Jednym z podstawowych argumentów obrońców epoki tzw. Polski Ludowej, a zwłaszcza jej początków, tudzież gloryfikatorów „utrwalania władzy ludowej” jest istnienie i działanie ówczesnych organów rzekomo zgodne z prawem. Natychmiast jednak rodzi się podstawowe pytanie: z jakim prawem i czyim prawem? Oczywiście jakimś regulacjom ów system podlegał i ulegał. Ale zdecydowanie nie było to prawo polskie, a co najwyżej konglomerat elementów prawa polskiego z przepisami obcymi, doraźnie ale z reguły celowo i docelowo wprowadzonymi do tegoż prawa, nic jednak wspólnego nie mającymi z prawem państwa demokratycznego. Nawet jeżeli demokratyczna była fasada czy terminologia, to doktryna i stosowanie już absolutnie nie. Polskę Ludową budowano bowiem zgodnie z prawem najeźdźcy i okupanta.

Skąd się brali Wyklęci – dekrety stalinowskie jak hitlerowskie

Cały „system prawny” Polski Ludowej już u podstaw oparto na bezprawiu tzw. „Manifestu Lipcowego”, dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, niekonstytucyjnego i niedemokratycznego organu powołanego przez Stalina do skolonizowania czyli bezwzględnego podporządkowania podbitej (nie wyzwolonej, choć takiego używano słownictwa, ale właśnie podbitej) przez Sowietów Polski.

Przygotowano i ogłoszono go w Moskwie, chociaż przez lata propaganda PRL wmawiała Polakom, że w Chełmie Lubelskim względnie Lublinie. Dekret ów powoływał się na dawną Konstytucję RP z marca 1921 r., a całkowicie pomijał obowiązującą w Polsce Konstytucję z kwietnia 1935 r., na której opierał się i w ramach której działał cały obowiązujący w Polsce i Polaków system państwowy i legislacyjny. Trzeba tutaj dodać, że konstytucja kwietniowa miała wielu oponentów i krytyków jako zbyt autorytarna, niemniej jednak została uchwalona w pełni demokratycznie.

Jednak „bardziej demokratyczne” miało okazać się nowe prawo wprowadzone przez komunistów. I oczywiście służyć obywatelom „nowej” Polski, podobnie jak obywatelom a szczególnie nowemu prawu służyć miały nowe kadry prawników. We wstępie wprowadzającym Dekret PKWN z 23 września 1944 r. „Kodeks Karny Wojska Polskiego” (słynny KKWP na podstawie którego osadzano w więzieniach, prześladowano, zamęczono i zamordowano steki tysięcy polskich patriotów) pułkownik Aleksander Tarnowski, Naczelny Szef Sądownictwa Wojennego napisał m.in.

Zbrodniczy topór hitlerowskich siepaczy dokonał szczególnego spustoszenia w szeregach korpusu audytorów (audytorzy to tradycyjna nazwa oficerskiego korpusu prawniczego – informacja dla nie znających tego terminu), którego wielu wybitnych przedstawicieli zostało bestialsko zamordowanych w Katyniu oraz w innych koncentracyjnych obozach”. (Składnia „Koncentracyjny obóz” zamiast obóz koncentracyjny to typowy przykład rosyjskiej kalki językowej, używanej powszechnie w wojskowo-policyjnym języku rosyjskim podobnie jak jej skrót „koncłagier” – przyp. MSC).

I dalej:

Z tego powodu Polskie Siły Zbrojne zorganizowane w ZSRR nie dysponowały wykwalifikowanymi prawnikami wojskowymi. Nowo powstały w ich łonie korpus oficerów służby sprawiedliwości musiał być tworzony z prawników, którzy dawniej pracowali wyłącznie w sądownictwie powszechnym i nie posiadali praktyki wojskowej, z młodych niedoświadczonych prawników, bądź też z Polaków, którzy, kiedy zabrakło armii polskiej na najbliższym do kraju i najważniejszym dla nas froncie radziecko-niemieckim, swoje doświadczenie wojskowo-sądowe nabyli w sojuszniczym radzieckim sądownictwie wojskowym.

W tym fragmencie widać nie tylko zakłamanie prawdy o sprawcach Zbrodni Katyńskiej, ale, poprzez składnię także pochodzenie tego „Polaka” który niewątpliwie zdobył swoje doświadczenie „w sojuszniczym radzieckim sądownictwie wojskowym”. A dalej płk Tarnowski wyjaśniał, że przedwojenny polski Kodeks Karny Wojskowy z 1932 r. „normuje poszczególne zagadnienia w sposób nieaktualny już dzisiaj” zaś wprowadzany KKWP

uwzględnił te zjawiska życia wojskowego, jakie zrodziły się w toku obecnej wojny , a także doświadczenie sądów wojskowych oraz dorobek nowoczesnego ustawodawstwa karnego wojskowego Państw Sojuszniczych, a w pierwszym rzędzie bohaterskiej Armii Czerwonej.

Takie było prawdziwe źródło prawa pozwalającego na mordowanie i prześladowanie polskich patriotów.

Jak widać, oprócz przyjęcia za „podstawę prawną” wprowadzanego systemu nieistniejącego aktu legislacyjnego Sowieci wprowadzali na ziemiach polskich uznawanych przez nich za Polskę szereg przepisów szczególnych, ujętych dekretami PKWN a z czasem także późniejszych „organów władzy”. Obok KKWP szczególne kuriozum w tej grupie stanowił słynny Dekret PKWN z 30 października 1944 r. „o ochronie państwa”, w części artykułów jakby żywcem odpisany z hitlerowskiego dekretu „o zwalczaniu dzieła odbudowy w Generalnym Gubernatorstwie”.

Określał on jako przestępstwo przynależność do organizacji „stanowiących tajemnicę” dla PKWN i jego organów oraz wojsk sprzymierzonych, a ponieważ jedynym „wojskiem sprzymierzonym” znajdującym się ówcześnie na ziemiach polskich była Armia Czerwona, pozwalał jej służbom na ściganie i likwidowanie żołnierzy konspiracji – nawet tych nie prowadzących aktualnie działalności politycznej czy zbrojnej. Dekret ten był kolejną podstawą represji w stosunku do żołnierzy AK, NOW-NZW, NSZ, BCh i innych struktur polskiej konspiracji, ściganych nie tylko przez polskojęzycznych sługusów Moskwy, ale także bezpośrednio przez wojska NKWD.

Z kolei tzw. dekret sierpniowy o wyłączeniu ze społeczeństwa zbrodniarzy i zdrajców (m. in. volksdeutschy) skonstruowano w taki sposób, aby organy bezpieczeństwa miały możliwość przetrzymywać podejrzewanych bez sądu w miejscach odosobnienia. Bynajmniej nie chodziło tylko o represję karną, ale przede wszystkim o wyselekcjonowanie tych, którzy mogą się przydać nowej władzy. W ten sposób zwerbowano wielu agentów i informatorów a nawet pracowników „resortu bezpieczeństwa publicznego”.

Za uniknięcie stanięcia przed sądem czy osadzenia w obozach odosobnienia starali się być jak najbardziej użyteczni. Z czasem lokalne obozy dla VD – a w 1945 r. istniał taki również w Wadowicach – zlikwidowano, zaś skazani za odstępstwo od narodowości lub po prostu ci, którzy mieli pecha trafiali do Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie. Trzymano tam np. rodziny niektórych agentów WUBP Kraków zaangażowanych do rozbicia oddziałów podziemia na Ziemi Wadowickiej, m. in. rodziców braci Rymarczyków i wielu innych. Bo nawet w zwerbowanym na podstawie mocnych „materiałów kompromitujących” zwanych w sowiecko-bezpiekowskim żargonie „kompromatami” agencie mogło obudzić się sumienie i mógł mieć obiekcje przed mordowaniem ludzi.

Paradoksalnie zatem, przed sądami stanęło wiele osób i rodzin, których jedynym grzechem było podpisanie volkslisty – często pod przymusem nie tylko ekonomicznym, ale zagrożenia życia – natomiast zabrakło na ławach oskarżonych wielu innych, nierzadko znacznie za okupacji groźniejszych, którzy zmienili tylko swoich „panów” i dalej służyli kolejnemu zbrodniczemu totalitaryzmowi. I tak pozór prawa stawał się podstawą bezprawia. Z czasem wprowadzono kolejne dekrety, pozwalające ścigać m. in. osoby „odpowiedzialne za faszyzację kraju” czyli przedwojennych urzędników czy policjantów, później w ramach „bitwy o handel” wzięto się za prywatnych przedsiębiorców czy handlowców a w ramach „rozkułaczania” i „uspółdzielczania” za chłopów. I za wiele innych grup społecznych.

Nic zatem dziwnego, że wszystkie wprowadzane przez komunistów „prawa” budziły opór społeczeństwa, a najbardziej zagrożeni czy zdeterminowani wracali do lasów, konspiracji i podejmowali walkę czy chociażby stawiali opór zarządzeniom nowej władzy. I w wielu wypadkach i na wielu terenach opór z czasem, zwłaszcza w pierwszych powojennych latach, zamiast słabnąć rósł i tężał.

My mamy prawo – granice bezprawia dla funkcjonariuszy

Oprócz z gruntu wrogiej Polakom i odbiegającej od polskiej tradycji prawnej doktryny, ważnym elementem była wynikająca z owej doktryny praktyka stosowania prawa. A ta uzależniona była od faktu, kto przestępstwo popełniał, kto był ofiarą i jakie ewentualne skutki – także propagandowe – rodziła bądź mogła rodzić popełniona zbrodnia lub zastosowana kwalifikacja prawna i represja karna.

Najbardziej spektakularną zbrodnią funkcjonariuszy PUBP z Wadowic – jeżeli w ogóle można stosować jakąś gradację dla zjawiska notorycznego nadużywania i przekraczania prawa – było zabójstwo dokonane w Choczni przez st. strz. Tadeusz Migasa, przy współudziale strz. Romana Pustelnika i plut.Ferdynanda Rzeczyckiego.

Po wywleczeniu z wagonu kolejowego magistra Studium Wychowania Fizycznego UJ Andrzeja Jazowskiego, opiekuna grupy studentów jadących na obóz narciarski do Szczyrku T. Migas zastrzelił go z zimną krwią. Zresztą określenie „zimna krew” jest chyba nieadekwatne, biorąc pod uwagę, że wszyscy współsprawcy zbrodni byli w stanie znacznego zamroczenia alkoholowego. Do całej sekwencji zdarzeń skutkujących śmiercią A. Jazowskiego doszło wieczorem 31 stycznia 1948 r. w pociągu jadącym z Krakowa do Bielska na odcinku pomiędzy stacjami Wadowice i Andrychów oraz przy torze kolejowym w miejscowości Chocznia, gdzie ostatecznie dokonano morderstwa.

Grupa funkcjonariuszy PUBP Wadowice, pełniąca „służbę w gotowości alarmowej” i pijąca alkohol w budynku Urzędu oraz na stacji PKP w Wadowicach, postanowiła udać się na zabawę ludową do Andrychowa. Ponieważ pociąg z Krakowa do Bielska, którym chcieli jechać, był przepełniony, zerwali nalepki informujące o zarezerwowaniu trzech wagonów dla uczestników obozu narciarskiego Studium WF UJ i postanowili siłą wejść do tych wagonów.

Oczywiście za bilety nie płacili, bowiem „w zwyczaju było, że wojsko i bezpieczeństwo nie płaci”. Kiedy jeden z opiekunów grupy – Andrzej Jazowski, będący zresztą ppor. rez. WP – zwrócił im uwagę na niestosowność takiego zachowania oraz fakt, że pijani hańbią mundur wojskowy (pracownicy bezpieki często chodzili w mundurach WP), najpierw, jeszcze w Wadowicach wylegitymowali go i ubliżali mu, a następnie w pociągu kilku z nich wszczęło awanturę, zakończoną zatrzymaniem pociągu za przystankiem w Choczni za pomocą hamulca bezpieczeństwa oraz wypchnięciem, czy raczej wywleczeniem z wagonu A. Jazowskiego i zastrzeleniem go przy torowisku.

Po dokonaniu zabójstwa sprawcy udali się na zabawę, gdzie umyli ręce, oczyścili zakrwawioną odzież i po telefonicznym poinformowaniu o zdarzeniu zastępcy szefa Urzędu ppor. Tadeusza Mrowca któremu podali, że zastrzelili podejrzanego bandytę w trakcie pościgu, bawili się wesoło do samego rana. Pierwsze „czynności śledcze” w tej sprawie prowadził oficer śledczy PUBP w Wadowicach Stanisław Stefan, który nie tylko był świadkiem wydarzeń, gdyż także jechał na zabawę do Andrychowa, a który, mimo iż był starszy stopniem (ówcześnie sierżant) w żaden sposób nie starał się zapobiec tak tragicznemu rozwojowi wydarzeń.

Utrwalone w protokołach zadawane przez niego pytania są wyraźnym dowodem sugerowania linii obrony oskarżonych. Przygotowano także fałszywe zeznania świadków. Na dodatek jeden z milicjantów pilnujących zwłok przy torze w Choczni do czasu ich zabrania na sekcję do Wadowic, skradł z ręki A. Jazowskiego zegarek. Być może całą sprawę udało by się mimo wszystko wyciszyć, o czym świadczą pierwsze czynności podjęte przez PUBP i PKMO w Wadowicach i udokumentowane notatkami oraz protokołami zachowanie wykonujących je funkcjonariuszy, ale uczestnicy obozu narciarskiego złożyli w Bielsku zawiadomienie o zdarzeniu i o zaginięciu A. Jazowskiego (wtedy nie wiedzieli jeszcze, że został zamordowany).

W efekcie sprawa przekroczyła nie tylko granice powiatu, ale i województwa, bowiem Bielsko należało już do sąsiedniego woj. śląsko-dąbrowskiego. Poza tym świadkami w sprawie było prawie pięćdziesięcioro studentów pochodzących z różnych stron kraju i z różnych środowisk oraz warstw społecznych, co utrudniało ich zastraszenie a w razie unikania rozstrzygnięcia sądowego mogło być szkodliwe propagandowo. Przy tym, jak odnotowano w dokumentach, sprawa ta „zbulwersowała szerokie grupy społeczeństwa woj. krakowskiego”. A zapewne nie tylko krakowskiego.

Prowadzenie śledztwa przejął Wydział do spraw Funkcjonariuszy WUBP w Krakowie a kierował nim wojskowy prokurator rejonowy kpt. Julian Turski (właściwie: Jehuda Rumpler). Dla uniknięcia komplikacji związanych z ewentualną koniecznością powiększenia liczby posadzonych na ławie oskarżonych, S. Stefana – nie tylko współuczestnika wyprawy na zabawę, bezpośredniego świadka zbrodni ale także próbującego zacierać ślady i tworzyć fałszywe dowody – przeniesiono na kilka miesięcy na równorzędne stanowisko oficera śledczego do PUBP w Brzesku.

Powrócił do Wadowic dopiero po wyroku na Migasa i towarzyszy. Przebieg śledztwa i jego ustalenia badali później jeszcze prokuratorzy Wydziału Nadzoru Prokuratorskiego nad Śledztwami w Sprawach Szczególnych Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Wobec bezdyskusyjnej winy funkcjonariuszy oraz braku jakichkolwiek okoliczności łagodzących i możliwości zatuszowania sprawy, szef tego Wydziału, mjr dr M. Lityński zasugerował dalszy tok postępowania: „proszę o zakończenie śledztwa w tej sprawie, sporządzenie aktu oskarżenia i skierowanie sprawy na drogę postępowania sądowego. Z uwagi na zawiłość sprawy proszę wnosić o jej rozpatrzenie w trybie postępowania zwykłego, przy czym rozprawa sądowa winna odbyć się bez udziału prasy i możliwie bez udziału publiczności.” Oczywiście owo „zalecenie” było równoznaczne z rozkazem i rozprawa przed krakowskim Wojskowym Sądem Rejonowym odbyła się formalnie jawnie, ale bez udziału prasy i publiczności.

Wyrokiem WSR T. Migas skazany został na karę śmierci, którą Prezydent Bolesław Bierut natychmiast zamienił w drodze łaski na karę dożywotniego więzienia. Niewątpliwie wzięto pod uwagę fakt wstawiennictwa organizacji partyjnej PPR z rodzinnej wsi i powiatu pochodzenia Migasa, którego w partyjnych charakterystykach przedstawiano jako „szczerze oddanego władzy ludowej” i wywodzącego się z „rodziny zasłużonej dla partii i demokracji”. Po zmniejszeniu wysokości wyroku w drodze amnestii Migas warunkowo opuścił zakład karny 9 września 1954 r. a zatem po odsiedzeniu 6,5 roku pozbawienia wolności. Wiadomo, że później starał się o zatarcie wyroku oraz przywrócenie praw obywatelskich, jednak jeszcze 5 marca 1969 r. Sąd Wojewódzki w Krakowie uznał, że ze względu na okoliczności popełnionej zbrodni nie zachodzą warunki do przywrócenia mu praw obywatelskich. Ferdynanda Rzeczyckiego skazano na dożywocie zaś Romana Pustelnika na lat 5, przy wykorzystaniu wszystkich możliwości jak najłagodniejszego ich potraktowania. Ostatecznie Pustelnik opuścił więzienie warunkowo 24 stycznia 1951 r. zaś Rzeczycki także warunkowo w dniu 24 marca 1954 r. W świetle dostępnych dzisiaj materiałów było to jedyne przestępstwo funkcjonariuszy PUBP Wadowice, za które rzeczywiście wymierzono i wyegzekwowano jakiekolwiek realne kary.

Zgodnie z prawem – są granice prawa dla obywateli

Bardzo często działania prowadzone przez UB, KBW i MO przekraczały granice dozwolone nawet komunistycznymi przepisami. Wtedy przedstawiciele organów śledczo-sądowniczych wykorzystywali prawo do pomniejszenia skutków i wręcz do uniknięcia odpowiedzialności organów za podjęte decyzje czy wykonane czynności.

Jednym z klasycznych przypadków zastosowania prawa w tej odwróconej wersji, nie dla obrony czy zadośćuczynienia dla pokrzywdzonych, ale dla ochrony sprawców była sprawa zranienia Rozalii Kowalczyk z Łękawicy, jej syna Mieczysława Kowalczyka, oraz spalenia ich domu w czasie walki KBW i UB z żołnierzami oddziału „Mściciela” 31 grudnia 1947 r.

W trakcie walki żołnierze wrzucili granaty nie tylko do stodoły Kowalczyków, gdzie rzeczywiście kilku uciekających partyzantów próbowało się ukryć, ale także do stajni, gdzie był tylko inwentarz i domu mieszkalnego, gdzie byli domownicy. W efekcie całe zabudowania spłonęły, usiłujący ratować inwentarz M. Kowalczyk został kontuzjowany i ciężko potłuczony zaś sama właścicielka zabudowań.

R. Kowalczyk została ranna w łopatkę i obydwie nogi, co potwierdził w postępowaniu sądowo-lekarskim biegły sądowy, dr Józef Sołtysik. Śledztwo prowadzone pierwotnie przez Prokuraturę Sądu Okręgowego w Wadowicach wykazało, że „nieumyślnego uszkodzenia ciała R. Kowalczyk z narażeniem jej życia na niebezpieczeństwo” dopuścili się żołnierze jednostki prowadzącej akcję, zaś przesłuchanie świadków spośród żołnierzy jednostki WP było niemożliwe, bo w świetle informacji wojska „jednostki były często zmieniane”.

W związku z tym PSO przekazała sprawę do Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Krakowie. A tu prowadzący postępowanie podprokurator mjr Jan Radwański stwierdził, że, mimo, iż z zeznań pokrzywdzonych i świadków wynikało, że „żołnierze wzywali do wychodzenia z domu”, postępowania wszczynać nie należy, a „winę za uszkodzenie ciała ponosi sama pokrzywdzona (która) nie zachowała koniecznych środków ostrożności w czasie trwania akcji bojowej”.

W ten sposób Rozalia Kowalczyk stała się nie tylko uczestniczką akcji bojowej ale jedyną sprawczynią własnej krzywdy wskutek własnej nieostrożności. A wszelkie starania o odszkodowanie czy zadośćuczynienie jeżeli już nie za zniszczone gospodarstwo, to przynajmniej za szkodę na zdrowiu stały się niemożliwe.
Po przełomie październikowym w Polsce wielu obywateli łudziło się, że nastąpiły czasy większej sprawiedliwości czy praworządności. Zdarzały się więc przypadki, że poszkodowani lub ich rodziny wnosili do sądów powszechnych o odszkodowanie czy zadośćuczynienie za doznane krzywdy.

Przykładem zbrodni popełnionej przez funkcjonariuszy PUBP w Wadowicach, o zadośćuczynienie za którą podjęto starania po październiku 1956 r. jest sprawa wniesiona do ówczesnego Sądu Wojewódzkiego w Krakowie przez Marię Hujdową (z pierwszego małżeństwa Mazurową) i jej dzieci (małoletni wtedy: Franciszka Mazur, Janina Mazur, Zofia Mazur i Marian Mazur) przeciwko KWMO w Krakowie o odszkodowanie i rentę. Pierwszy mąż Marii Hujdy i ojciec jej dzieci, Franciszek Mazur, zmarł w wyniku obrażeń doznanych podczas śledztwa w PUBP w Wadowicach.

Aresztowany został jesienią 1950 r. bezprawnie – bez sankcji sądu czy prokuratora – za wypowiedziany do sąsiada komentarz dotyczący osoby Józefa Stalina. Wypuszczono go wiosną 1951 r. w stanie wycieńczenia i z krwotokami z narządów wewnętrznych, do domu w Zawoi dotarł w stanie uniemożliwiającym samodzielne wykonywanie nawet najprostszych czynności życiowych i gospodarskich. 24 kwietnia został przewieziony do szpitala w Makowie Podhalańskim, gdzie mimo intensywnej pomocy medycznej (m.in. transfuzji krwi) zmarł 26 kwietnia. W czasie obdukcji stwierdzono u niego odbicie nerek i obrażenia innych narządów wewnętrznych – jak określono: „wywołane biciem, kopaniem i znęcaniem się fizycznym nad więźniem przez b. pracowników UB”. Mimo, że zmuszony został do podpisania oświadczenia o zachowaniu w tajemnicy wszelkich informacji na temat pobytu w PUBP, to według sporządzonej dokumentacji; „zmasakrowanie go miało takie rozmiary, że ukryć się oczywiście nie dało”.

Prowadzenie tej sprawy przez Sąd Wojew. w Krakowie było symptomatyczne dla epoki, w której, po przesileniu się kryzysu władzy, wszystko wracało już do komunistycznej „normy”. Oprócz generalnego zakwestionowania powództwa, reprezentujący KWMO radcy prawni użyli wszelkich dostępnych kruczków aby postępowanie utrudnić i przeciągnąć, a przy tym regularnie nie stawiali się na rozprawach.

Sąd powolnością swoich działań zdawał się w pełni ten stan rzeczy akceptować. Próbowano za to zarzucić Marii Hujdowej, że zbyt późno podjęła starania o odszkodowanie. W archiwum KWMO nie odnaleziono żadnych akt sprawy prowadzonej przez PUBP w Wadowicach (informację o tym do sądu podpisał ówczesny ppłk S. Wałach), wobec tego jedynymi materiałami dowodowymi w prowadzonym postępowaniu była karta informacyjna ze szpitala w Makowie oraz zeznania świadków.

Pierwotnie ze szpitala w Makowie przekazano kartę informacyjną dotyczącą innego F. Mazura, twierdząc, że innych leczonych o tym nazwisku nie było. Dopiero po interwencji adwokata „odnaleziona” została właściwa karta informacyjna. Wtedy prawnicy KWMO usiłowali sugerować, że wyniszczenie organizmu F. Mazura nastąpiło wskutek długotrwałej choroby wrzodowej, a nie działania funkcjonariuszy, jednak dr Janusz Erben z Zawoi leczący Mazura zdecydowanie wykluczył taką ewentualność. Mimo wydawać by się mogło bezspornego stanu faktycznego – sprawa została 23 listopada 1961 r. zawieszona i umarła śmiercią naturalną, zaś poszkodowani nigdy nie doczekali się sprawiedliwości.

Tak wyglądało – nawet po okresie umownie określanym jako stalinowski terror czy bezprawie – prawo dla Polaków. Stosowane w zależności od tego, komu miało służyć, kogo chronić a kogo napiętnować. Bo to było prawo komunistów i dla komunistów – stosowane wobec Polaków dla korzyści wyłącznie komunistów. A Polska Ludowa – mimo chwilowej „zapaści” wskutek której musiano przyznać się do zbrodniczości systemu, absolutnie nie miała się zmienić w kraj demokratyczny. Miała pozostać państwem komunistycznym. Państwem zbudowanym na bezprawiu i realizującym bezprawie wobec obywateli. I taka pozostała do końca swoich dni.

MICHAŁ SIWIEC – CIELEBON