Przy okazji całej tej debaty o pedofilii i Karolu Wojtyle rzuca się w oczy kompletny anachronizm języka prawicy.
Prawica być może wykorzysta jeszcze tym razem efekt konsolidacji „w obronie autorytetu Papieża-Polaka”, ale wydaje mi się, że to jest już absolutnie ostatni raz, kiedy taka konsolidacja jest możliwa. Mówiąc krótko – autorytet ten już się zużył. Pokolenia, dla których coś znaczył – odchodzą a na ich miejsce pojawiają się kolejne, już inaczej ukształtowane generacje.
Prawica rządzi już 8 lat i – moim zdaniem – nie uczyniła nic, aby wypracować nowoczesną koncepcję ideową, która przyciągałaby młodzież jakąś adekwatną do naszych czasów antropologią.
Tymczasem wszystkie badania jednoznacznie pokazują istną zapaść formacji tradycyjnego katolicyzmu. On jeszcze trzyma się w wyborczym zapleczu prawicy, czyli na wsiach i w małych miejscowościach, ale trend kulturowy jest taki, że w Polsce rośnie populacja obszarów podmiejskich, podczas gdy polska „głubinka” się wyludnia. Oznacza to, że wpływ kulturowy metropolii będzie w dłuższej perspektywie wzrastał, pomimo tego, że krótkoterminowo można było zaobserwować, iż przedmieścia wielkich miast, do których spłynęła ludność wiejska, są wyraźnie bardziej konserwatywne niż centra.
Trzeba też wziąć pod uwagę, że polska wieś wciąż czeka na naprawdę wielkie przemiany konsolidacyjne. Zarówno presja ekonomiczna, promująca gospodarstwa wielkoobszarowe, jak rosnący rynek ekologicznych produktów rolnych wytwarzają strukturę zależną od elastycznych oczekiwań odbiorcy wielkomiejskiego, wypierającą sztywne ramy tradycyjnego stylu życia.
Chociaż prawica, dostrzegając te procesy wspiera ekonomicznie elektorat polskiej prowincji i sprzeciwia się liberalnemu modelowi gospodarki polaryzacyjno-dyfuzyjnej, to zarazem nie potrafi wytworzyć adekwatnego do współczesnych czasów mitu, który gruntowałby odpowiadającej jej wyobrażeniom postawy młodzieży poza umierającym imaginarium tradycyjnego katolicyzmu.
W obszarze kultury bohaterowie prawicy są płascy, nieinteresujący, drętwi. Zdumiewa wręcz, że w obszarze kultury prawica z zupełną bezradnością przygląda się wojnie na Ukrainie. Nie powstają tu żadne nowe narracje, które choćby nawiązywały do udziału Polaków w tej wojnie, problematyzowały postawy i kreowały nowych bohaterów.
Polskie kino czy teatr są tu albo obojętne, albo – zgodnie z lewicową wrażliwością opowiadają wyłącznie o ofiarach przemocy, przede wszystkim traumie kobiet i mniejszości seksualnych, łamaniu praw człowieka itd. – często wg scenariuszy pisanych przez autorów ukraińskich. Wojna jest opowiedziana jako potworność. Nie ma tu miejsca na etos walki o świat wartości bliskich prawicowej wrażliwości. Lewica też coraz bardziej otwarcie prokuruje obraz bezduszności państwa polskiego wobec „biednych Ukraińców w Polsce” – tylko czekać, aż tematyka ta doczeka się artystycznej „oprawy” w duchu Demirskiego i Strzępki…
Mam ogromne pretensje do min. Glińskiego, który wydaje się sztywny jak koci ogon i w ogóle nie potrafi wykorzystać sytuacji. Indolencja Ministerstwa Kultury, które działa sztampowo, poprzestając na rutynowych „imprezach patriotycznych” i wspieraniu „solidarności z Ukrainą” jest porażająca. Tylko czekać, aż tematykę wojny na Ukrainie podejmie Netflix w koprodukcji z kinematografią niemiecką, a nasza prawica będzie się znowu oburzać, że „przekłamują historię” marginalizując rolę Polski i Polaków.
No sorki – sami się marginalizujemy nie potrafiąc niczego ciekawego wytworzyć nawet w obliczu tak dramatycznych wydarzeń!
Zostaw komentarz