Już sam tytuł nie pozostawia wątpliwości – „Następne kłamstwa Ewy Kurek”. Niestety, treść w niczym nie uzasadnia tytułu. Co więcej, sięgając do twórczości własnej Aleksandra Szumańskiego można odnaleźć tożsame sformułowania, które AD MMXVIII są nazywane kłamstwem.

Pisze bloger Aleszuma:

 W pierwszych latach wojny Polacy w Warszawie żyli w ciągłym strachu przed łapankami i egzekucjami. A Żydzi w getcie się bawili. Mieli co świętować. W końcu żyli w “autonomicznej prowincji”, którą wynegocjowali od Niemców. Do takich wniosków doszła historyczka Ewa Kurek.

Ewa Kurek zawarła swe ustalenia w książce “Poza granicą solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939-1945” wydanej w tym roku przez Wyższą Szkołę Umiejętności w Kielcach, gdzie autorka wykłada. Doszła do nich – pisze – analizując przede wszystkim żydowskie źródła: wspomnienia, kroniki i relacje. Najczęściej powołuje się na Adama Czerniakowa, prezesa Judenratu – Żydowskiej Rady Starszych w getcie warszawskim – i kronikę Emanuela Ringelbluma – twórcy konspiracyjnego archiwum w getcie. Zwłaszcza dzienniki – uważa – “nie pozostawiają cienia wątpliwości”, że getta “w istocie rzeczy były zbudowanymi w latach 1939-1942 przez polskich Żydów za zgodą okupujących polskie ziemie Niemców autonomicznymi prowincjami żydowskimi”. Żydzi “po raz pierwszy od ponad dwóch tysięcy lat zbudowali zręby struktur żydowskiej państwowości”.

Co to znaczy zbudowali? Jako kto? Inżynierowie projektanci? Murarze, czy cieśle?

Robotnicy niewykwalifikowani? Pod czyim nadzorem i kto finansował budowle?

 Według Kurek w pierwszych latach okupacji najbardziej zagrożeni byli Polacy, Żydzi zaś delektowali się “autonomiami i izolacją gett. Głodnych wprawdzie i chłodnych, ale z wolną sobotą, żydowskimi tramwajami, własną pocztą, policją teatrami, restauracjami”; “na przełomie 1941/1942 roku czuli się za wzniesionymi przez siebie murami bezpiecznie i otwarcie mówili: “Nie chcemy zbratania z Polakami “- według pani Kurek, która urodziła się sześć lat po zakończeniu II Wojny Światowej. Skąd taka precyzyjna wiedza? Kurek pisze jeszcze, że Polacy nosili opaski z gwiazdą Dawida, A Żydzi? Nie nosili opasek? Tego Kurek nie wyjaśnia. A więc skąd taka wiedza historyczna? Czy przypadkowo nie od banderowców Żydów z Ukrainy?

https://3obieg.pl/nastepne-klamstwa-ewy-kurek/

Czyżby zdaniem Szumańskiego dr Kurek jako urodzona 6 lat po wojnie nie mogła nic o niej wiedzieć w przeciwieństwie do niego samego, który w chwili wybuchu wojny miał już tych lat aż 8. Jest więc świadkiem historii pełną gębą. 😉

Tymczasem dostępna literatura potwierdza narrację historyczną dr Kurek.

Ironią najnowszej historii jest również i to, że te same źródła w podobny sposób wykorzystywał również Szumański.

Tak np. pisał polsko-australijski historyk i dziennikarz Marian Kaluski (w 1990 r. został odznaczony Krzyżem Zasługi przez rząd polski na uchodźstwie; odznaczenie wręczone w 1991 r. w imieniu prezydenta Lecha Wałęsy, a w 2006 r. Srebrnym Medalem Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” w Warszawie):

… kiedy pod koniec 1939 roku Niemcy zastanawiali się głośno nad tym co zrobić z Żydami polskimi, wysuwając m.in. projekt utworzenia „rezerwatu” dla Żydów z obszaru byłego województwa lubelskiego, znaleźli się Żydzi polscy i za granicą (np. V. Jabotinsky, The Jewish War Front, London 1940), którzy go poparli, gdyż widzieli w nim urzeczywistnienie swych planów utworzenia państwa żydowskiego z części ziem polskich. Oczywiście był to zamach nie tylko na całość terytorialną państwa polskiego, ale także na etnicznie polską ziemię. Była to wroga akcja Żydów wobec państwa polskiego i narodu polskiego. Była to po prostu zdrada stanu ! (…)

Nacjonaliści żydowscy cieszyli się z tego, że Niemcy utworzyli getta na okupowanych terenach polskich, do których zagnano całą ludność żydowską, widząc w nich namiastkę państwa żydowskiego. Z książki żydowskiego historyka getta warszawskiego Emanuela Ringelbluma pt. Kronika getta warszawskiego (Warszawa 1983) dowiadujemy się, że wielu gettowych nacjonalistów żydowskich przystąpiło do walki z szeroko pojmowaną polskością. Taki Eraim Sagan Szachno dbał o oczyszczenie szkolnictwa żydowskiego z wszelkich polonizmów i elementów asymilacyjnych, czyli o odgrodzenie się Żydów od Polaków jeszcze większym „chińskim murem” (mur getta był dla nich za mały). Założył on i współkierował stowarzyszeniem kulturalnym „Ikor”, które walczyło o wyrugowanie języka polskiego z getta. Sam Ringelblum wyrażał swe oburzenie, że Gmina Żydowska (Judenrat) jest gniazdem wstrętnej asymilacji (Polskości), gdyż 95% urzędników rozmawia z petentami po polsku. Znany działacz gospodarczy w przedwojennej Warszawie i zwolennik asymilacji Abraham Gepner zarzucił wówczas Ringelblumowi brak lojalności wobec Polaków. Z kolei Izrael Milejkowski ostro sprzeciwiał się zajmowaniu stanowisk w getcie przez Żydów-chrześcijan (których Niemcy także uważali za Żydów), mówiąc że „…nie oni będą decydować o życiu ludności żydowskiej”.

Tymczasem Szumański każe nam wierzyć, że Żydzi w gettcie czytali sobie polską literaturę. Oczywiście nie neguję takich pojedynczych przypadków, ale wobec nastawienia opisanego wyżej masowość i publiczność takich aktów pomiędzy bajki można włożyć.

Prawdopodobnie z braku jakiegokolwiek argumentu Szumański każe wierzyć, że dr Kurek pisze o Polakach mających nosić Gwiazdy Dawida na opaskach.

W takim znaczeniu, jakie podaje Aleszuma słowa te nigdzie nie padają. Są więc wynikiem zmęczenia organizmu, do czego człowiek 87-letni ma pełne prawo, albo też stanowią przemyślane kłamstwo, mające zdyskredytować kolejnego wroga blogera.

A wszystko dlatego, że dr Ewa Kurek „odważyła się zamachnąć na żyjącą świętość”, jaką jawi się już tylko we własnych oczach p. Aleksander Szumański.

W numerze 40 tygodnika Warszawska Gazeta ( z 3-9 października 2014 roku) pisała o nim m.in.:

 Popełniony przez Aleksandra Szumańskiego i Waldemara Łysiaka pierwszy kardynalny błąd dowodzi, że autorzy krytyki stosują znaną z PRL i stosowaną do dziś w środowiskach postkomunistycznych zasadę, że jeśli brak argumentów merytorycznych, zawsze można powiedzieć lub napisać, że adwersarz nie ma racji, bo jest katolikiem, wegetarianinem, Żydem lub nosi zielone skarpetki. Dlatego Aleksander Szumański i Waldemar Łysiak jeśli chce w przyszłości zabierać głos w jakiejkolwiek dyskusji, winien wpierw przyswoić sobie dobre zasady starożytnej dialektyki, według których dyskusja ma sens tylko wtedy, gdy ma charakter merytoryczny, czyli dotyczy ściśle rozstrzyganej kwestii.

Nazwanie Dawida Wildsteina „żydowskim dziennikarzem” odsłania także inne braki wiedzy Aleksandra Szumańskiego i Waldemara Łysiaka. Wytaczając najcięższe armaty, trzeba przypomnieć autorom krytyki, że Feliks Dzierżyński był Polakiem, zaś Berek Joselewicz był Żydem. Co zrobił ze swą polskością Feliks Dzierżyński, wie każdy – o tym, że pułkownik Berek Joselewicz oddał za Polskę swe żydowskie życie, Aleksander Szumański i Waldemar Łysiak zapewne nie wiedzą lub wiedzieć nie chcą. Przywołanie pamięci Dzierżyńskiego i Joselewicza winno przypomnieć, że od kiedy sięga polska pamięć historyczna, to nie płynąca w żyłach krew decydowała o obywatelstwie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, lecz uczynki względem niej konkretnego człowieka. Nie znam dalekich przodków Dawida Wildsteina – wiem natomiast, że jego ojciec Bronisław Wildstein zachował się w czasach komunizmu przyzwoicie. O postawie pana Aleksandra Szumańskiego w tamtych czasach wiedzy nie posiadam.

Ewa Kurek jest dość delikatna w swoich sformułowaniach. Bo  przecież Aleksandrowi Szumańskiemu trzeba wreszcie zarzucić to, co „pracując na odcinku Polaka-Patrioty” robi rzeczywiście.

Taki współczesny POPPełniący Obowiązki Patrioty.

W rozsiewanym przez siebie gdzie tylko się da tekście ZAGŁADA POLAKÓW I ŻYDÓW WE LWOWIE ( 3obieg.pl – 29.11.2014 r., Niepoprawni.pl – tego samego dnia, Niepoprawni.pl i raz jeszcze 12 grudnia 2017 r.) Szumański odlatuje na potęgę.

Poniższy cytat obnaża jak żaden inny zatarcie się w świadomości „świadka historii” wydarzeń z całej dekady lat 1940-tych:

Słuchając pilnie radia „Wolna Europa” wiedzieliśmy już od kilku tygodni o koncentracji armii hitlerowskiej na terenie tzw. Generalnego Gubernatorstwa, o czym opowiadali też kolejarze.

https://3obieg.pl/zaglada-polakow-i-zydow-we-lwowie/#respond

Aleszuma albo kłamie, albo też upływ czasu zrobił swoje, o czym może świadczyć napomknienie o wiadomościach z radia „Wolna Europa”, które przecież zaczęło nadawać 8 lat po opisanych wydarzeniach! Począwszy od wiosny 1941 roku rzeczywiście ludzie we Lwowie mówili szeptem o koncentracji wojsk. Tyle, że sowieckich!


Ba, w szybkim tempie budowano nawet lotniska polowe, czasem w odległości kilku kilometrów od granicy. Gromadzono szyny kolejowe, zapasy węgla i paliw. O tym właśnie szeptano…

Nie było również kolejarzy, którzy, i to bez względu na to, jakiej byliby narodowości, przekraczali by sowiecko-niemiecką granicę.

Szumański robi jednak wszystko, i to od lat, by wdrukować do świadomości jak największego grona stalinowską wersję historii.

Zły Hitler napadł zdradziecko na dobrego wujka Stalina.

Na dodatek o Hitlerze zwykło się mówić, że swoje zamiary ujawnił już w latach 1920-tych, w Mein Kampf.

Tymczasem Stalin jest ciągle przedstawiany jako naiwniak, „oszukany” przez swojego brunatnego brata.

A przecież i on (ustami swoich pomniejszych parteigenosse) obwieszczał światu, że przyłączenie

Pribałtyki, części PolskiRumunii to tylko początek

.
Bo już niedługo Europa będzie sowiecka, a potem cały świat.

Stalin nie został oszukany. Hitler go tylko ubiegł.

Ci, którzy przeżyli okupację sowiecką na dawnych ziemiach II RP pamiętają. Część mojej rodziny, która całkiem pechowo znalazła się nie po tej stronie granicy była wysiedlona właśnie w związku z budową polowego lotniska. Sowieckiego lotniska.

8 km od granicy.

Swój dom “odnaleźli” dopiero w 1946 r.

Niedaleko Wrocławia.

Kolejny mit, chyba najbardziej szkodliwy, to historia o „polskich profesorach” zamordowanych we Lwowie.

Ten mord polskich profesorówwe Lwowie tak naprawdę dotknął kolaborantów sowieckich. Nie bójmy się tego słowa. Ich czasem jawne, czasem tylko dorozumiane opowiedzenie się po stronie „kałmuckiego najeźdźcy”, i to czasem już w październiku 1939!, było największym osiągnięciem stalinowskiej propagandy na tamtych terenach. Rozstrzelano więc nie polskich, ale sowieckich. Bo oni wyrzekli się Ojczyzny, chociaż powinni być przykładem dla mniejszych. Nawet za cenę życia! Ponad wszelką wątpliwość ich publicznie deklarowana postawa łamała ducha w społeczeństwie służąc umacnianiu sowieckiej „władzy ludowej”.

Tymczasem wobec nich próbuje się stosować jakieś dziwne złagodzenie kryteriów – nie kolaboracja, alemimikra, takie swoiste udawanie i popieranie „władzy” jedynie w prasie i na mityngach. Tak jakby można było być świnią publicznie, a w rzeczywistości porządnym człowiekiem. Jak nikt nie widzi.

A przecież wielu innych profesorów przeżyło okupację i po wojnie stanowiło trzon nowopowstałej Politechniki Śląskiej w Gliwicach i Uniwersytetu we Wrocławiu nie wchodząc w żadne relacje ideologiczne z jednym czy drugim okupantem.

Ba, zasłoną milczenia próbuje się ciągle osłonić to, że we Lwowie, w Generalnej Guberni, istniały Państwowe Medyczne Kursy Zawodowe Państwowe Farmaceutyczne Kursy Zawodowe, a Politechnika Lwowska prowadziła zajęcia (co prawda jako Technische Fachkursezawodowe kursy techniczne). Po wojnie „z automatu” nadawano absolwentom odpowiednie tytuły, świadczące o zdobyciu wyższego wykształcenia.

W dzieciństwie spotykałem się z jednym z absolwentów „kursów medycznych” (z 1943), który był lekarzem w przychodni dziecięcej, gdzie czasem prowadziła mnie moja babcia.
Czasem wspominali razem dawne czasy (wtedy nie tak dawne, raptem sprzed 22 lat)…
Ich wspomnienia były całkiem inne od tych, jakimi dzieli się z nami aleszuma.

Te ostatnie za bardzo trącą oficjalną wersją historii, jaką kolportowano w PRL.
Dzisiaj wiem, że to była bajka. Aleszuma powtarza ją jednak bezkrytycznie, czyniąc to na dodatek z pozycji świadka, co w pewien sposób uwiarygodnia całą opowieść.

Pisałem w sierpniu 2014 roku:

Mord 4 lipca 1941 r. przesłania ostatnie miesiące życia byłych polskich profesorów. A przecież nawet z tych wstydliwie przemilczanych fragmentów widać, że poszli na współpracę z okupantem sowieckim na skalę nieporównanie większą, niż Piasecki w 1945. Przynajmniej niektórzy. Początkowo aresztowany przez sowietów były premier II RP Kazimierz Bartel został uwolniony dosłownie natychmiast. “Jednak już następnego dnia Bartel powrócił w towarzystwie “komendanta NKWD” (gen. Iwan Sierow?). Zwrócono mu również skradzione przez rewidujących ordery i złoty zegarek. Przebieg krótkotrwałego pobytu w więzieniu, a także okoliczności zwolnienia nie są znane.” [w:] Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu: Tom 36, 1993; “Przegląd historyczny”, Tom 83, Wydania 1-3, PWN. 1992 str. 195

Czy tak szybko zostało zawarte porozumienie? Dzisiaj, kiedy wyjście innego „profesora”, Bartoszewskiego, z Auschwitz, traktowane jest często jako pośredni dowód na agenturalność, takie wyjście z aresztu NKWD powinno być uznane za koronny dowód istniejącej wcześniej współpracy.
Dzisiaj, po latach, okazuje się, że sowiecka agentura sięgała nawet najbliższego otoczenia prezydenta USA.

Również dworu królewskiego Wielkiej Brytanii.

Tym bardziej mogła więc sięgać kręgów władzy niezbyt wielkiego europejskiego kraju!

https://3obieg.pl/lwow-22-miesiace-kolaboracji/

Tak to się stało, że kiedy kwiat Narodu ginął od strzału w potylicę w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie inni nie mieli ani cienia wątpliwości, by popierać reżim o wiele gorszy od nazistowskiego.

A już za zdradę główną należy uznać to, że swoją postawą odbierali chęć walki Narodowi.

Również Aleksander Szumański jest dzieckiem jednego z sowieckich kolaborantów. Jego ojciec, jak gdyby nigdy nic, pracował na sowieckim uniwersytecie aż do zamordowania go przez Niemców w 1941 roku.

Co więcej, sam Szumański, jako niespełna 10-latek debiutował wierszem w sowieckiej rozgłośni Radio Lwów!

Dzisiaj możemy tylko zgadywać, czy ten „utwór” w całości był poświęcony miłości do komunizmu i ojca całej postępowej ludzkości Józefa Wissarionowicza Stalina, czy tylko co druga zwrotka.

Szczęśliwe dzieciństwo pieszczocha sowieckiego systemu nie było zakłócone wizją deportacji, która w tym samym czasie dotykała dziesiątki tysięcy rodaków.

I dlatego, skoro Szumański tropi z uporem maniaka spisek żydo-banderowski, w pierwszej kolejności powinien wytłumaczyć się z dziecięcej co prawda, ale możliwej dzięki wyniesionym z domu antywartościom, kolaboracji z najbardziej antyludzkim systemem, jaki kiedykolwiek istniał na Ziemi.

I jeszcze jedno.

Szymański kolportuje wieść o rzekomo słabej książeczce napisanej przez dr Ewę Kurek, wydanej w 300 egzemplarzach jedynie.

Tymczasem była to prawda w 2006 roku.

Ewa Kurek została wtedy zaatakowana przez „gazetę wyborczą”.

I w ten oto sposób odrywamy źródło wiedzy Szumańskiego na temat treści zawartych w książce dr Kurek!

Wystarczy porównać artykuł, jaki ukazał się w „gazecie wyborczej” z 20 sierpnia 2006 roku i jego tekst, by dojść do niezbyt ciekawych dla tego ostatniego wniosków.

Otóż Aleszuma bezczelnie kopiuje cudzy fragment tekstu i zamieszcza jako swój.

Popatrzcie. To tekst z „wyborczej”:

.

A to tekst ostatnio umieszczony na portalu 3obieg.pl.

Ani słowa o źródle, z jakiego swoje mądrości czerpał mgr inż. Szumański.

Prawnicy w takim przypadku mówią zazwyczaj o plagiacie.

Czytelnicy natomiast omijają takiego „autora” z daleka.

20.10 2018

.

.

Ps. A książka dr Kurek wydawana jest również przez inne wydawnictwa. Powszechnie uważa się, że jest pozycją, którą człowiek inteligentny powinien mieć w swojej bibliotece.

Może to właśnie boli Szumańskiego?