Podobno w polityce nie ma sentymentów. To dlaczego Polska zachowuje się jak człowiek, który pożyczył sąsiadowi samochód, portfel, kartę kredytową i jeszcze codziennie tankuje mu do pełna, a na koniec słyszy: „I nie próbuj mi mówić, co mam robić”.
Od miesięcy słyszymy o polskim interesie narodowym. Pięknie brzmi. Tylko że kiedy przychodzi do jego obrony, nagle okazuje się, że interes narodowy musi poczekać, bo ważniejsze jest, żeby nikt się przypadkiem nie obraził.
Ukraińscy politycy potrafią mówić ostro. Bardzo ostro. Potrafią porównać Polskę do Rosji w kontekście odrzucania ultimatum, rzucić oskarżeniami o prowokacje i zapowiedzieć odpowiedź na ewentualne działania Warszawy. A polska reakcja? Cisza, spokój i apel o niewzniecanie emocji. Jakby jedynym obowiązkiem polskiego rządu było pilnowanie dobrego samopoczucia Kijowa.
Można odnieść wrażenie, że role się odwróciły. Donator chodzi na palcach, a beneficjent wali pięścią w stół. Gospodarz przeprasza gościa za to, że w ogóle ma własny salon.
Nikt rozsądny nie kwestionuje prawa Ukrainy do obrony swojej niepodległości. Ale wdzięczność nie jest przecież walutą zakazaną. Szacunek wobec sojusznika również nie powinien być luksusem.
Najbardziej zastanawia jednak postawa polskich elit. Gdy ktoś obraża Polskę – trzeba milczeć. Gdy ktoś podważa polskie racje – trzeba zrozumieć kontekst. Gdy ktoś uderza w polskie interesy – trzeba pamiętać o geopolityce. Wygląda na to, że jedyną stroną, od której wymaga się niekończącej cierpliwości, jest właśnie Polska.
Może czas przypomnieć prostą zasadę: przyjaźń nie polega na tym, że jedna strona tylko daje, a druga uważa to za oczywistość. Partnerstwo to nie relacja pana i petenta. A jeśli ktoś uznaje, że może bez końca pouczać i obrażać swojego najbliższego sojusznika, to niech się nie dziwi, że w końcu usłyszy pytanie: czy na pewno jeszcze rozumiemy słowo „współpraca”?
Bo nawet najlepszy sąsiad, kiedy kolejny raz usłyszy trzask drzwi we własnym domu, w końcu wymieni zamek.
Zostaw komentarz