Po wielu latach uczestniczenia w życiu publicznym mam jednak pewną satysfakcję…

A mianowicie jak się spojrzę wstecz, widzę zastanawiającą stałość pewnych moich bazowych poglądów i drogi życiowej.

Na przykład nigdy nie byłam szczególną wielbicielką symbolicznej inkarnacji Prawdziwego Robotnika, czyli Lecha Wałęsy i nie musiałam w związku z tym stawać się jego zawziętą przeciwniczką („co za narcyz, prymityw i autokrata. W doatku mówi „rękom i nogom”), ani znowu zwolenniczką („jednak on w końcu zwalczył komunizm i wprowadził nas do Europy….”)

Nie pracowałam też w organie Ojców Michalitów „Powściągliwość i Praca”, jak kilkoro moich, dziś bardziej postępowych kolegów, nie byłam też redaktorką „Więzi”, ani żadnego innego czasopisma katolickiego, natomiast zawsze szanowałam religię i Kościół Katolicki, choć nie tylko katolicki… Od początku byłam przeciwniczką wprowadzania religii do szkół, ale nigdy nie byłam ani nie jestem antykościelna ani obsesyjnie ateistyczna… Nie chodziłam na pielgrzymki ani nie czytałam wierszy w kościołach, ale za to teraz nie tropię wszędzie w kościele pedofilii.

Nie byłam nigdy klerykalna i nie jestem antyklerykalna.

Czy to nie oburzające? Jak tak można meandrować idąc pozornie prostą drogą? Niedopuszczalne.

Autor: Agnieszka Maria Romaszewska-Guzy
Polska dziennikarka prasowa i telewizyjna, dyrektor Biełsat TV, od 2011 wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.