Są takie momenty, kiedy polityka przestaje być sporem programów, a zaczyna przypominać pokaz iluzjonisty, który najpierw wyciąga obywatelowi portfel z kieszeni, potem prosi o oklaski, a na końcu tłumaczy, że to wszystko dla jego bezpieczeństwa.
Właśnie z czymś takim mamy dziś do czynienia przy tak zwanej aferze pociskowej. Bo jeśli potwierdzają się informacje, że polski rząd przekazał Ukrainie pociski do systemu Patriot albo ustąpił jej miejsca w kolejce do ich produkcji w Stanach Zjednoczonych, to nie mówimy już o kolejnej politycznej pyskówce. Mówimy o sprawie z samego rdzenia bezpieczeństwa państwa.
Patriot to nie zestaw fajerwerków na Sylwestra. Pociski PAC-3 nie rosną na krzakach pod Radomiem. To uzbrojenie trudno dostępne, drogie, objęte kolejkami zamówień, priorytetami amerykańskimi i wojenną nerwowością świata, który w ostatnich latach coraz bardziej przypomina skład amunicji z zapalonym papierosem w kącie.
I teraz słyszymy, że być może Polska — kraj frontowy NATO, sąsiad wojny, państwo odpowiedzialne za bezpieczeństwo wschodniej flanki — oddała albo przesunęła coś, czego sama potrzebuje jak płuc. A wicepremier potrafi jeszcze opowiadać o „wdzięczności Ukraińców”.
Wdzięczność jest piękną rzeczą. Można być wdzięcznym za pomoc, za dobre słowo, za podaną rękę. Ale wdzięczność nie jest walutą obrony powietrznej. Nie zastępuje pocisków, procedur, zdolności bojowych ani odpowiedzialności konstytucyjnej. Państwo, które zaczyna przeliczać własne bezpieczeństwo na cudzą wdzięczność, nie prowadzi polityki. Ono urządza moralny handel wymienny na straganie historii.
Żeby rzecz była jeszcze bardziej osobliwa, wcześniej — gdy pojawiły się doniesienia o amerykańskim zainteresowaniu polskimi Patriotami w związku z napięciem na Bliskim Wschodzie i konfliktem z Iranem — usłyszeliśmy stanowcze zapewnienie: nie, nasze Patrioty są od ochrony polskiego nieba i wschodniej flanki NATO.
Pięknie. Tyle że jeśli chwilę później okazuje się, iż pociski związane z tym systemem mogły zostać przekazane Ukrainie albo że Ukraina mogła dostać pierwszeństwo w kolejce produkcyjnej, rodzi się pytanie dość proste: czy rząd RP prowadzi politykę bezpieczeństwa, czy grę w trzy kubki, tylko zamiast kulki pod kubkiem są pociski, NATO i polska suwerenność?
Bo jednemu sojusznikowi mówi się: „nie możemy, to dla ochrony Polski”. Drugiemu — jeśli doniesienia się potwierdzą — daje się albo ustępuje miejsce. A obywatel ma na końcu usłyszeć, że wszystko jest pod kontrolą, choć kontrolę widać głównie nad językiem konferencji prasowej.
Tu nie chodzi o to, czy Ukraina potrzebuje pomocy. Oczywiście, że potrzebuje. Toczy wojnę z Rosją i jej opór jest także w polskim interesie. Ale pomoc sojusznicza nie polega na tym, że własne państwo zamienia się w zaplecze cudzej wojny, a własnemu społeczeństwu komunikuje się po fakcie, że proszone jest o zachowanie spokoju, bo przecież ktoś nam będzie wdzięczny.
Tym bardziej że strona ukraińska w ostatnim czasie wykazała się wobec polskiej pamięci historycznej wrażliwością godną słonia w składzie porcelany, i to słonia przekonanego, że właśnie wykonuje taniec dyplomatyczny. Nadanie jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA”, mimo polskich zastrzeżeń, było ciosem w pamięć o Wołyniu. Nie drobnym nietaktem. Nie niezręcznością. Ciosem.
Polacy mają prawo pamiętać, że UPA nie jest w naszej historii romantycznym emblematem walki o wolność, lecz symbolem masowej zbrodni na ludności polskiej. Naród, który od początku wojny otworzył domy, magazyny, portfele i serca dla Ukrainy, nie powinien być pouczany, że ma jeszcze w pakiecie otworzyć groby własnych ofiar na przeciąg.
A gdy Prezydent RP zareagował, mówiąc jasno, że tak nie buduje się relacji między narodami, pojawiło się ukraińskie oburzenie. Czyli najpierw gest naruszający polską wrażliwość, potem zdziwienie, że Polacy mają wrażliwość. Nowa szkoła dyplomacji: nadepnąć komuś na rękę, a potem mieć pretensje, że krzyknął.
W takim kontekście afera pociskowa przestaje być tylko sprawą wojskową. Staje się pytaniem o polską podmiotowość. O to, czy rząd RP rozumie, że pomoc Ukrainie nie oznacza abdykacji z własnej pamięci, własnego interesu i własnych procedur. Że solidarność nie polega na tym, iż jedna strona zawsze daje, druga czasem dziękuje, a na końcu jeszcze oczekuje, że dawca przeprosi za własną historię.
Najcięższe pytania brzmią więc prosto. Kto podjął decyzję? Kiedy? Na jakiej podstawie? Czy wiedział o tym Prezydent RP? Czy wiedział Parlament? Czy naród, który dał obecnym rządzącym mandat, miał świadomość, że mandat ten może zostać użyty do tak swobodnego dysponowania elementami bezpieczeństwa państwa?
I wreszcie: czy ktokolwiek poniesie odpowiedzialność, jeśli okaże się, że Polska została postawiona w sytuacji szkodliwej zarówno wobec własnych obywateli, jak i wobec sojuszników? W NATO wiarygodność jest walutą równie ważną jak uzbrojenie. Można mieć najnowocześniejsze systemy, ale jeśli partnerzy przestaną wiedzieć, czy polskie „tak” znaczy „tak”, a polskie „nie” znaczy „nie”, zostaniemy z dyplomacją w stanie rozkładu i magazynem pełnym komunikatów.
W tym miejscu trudno nie przypomnieć sobie serialu „Reset”. Kiedy go emitowano, wielu udawało, że to tylko polityczny thriller dla nadmiernie podejrzliwych. Ot, taka prawicowa obsesja na punkcie rosyjskich gier, niemieckich interesów, miękkich resetów i twardych konsekwencji. Dziś można odnieść wrażenie, że tamten film był nie thrillerem, lecz zwiastunem. Przygrywką. Uwerturą do przedstawienia, w którym bilety kupili obywatele, ale scenariusz piszą im inni.
Znamienne, że po zmianie władzy „Reset” zniknął z platform TVP. Najwidoczniej uznano, że skoro coś jest niewygodne, najlepiej usunąć to z widoku. Stara metoda: jeśli lustro pokazuje brzydką twarz, należy nie myć twarzy, tylko potłuc lustro.
Problem w tym, że rzeczywistość nie jest plikiem w serwisie VOD. Nie znika po kliknięciu. Wraca. Czasem jako pytanie. Czasem jako kryzys. Czasem jako bumerang.
Tomasz Trzciński
Post scriptum:
I właśnie bumerang jest tu symbolem najtrafniejszym. Rzucony kiedyś w przeciwników z moralnym uśmiechem, w imię europejskich wartości, praworządności i odpowiedzialności, zatacza teraz szeroki łuk. Wraca przez komisje, przez chaos instytucji, przez pogardę wobec własnego Prezydenta, przez lekceważenie polskiej pamięci, przez pociski, których nie da się zastąpić wdzięcznością.
A kiedy uderzy, może się okazać, że nie trafił w tych, w których celowano. Tylko prosto w ręce tych, którzy byli pewni, że potrafią nim rzucać bez konsekwencji.
Zostaw komentarz