W szaleńczych w swojej zapiekłości, awanturach „politycznych” i plemiennych naszego życia publicznego najbardziej żal mi porządnych ludzi. Tak, tak. Wśród polityków też są tacy (nie za wielu, ale są). Są też tacy wśród wysokich urzędników państwowych…

Co mam na myśli pisząc „porządnych”? Bynajmniej nie „świętych i bez skazy”. Po prostu takich, którzy choć nawet często zdają sobie sprawę i w praktyce godzą się do pewnego stopnia z brzydkimi i pełnymi fałszu, regułami swojej grupy, to jednak szczerze wierzą w coś wiekszego niż ich własna kariera. Takich, którym na czymś poza nimi samymi, prawdziwie zależy. Takich, którzy potrafią się zachować „jak ludzie” i to bezinteresownie, a czasem nawet z wielkim poświęceniem. Którzy realnie kochają Polskę a nie tylko polityczną grę i siebie w niej, realnie potrafią zmieniać rzeczywistość i ZROBIĆ COŚ nie tylko dla trzech kolegów i swojej rodziny…

Przez dwa dziesiątki lat, przebijając się przez gęstwinę życia publicznego, spotkałam wielu takich ludzi. Spotkałam ich niemal wszędzie, jak by to dziwnie nie brzmiało. I szczególnie boli mnie, gdy ta artyleria niesprawiedliwych, a często zupełnie, ale to kompletnie nieprawdziwych oskarżeń trafia właśnie w nich. I widzę jak tłumy klakierow kibicują tym oskarżeniom czy zarzutom nie mając pojęcia, że są nieprawdziwe. Poza tym mało ich to obchodzi.

W tej wojnie zarzuty to taka umowna broń – czy to ważne do końca czy są prawdziwe czy nie, czy słuszne czy nie, kiedy trzeba dokopać? Ważne by dobrze brzmiały, były skuteczne, by szybko się rozchodziły i by bolało. W końcu w stosunku do tych ( tamtych) s…synów wszystko można sobie wyobrazić, wiec nawet jeśli czegoś tam nie zrobili, albo bynajmniej czegoś ważnego nie zaniedbali, to z pewnością mogli to zrobić…. Tak mniej więcej wyglądają ta myślowe konstrukcje.

Przyznam się, że wielu polityków, w tej jatce zwanej „debatą” albo Twitterem, niespecjalnie mi żal. Wiem, że potrafią robić dokładnie to samo, tylko w drugą stronę, a ich głowy, z niewielkim być może marginesem pozostawionym dla troski o rodzinę, wypełnione są po brzegi politycznym galimatiasem kombinacji i obłudy, fałszu i kalkulacji ubranej w rozmaite piękne słowa, które niewiele mają znaczenia, a wypowiadane są jak wyuczone na pamięć zaklęcia i których z zasady nie należy przyjmować poważnie, bo to by cię jako polityka kompletnie kompromitowało.

Aha i jeszcze do tego dochodzi samozakłamanie, bo jednak czasem broniąc własnego zdrowia psychicznego muszą się nieżle samooszukiwać. Znam też sporo urzedników, których absolutnie nic nie obchodzi poza zasadą by wydatkować jak najmniej energii i by nigdy nie ryzykować.

Ale na wojnie, także na tej plemiennej wojnie na oskarżenia, jak to na wojnie, jest wiele ofiar przypadkowych „collateral damage” jak mówią Amerykanie. Nagle ciężkie jak pociski oskarżenia trafiają w ludzi, którzy na codzień nie zajmują się „strzelaniem”. Starają się na swoim odcinku naprawdę jak mogą, często pokonują trudne do wyobrażenia komplikacje naszego nienajlepiej działającego państwa i maja w tym niezłe osiagnięcia, choć zbyt często mało o tym wiadomo. Ba, czasem się zastanawiam czy choćby ich szefowie i polityczni bossowie zdają sobie sprawę, że nasze państwo działa głównie dzięki nim…

Tak się składa, że przez kilkanaście ostatnich lat
nie jeden raz miałam to okazję obserwować. Wiem doskonale, że to co robię (czy też robimy) na przykład w Biełsacie byłoby w ogóle NIEMOŻLIWE bez wszystkich tych ludzi. Bez czyjeś realnej wiary w idee, w zasady… bez solidarności, bez czyjejś zwyczajnej empatii, bez czyjejś pomysłowości i uporu w pokonywaniu trudności.

No i w ostatnich dniach widzę jak wiele „ognia” propagandowego przy okazji rozmaitych spraw idzie rykoszetem w tych właśnie ludzi i nóż mi się w kieszeni otwiera.

Autor: Agnieszka Maria Romaszewska-Guzy
Polska dziennikarka prasowa i telewizyjna, dyrektor Biełsat TV, od 2011 wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.