Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo.  Jako ludzie wierzący przyjmujemy to stwierdzenie za oczywistą oczywistość. Zgadzamy się również z tym, że  boskim atrybutem,  jakim się z nami podzielił, w jaki nas wyposażył, jest – obok inteligencji – wolna wola. Robimy z niej użytek, ilekroć stajemy przed jakimkolwiek wyborem. A z przeróżnymi stykamy się na każdym kroku. Począwszy od tego, co zjeść na śniadanie – płatki, czy ser, w co się ubrać do pracy – w garnitur czy sweter, czy wziąć kredyt czy zacisnąć pasa, czy siąść za kierownicą po kieliszku czy wracać taksówką, itd. Od nas zależy, jaką podejmiemy, jednak zawsze to my będziemy ponosić konsekwencje naszego wyboru. A więc z dobrodziejstwem wolnej woli – które stawia człowieka ponad światem roślinnym i zwierzęcym  – związany jest nierozerwalnie problem odpowiedzialności, czyli gotowości na konsekwencje.

Przysłowia i porzekadła, które są ponoć mądrością narodów, mówią: jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz; człowiek jest kowalem własnego losu; chcącemu nie dzieje się krzywda. Istota tych sentencji mimo, że występują w różnych wariantach i modyfikacjach,  pozostaje ta sama: jesteś istotą wolną (jak Bóg), do ciebie należy wybór, więc wybieraj tak, żebyś potem nie był zaskoczony wynikiem ani nie żałował. Owo możliwe zaskoczenie wiąże się zatem z elementem niepewności, ryzyka, niesie za sobą jakieś niebezpieczeństwo niepowodzenia.

Nie wszyscy jednak wierzą w Boga. Być może są ateistami, agnostykami czy wyznawcami innych religii, a nawet jeśli wierzą, to często przyjmując (akceptując) dar wolnej woli, ignorują jego konsekwencje. Po prostu nie przyjmują do wiadomości i nie  godzą się na wpisane w ten układ ryzyko. Z czego to się bierze? Przyczyn można wymieniać wiele. Może to być wpływ wychowania, siła przyzwyczajenia, oddziaływanie środowiska. Mnie natomiast wydaje się, że z dobrobytu.

W ogóle istota ludzka obarczona jest felerem wygodnictwa, czyli skłonnością do „chodzenia na łatwiznę” i „na skróty”.  Za obietnicę wygody i bezpieczeństwa (np. socjalnego) gotowa jest poświęcić – niekiedy bardzo dużą – część swojej wolności. Oddaje państwu mnóstwo niegdysiejszych praw w zamian za obietnicę, że to państwo będzie jej opiekunem i obrońcą. Człowiek zrzeka się prawa dysponowania własnością (np. dochodami), którą w formie podatków godzi się oddać do dyspozycji urzędnikom. Rezygnuje z prawa do obrony (godzi się na zakaz posiadania broni, a tym samym na dobrowolne rozbrojenie siebie i kraju). Akceptuje postępujące ograniczanie jego wolności osobistej. Nie protestuje przeciwko temu, że na każdym kroku może być podglądany (kamery w urzędach i na ulicach), podsłuchiwany i nagrywany (przez telefony komórkowe), śledzony i cenzurowany (w internecie), że nie jest „właścicielem” swoich dzieci (obowiązek szkolny, obowiązkowe szczepienia, różnego rodzaju „rejonizacje”, zakaz „przemocy”), ani wsparciem dla rodziców na starość, bo część jego dochodów już wcześniej zabrano mu na czyjeś emerytury.

Argumentem uzasadniającym słuszność takiego zniewolenia jest mówienie, że najważniejsze jest bezpieczeństwo i zdrowie. Czy tak jest rzeczywiście? Czy bezpieczeństwo i zdrowie to nie przypadkiem nowe bożki, którym należy złożyć na ołtarzu ofiarę z naszej wolności? Bo przecież gdyby tak było – gdyby bezpieczeństwo i zdrowie przewyższało wolność płynącą z wolnej woli – nie mielibyśmy np. w naszej (i nie tylko naszej) historii bohaterów oddających swe życie za innych. Nie moglibyśmy mieć zaufania do obrońców naszych granic, bo w każdej chwili mogliby oświadczyć, że zaprzestają pełnienia swojego obowiązku, bo ich zdrowie i życie są zagrożone.

Fałszywe jest zatem przekonywanie, że najważniejsze jest „bezpieczeństwo”, za które zresztą musimy słono płacić. A gdzie miejsce dla prawdy, honoru, dumy, sprawiedliwości? Zwłaszcza poczucie sprawiedliwości jest tu niezwykle istotne, bo tworzy z wolną wolą swoisty związek. Powoduje, że godzimy się z konsekwencjami własnego wyboru (bo to nasz wybór), natomiast decyzje narzucone pod przymusem (przez państwo) budzą nasz opór i bunt.

Wolności można się pozbyć, można ją przefrymarczyć, utracić. Można sobie wmówić, że nie jest niezbędna do życia. Z wolną wolą tak łatwo nie jest. To szlachetne Boże piętno zrośnięte z sumieniem, które można przytłumić, ale które doszczętnie wyrugować się nie da.