Od lata czyli od chwili, gdy pandemia dała nam odrobinę wytchnienia i fałszywą nadzieję, że to już jej koniec wziąłem udział w kilkunastu łącznie różnego rodzaju konferencjach i panelach. Ze smutkiem stwierdzam, że naczelną zasadą nie wszystkich oczywiście, ale zdecydowanej większości tego rodzaju spotkań w Polsce jest to, by było miło, by nikt nie powiedział niczego kontrowersyjnego i by nikt się z nikim nie spierał. Paneliści dobierani są tak, by mieli raczej podobne do siebie poglądy, by publiczność utwierdzała się w swoich przekonaniach, a nie by była konfrontowana z innymi punktami widzenia. Od moderatorów organizatorzy oczekują z kolei nie ożywania dyskusji, a przeciwnie – zadawania pytań tak ogólnych, by już same pytania usypiały uczestników i by żadna odpowiedź nie spowodowała, że ktokolwiek poczułby się urażony koniecznością dyskusji. Rzekomo prestiżowe panele są nudne, niczego nie wnoszą, a sukces imprezy mierzony jest nie tym, że ludzie o niej potem dyskutują dniami lub tygodniami, a tym, że zapominają o tym, w czym wzięli udział gdy tylko impreza się kończy.

Skutkiem tego jest to, że większość „debat” jest stratą czasu. Tzw. „networking” po imprezach też jest skądinąd stratą czasu, bo ciekawi ludzie uciekają niemal natychmiast po zakończeniu „debat”, bo każdy gdzieś się śpieszy i można sobie w efekcie „networkingować” co najwyżej z „dochodiagami”.

Równocześnie dyskusje teoretycznie poświęcone są sprawom tak poważnym jak klimat, bezpieczeństwo narodowe, jak Zachód ma bronić się przed Rosją czy też Chinami, lub też wreszcie jak obronić polską demokrację. Tematy – owszem – ciekawe i ważne, tylko czy aby na pewno można o nich rozmawiać przejmując się głównie tym, żeby nie powiedzieć o pół słowa za dużo? I czy na pewno jeśli wszyscy dobrowolnie poddajemy się kastracji starczy nam cojones by podołać tak poważnym wyzwaniom?

I wreszcie na koniec – jak to jest, że ludzie wpływowi i ważni są w Polsce aż tak wystraszeni? I nie. Nie tej czy innej partii, tylko wszystkiego i każdego?

Widzę skądinąd jakąś głęboką sprzeczność pomiędzy tchórzostwem, a byciem wpływowym i ważnym. Zawsze mi się wydawało, że im większe ma się wpływy tym na więcej można sobie pozwolić. W Polsce jakiś cudem jest dokładnie na odwrót.

Oczywiście rozumiem, że ton niemal każdej debacie w Polsce nadają psychofani tej czy innej strony. Rzecz w tym, że nie da się na poważnie rozmawiać o czymkolwiek chcąc dobrze żyć i z jednymi i z drugimi. No po prostu się nie da. Albo chcemy żyć dobrze ze świrami, albo chcemy na poważnie dyskutować. Myślę, że warto robić to drugie, bo świry w końcu przegrają, a co więcej im więcej i na poważnie będzie rozmawiać tym szybciej się ich pogoni.

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)