Otóż dzisiejszy świat jest inny. Demokracja przestała być gwarantem wolności, a stała się mechanizmem umożliwiającym narzucenie obcej władzy bez konieczności dokonania podboju militarnego. Jest jak wyłom w murze obronnym, przez który każdy może wejść do środka.
Przy odpowiednim wsparciu finansowym, logistycznym i medialnym można poprzez demokrację bezboleśnie narzucić obcą władzę. Jedynym problemem jest mała stabilność takich rządów, gdyż przy następnych wyborach może nastąpić wyzwolenie.
Dlatego ubocznym efektem demokratycznego imperializmu jest destabilizowanie społeczeństwa, aby nie mogło stawiać oporu. Po tym najłatwiej odróżnić normalną demokrację od tej, przez którą przenikają obce wpływy. Ustrój demokratyczny w suwerennym państwie wymusza podnoszenie poziomu społeczeństwa, gdyż jest trudny. To jeden z najbardziej skomplikowanych ustrojów politycznych. Jeżeli jednak mechanizmy demokratyczne pełnią rolę wytrycha dla obcych wpływów – podejmowane są działania w celu obniżenia poziomu edukacji i niszczenia tradycyjnych więzi społecznych.
Celem jest wywołanie dezorientacji społeczeństwa, aby nie było w stanie zidentyfikować, skąd przychodzi zagrożenie i rozumieć własnych interesów. To jest najgorszy skutek współczesnego imperializmu demokratycznego.
Istnienie takiego zagrożenia w przypadku ustrojów demokratycznych nie budzi wątpliwości. Nie można bowiem kwestionować tego, że wybory otwierają szerokie przejście do władzy dla przerzucania obcych agentów wpływu.
Dyskusyjne jest natomiast, czy ktoś na skalę użytkową korzysta z tych możliwości. Ja stawiam na Stany Zjednoczone. Tylko one dysponują odpowiednimi zasobami, aby realnie wpływać na przebieg wyborów w innych państwach oraz potencjałem miękkiej siły do niszczenia społeczeństw. Mają też wieloletnie doświadczenie w zakresie ingerowania w wybory demokratyczne. Sama idea demokratycznego imperializmu narodziła się bowiem w Ameryce Łacińskiej.
Z pewnych historycznych powodów Stany Zjednoczone musiały w XIX wieku ukrywać swój kolonialny imperializm. Na teren Ameryki Łacińskiej przeniknęły pod szczytnym hasłem zwalczania kolonializmu europejskiego, a następnie zaczęły penetrować ten obszar, wykorzystując mechanizm imperializmu demokratycznego. Kandydaci, którzy wygrywali wybory z poparciem amerykańskim, realizowali amerykańskie interesy gospodarcze. W ten sposób suwerenne państwa Ameryki Łacińskiej zmieniły się nieformalnie w obszar amerykańskich wpływów. Niestety za tym szła korupcja i demoralizacja.
Było to jednak jeszcze w fazie eksperymentalnej. Dlatego, poza sukcesami, popełniono też rażące błędy. Czasami Stany Zjednoczone traciły kontrolę nad sytuacją i musiały ratować swoje wpływy poprzez otwartą dyktaturę. W konsekwencji rozbudziły w społeczności latynoskiej nienawiść do siebie.
Obecnie ekspansja demokratyczna przebiega bezboleśnie. Ofiara nie orientuje się, co się z nią dzieje. Państwa demokratyczne umierają w przekonaniu, że są suwerenne, a rozkład społeczeństwa jest ubocznym skutkiem wolności i postępu. Współpracę ze Stanami Zjednoczonymi do końca uważają za swój sukces.
Tak właśnie przebiega proces obumierania cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Stany Zjednoczone przeniknęły do Europy jako obrońca przed komunizmem. Postępowały ostrożniej niż w Ameryce, dlatego kryzys zachodnioeuropejskiej cywilizacji nie jest obecnie kojarzony z amerykańskimi wpływami, mimo że w przeszłości zdawano sobie sprawę z destrukcyjnego wpływu amerykanizacji. Rozkład społeczeństwa przejawia się również demencją.
Zresztą obecnie opór wobec prób ratowania tożsamości europejskiej nie przychodzi ze Stanów Zjednoczonych. Największymi wrogami europejskiej cywilizacji są zindoktrynowana młodzież i kosmopolityczne elity. Dlatego niektórym obrońcom Europy może się wydawać, że Ameryka jest teraz ich sojusznikiem — gdyż Trump tak powiedział.
Tę samą dezorientację — skąd naprawdę przychodzi zagrożenie — odczuwamy my tu, na terenie Europy Wschodniej. Tym bardziej że nasz region nie był początkowo obszarem amerykańskiego imperializmu demokratycznego. Był zbyt mało ważny i został rzucony jako ochłap Europie Zachodniej, bo dla Ameryki ważniejsze było narzucenie swoich wpływów Rosji.
Obecnie jednak sytuacja geopolityczna uległa zmianie. W związku z konfliktem z Rosją wzrosło zainteresowanie Stanów Zjednoczonych Europą Wschodnią. Niektóre środowiska opiniotwórcze w Polsce uznają to za nasz sukces strategiczny, postrzegając Stany Zjednoczone jako obrońcę przed demokratycznym imperializmem Europy Zachodniej. Ja nazwałbym tę strategię syndromem ćmy lecącej w ogień.
Mechanizm wypierania świadomości, że zagrożeniem dla społeczeństwa jest amerykańska popkultura jako narzędzie miękkiej siły, wynika również z tego, że nie zawsze popieranie przez Stany Zjednoczone demokracji ma negatywny charakter. Na obszarach, gdzie Ameryka nie dominuje, lecz rywalizuje o wpływy z innymi mocarstwami, np. w Japonii, Tajwanie czy Korei Południowej, promocja demokracji służy budowaniu pozytywnego wizerunku zachodniej cywilizacji.
Tak samo było u nas w okresie „zimnej wojny”. Wtedy Stany Zjednoczone nie promowały idei demokratycznych w celu podważenia suwerenności państw naszego regionu, ale jako alternatywę wobec komunizmu. W konsekwencji utrwalił się pozytywny obraz Stanów Zjednoczonych oraz demokracji jako gwarancji wolności. Dlatego trudno dziś uwierzyć, że po upadku Związku Radzieckiego sytuacja uległa zmianie — zmieniły się zarówno cele amerykańskie, jak i rola demokracji.
Zostaw komentarz