Tradycją było chodzenie na wielkanocne Groby. Trzeba się było pięknie ubrać, panie zakładały kapelusze, panowie też i szło się najczęściej na Krakowskie Przedmieście, aby ustawiać się w długich kolejkach do Grobu Pańskiego.

W czasach stalinowskich kolejki były długie, ale Groby – o ile zapamiętałam – podobne. A władze najbardziej złościła długość kolejek.

Dla mnie, jako dziecka, najważniejsze były święte obrazki, jakie się dostawało po wrzuceniu pieniążka na tacę. Potem porównywałyśmy z koleżankami, która ma więcej i której ładniejsze. Choć wszystkie były czarno białe i nawet nie błyszczące. Do dziś mam je w książeczkach do nabożeństwa.

Natomiast w czasach Karnawału Solidarności, a potem stanu wojennego – Groby to były już wielką demonstracją. Chodziło się od kościoła do kościoła i zamiast pobożności to wymieniało uwagi, gdzie i który Grób najbardziej trafnie i ostro pokazuje to, co dzieje się w kraju.

A szopki?

Na szopki się nie chodziło, bo wszędzie były aż do stanu wojennego takie same. Gipsowa mataka Boska, gipsowy Pan Jezusek, gipsowy Józef Stary (dla czego właściwie był „stary”) gipsowe zwierzątka. Więc obejrzenie szopki czy żłóbka we własnym kościele wystarczało.

Potem rodzice prowadzili na Miodową, żeby dziecko nasyciło się szopką ruchomą. Nie była aż tak bogata jak ta obecna, ale coś tam się przesuwało i dzieciaki stały z wybałuszonymi ślepkami na takie dziwo.

A potem zaczęto chodzić od kościoła do kościoła „na szopki”. I stały do tych szopek takie same kolejki jak kiedyś do Grobów.

Plastycy uwijali się jak w ukropie. Każdy kościół chciał miec szopkę bardziej wyrazistą niż pozostałe. No i miał.

Ja zapamiętałam najbardziej szopkę, w której odciski żołnierskich butów a może gąsienice czołgu (?) prowadzą do stajenki, żłóbek jest przewrócony, a Mata Boska tuli w ramionach Dzieciątko, szukając schronienia w otwartych ramionach osłaniającego Ją Józefa. Ale gdzie to było? Kojarzy mi się z kościołem Najświętszej Marii Panny na Nowym Mieście. Pamiętacie takie szopki?

A teraz?

Teraz moda na żywe szopki. Te z gipsu są passe. Musi być zywa krowa, żywa owca, koza, a nawet drób. W niektórych żywa Matka Boska, Józef i Dzieciątko – wprawdzie nie „nowonarodzone”, ale pyzate i co najmniej półroczne. Żeby się nie nabawiło kataru. Dziwi, że Święta Rodzina bez maseczek, bo przecież te setki oglądających mogą być nosicielami, a szopka nie jest chyba nieustannie dezynfekowana.

I tak to się z latami wszystko pozmieniało. Ni wiem czemu jakiś młody socjolog nie zrobi pracy magisterskiej, a może nawet doktoratu na ten temat. Niezwykle dla historii kultury interesujący.

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.