To starcie zapowiadało wielkie emocje i zdecydowaną walkę o przejście do kolejnej, ćwierćfinałowej rundy.

Widowisko ruszyło natychmiast z miejsca, i od razu ogniście. Jakże różny był ten początek od spokojnych przedpołudniowych potyczek szwedzkich Wikingów ze szwajcarskimi Góralami. Królewska publiczność odśpiewawszy hymn swojej dzielnej reprezentacji rozpoczęła gromki doping. Anglicy zawsze pięknie to celebrują. I równie pięknie przeszkadzają z trybun drużynom przeciwników. Kolumbijczycy nie pozostawali im jednak dłużni biciem w bębny i grą na trąbkach.

 Od samego początku  obydwie drużyny nadały grze tempo, jakiego na tym mundialu jeszcze nie było. Przez pierwsze dwadzieścia minut migające przed oczami widzów barwy obydwu zespołów sprawiały wrażenie ataku rozwścieczonych szerszeni na niewidzialnego napastnika. Gdyby nie piłka, można by pomyśleć ze polują na ćmy. Zarówno Kolumbia, matador pierwszych gier grupowych jak i dosyć spokojna, choć zdecydowanie grająca do tej pory Anglia, poczuły najwyraźniej zew krwi, bo starcia napastników i obrońców przybierały i na sile, i na brutalności. Wydawało sie wręcz że jest to starcie potęg ligi amerykańskiej rugby a nie eleganckiego futbolu. Ale to jednak Kolumbijscy atleci reagowali na prowokacyjnie czerwono ubranych Anglików niczym byki na płachtę, dając się bez końca prowokować, gdy wreszcie, po 57 minucie ciągłych utarczek, i w wyniku kolejnego faulu zapadła decyzja sędziego o rzucie karnym i Anglia mogła celnie objąć prowadzenie.

Ryk zranionego byka był donośny, a starcia z unikającym jak ognia ręcznych rozwiązań sporów sędzią poskutkowały seriami żółtych kartek, które mogły odrobić statystykę w miarę spokojnie, jak do tej pory przebiegających mistrzostw. Emocje jednak nie opadały a Anglia uparcie prowadziła, wodząc kolumbijskich machos za rogi. Na krótko przed ostatnim gwizdkiem doliczonego czasu gry, po rzucie z rogu, Kolumbia odzyskała straconą bramkę, doprowadzając, ku szale radości swoich kibiców w tym szaleńczym spotkaniu, do wyrównania. Zapowiadała się nie mniej pasjonująca dogrywka, w której wyraźna przewagę nadała grze wpierw wojownicza drużyna z Bogoty. Po zmianie stron inicjatywę ataku przejęła jednak Anglia, i gdyby nie stracona z rzutu rożnego główka, byłaby 7 minut przed końcem pogromcą. Zespół znad Tamizy ma jednak szczególne szczęście do rozwiązań w rzutach karnych. Tym razem również. I to we wspaniałym stylu, dzięki swojemu bramkarzowi, i strzelcom, przeszedł do ćwierćfinału i spotka tam zespół szwedzki. I z pewnością nie będzie to mniej emocjonujące spotkanie niż dzisiejsze. Kolumbia, pogromiona, wraca do domu.

Szwedzi – nadciąga Potop znad Tamizy! Będzie lało!

 

Foto – Cyfrasport