paroma osobami, z którymi utrzymuję kontakty do dzisiaj. I bardzo to sobie cenię…
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz