Kompletnie zafałszowane i odjechane wspomnienia, które na temat funkcjonowania Wiadomości TV w końcu lat 90 i spisał pewien kolega dziennikarz – typ tyleż narcystyczny, co dziwaczny i złożony z samych niemal kompleksów, a które drugi kolega mi przesłał…. Plik zdjęć z tego okresu (blisko 25 lat temu), które wyciągnęłam z szuflady rozpoznając na nich ludzi z ktorymi pracowałam….
W efekcie przyśnił mi się sen będący mieszanką tego co było wtedy i tego co teraz – nawet mieszanką osób.

Jeśli chodzi o tonację – zasadniczo koszmar.

Człowiek może nie wiem co sobie wyobrażać, jeśli chodzi o swoją wytrzymałość i ba… nawet może mieć rację – może być niewiarygodnie wytrzymały i odporny na przeciwności, a jednak wszystko gdzieś się odkłada. Dla mnie te lata spędzone w Wiadomościach nigdy nie przestaną być koszmarem. Przyszłam tam w kwietniu 92 a już w czerwcu wyrzucony został szef, który mnie tam sprowadził…

Pamiętam jak stałam w bezładnej kolejce do prezesa Zaorskiego, który odwiedzał wtedy TAI po jego wyrzuceniu i słyszałam, jak odwrócony do mnie plecami, ważny kierownik produkcji jeszcze z peerelowskiej Dyrekcji Programów Informacyjnych, a przy tym znany ubek, niejaki Józefiak (chyba, o ile dobrze pamiętam nazwisko) szepcze prezesowi: „Tam jest ta Romaszewska. Coś z tym trzeba zrobić…” . „Głośniej proszę! – powiedziałam i mocno, zakłopotany prezes odsunął niecierpliwym gestem Józefiaka witając się ze mną uprzejmie. Potem mniej więcej przez dwa, albo i 3 koleje lata miałam kilkanaście umów o pracę, przedłużanych co 3 miesiace (a nawet kilkakrotnie, wręcz co miesiąc) i niemal za każdym razem to, że mnie wreszcie wyrzucą wisiało na włosku. Co trzy miesiące.

Wtedy jeszcze władze TVP nieco bały się opinii publicznej, czasy Solidarności były nie tak odległe i ostatecznie mnie nie wywalano. Ale atmosferę niech dobitnie zilustruje fakt, że gdy jechałam na zjazd byłych internowanych do Gołdapi (gdzieś w pierwszej połowie lat 90) to nie powiedziałam o tym w pracy. Po prostu wzięłam urlop… .

Powinnaś była nam powiedzieć – wysłalibyśmy kamerę – denerwował się potem (trochę pro forma) dyrektor Turski, były, mocno partyjny, dyrektor TVP z czasów PRL. Ale mnie się robiło niedobrze na samą myśl pchaniu się z tym. Nie żeby to był zły człowiek… On wychodził z założenia, że kiedyś ty zrobisz krzywdę, a kiedyś Tobie zrobią – więc starał sie być „ludzkim szefem”. Ale wydając Wiadomości Wieczorne, w których startował Tomasz Lis, siedząc w trakcie wydania jako „boczna” gdzieś pomiędzy Miecugowem a Turskim, a potem w „zagranicznej” koło Barbary Grad, cały czas czułam jak bardzo jestem OBCA. I że ci ludzie najchętniej by się mnie pozbyli. Nie akceptują mojego,podejścia do życia, moich stanowczych ocen, mojego patrzenia prosto w oczy, nazywania spraw po imieniu, Nie cenią tego. Wręcz przeciwnie, choć nie powiedzą mi tego, ale tak naprawdę, nie mogą tego znieść.

Pamiętam, jak bardzo mnie tam „tępiono”, gdy tylko moja „pozycja” zniżkowała (w wyniku kolejnych politycznych zawirowań). Jak odwracało się wówczas redakcyjne „bagno”, ludzie którzy w innych sytuacjach bywali dla mnie nawet bardzo mili i generalnie, tak uczciwie mówiąc, to nic przeciwko mnie nie mieli….

Pamiętam, jak ostatecznie zakazano mi czytać własnym głosem swoje materiały, a jak się nie posłuchałam to czujna prowadzaca – Jola Pieńkowska, tuż przed wydaniem zwróciła uwagę wydawcy na tę jawną niesubordynację i kazano mi zdejmować tzw. off. Albo to jak zdjęto mnie z pracy przy głównych wydaniach Wiadomości i nawet przy wieczornych i robiłam tylko wydania poranne i popołudniowe, jako najmniej oglądane.

Pamiętam też na przykład takie oto drobiazgi, że trzy razy ze skrzynek na pocztę i gazety (mieliśmy takie przed newsroomem) była zdzierana nalepka z moim nazwiskiem…. Ot tak… przychodzę – zdarta, naklejamy, po kilku tygodniach znów zdrapana… Inne jakoś są, a moja znika.

Pamiętam, jak mała ikonka św. Jerzego, którą przywiozłam z Gruzji i którą ustawiałam na biurku, była systematycznie (niemal codzień) obracana „twarzą do ściany” a potem po prostu znikła. Jak znikły zostawione na parę godzin na biurku kasety z materiałami przywiezionymi z Azerbejdżanu…

Kto to robił? Nie mam pojęcia.

No i pamiętam zwłaszcza to dojmujące poczucie, że nic co bym zrobiła nie będzie wystarczajaco dobre. Cudem, naprawdę stając na głowie, załatwiłam wyjazd (wylot) do bazy amerykańskiego lotnictwa w Bahrajnie, a stamtąd na lotniskowiec z napędem jądrowym – Carl Vinson pływający po Morzu Arabskim w czasie ataku na Afganistan w 2001 r… (operacja Enduring Freedom).

W 38 stopniowym upale nagrywaliśmy na pokładzie startowym z operatorem Wladyslaw Malarowski starty i lądowania myśliwców F- 18 Hornet, i F- 14 Tomcat (wtedy jeszcze używane) i bombowców Stealth zrzucajacych bomby penetrujące skały, a także maszyn – radarów i maszyn służących do powietrznego tankowania… 3 tys. załogi okrętu i 3 tys. personelu lotniczego.

Myślicie może, że redakcja chwaliła się moimi materiałami stamtąd? Nie… nikt ich nie chciał brać. Poszły może ze dwa, gdzieś pod koniec wydania i gdyby Panorama nie wzięła jeszcze ze dwóch, to cały wyjazd wyglądałby całkiem absurdalnie. Siedzieliśmy tam z operatorem i producentką, jako absolutnie jedyni z Europy Wschodniej, a jak wróciłam, to tylko strażnik na bramce zainteresował się „jak wygląda taki lotniskowiec”?

Od tego czasu nabrałam pewności, że nawet jeśli jako reporterka polecę na Księżyc, to też nie zainteresuje moich szefów i wydawców. Będzie wielu znacznie lepszych ode mnie reporterów… Uwagi do wyglądu (nie nadaję się na ekran, kamera mnie nie lubi), uwagi do tego, że podczas operacji NATO w Kosowie występowałam w polarze a powinnam w marynarce albo żakiecie (!)…

Poczucie absolutnej beznadziejności. W 2002 mnie zwolniono i dwa lata byłam bezrobotna.

I teraz we śnie skleiło mi się to z dylematami Biełsatu i kłopotami chwili obecnej. Pomieszały mi się nawet osoby… Śnili mi się koledzy z Wiadomości i nasi dzisiejsi redaktorzy z Biełsatu. Jeden z naszych białoruskich redaktorów krytykował mnie za nadmiar „przebojowości”, za to że zawsze się awanturuję z prezesami i to może nam zaszkodzić…. Był zgorszony tym, że potrafię nakrzyczeć na każdego i z tego będą kłopoty….

Czemu to akurat ten redaktor mi się przyśnił (z dziesiątek dziennikarzy, z którymi mam kontakt) a nie inny? Może dlatego, że jest takim sympatycznym uosobieniem zgodliwości i ostrożności?

A ja niemal cały czas ryzykując, jednak gdzieś podświadomie boję się, że kiedyś ten mój myśliwiec nie wyląduje, spadochron się nie otworzy… Sny podobno wydobywają podświadome lęki.

Autor: Agnieszka Maria Romaszewska-Guzy
Polska dziennikarka prasowa i telewizyjna, dyrektor Biełsat TV, od 2011 wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.