To są oczywiście gazetowe typowania, ale – umówmy się – bardzo prawdopodobne. Mike Pompeo, Robert Lighthizer i Richard Grenell są graczami dużego kalibru i to zapewne oni będą wykuwać politykę zagraniczną drugiej administracji Donalda Trumpa. Politykę z pewnością w dużo większym stopniu „transakcyjną” niż w przypadku administracji Bidena (czytaj więcej).

Przykładem jak należy prowadzić politykę transakcyjną może być Victor Orban, który uczynił z Węgier hub biznesu chińskiego w Europie i teraz ma narzędzia wpływu na politykę amerykańską. Węgry mogą wesprzeć USA w ich rozgrywce z Chinami, ale za coś bardzo konkretnego a nie za mgliste obiecanki-cacanki. Victor Orban nie ma też powodu obawiać się Rosji – jego układy z Kremlem są doskonałe – dzięki czemu ma pełną swobodę dyplomatycznego manewru! Niełatwo go też „wykopać” z Unii Europejskiej – z wielu powodów, m.in. z powodu znacznego ulokowanego na Węgrzech kapitału austriackiego i niemieckiego , ale także dlatego, że przez Węgry przebiegają strategiczne drogi z Europy Północnej na Bałkany.

O ile asertywność Orbana jest ekstremalna, to na drugim biegunie jest Polska, która od lat nie nie potrafi grać podmiotowo i grozi nam teraz, że rząd Donalda Tuska ustawi się wobec nowej administracji amerykańskiej jako przydupas interesu niemieckiego. Grozi nam to, że Polska będzie wspierać wizję niemiecką i francuską, zwaną dla niepoznaki „europejską”, czyli wizję tzw. samodzielności strategicznej kontynentu, czyli wizję mocno ograniczonej obecności amerykańskiej w Europie i przejęcia dużej części obowiązków stategicznych na kontynencie przez podmioty europejskie. Niemcy konsekwentnie ustawiają się tu w roli głównego rozgrywającego i będą dążyć do wynegecjowania korzystnych dla siebie warunków takiego „odciążającego” USA układu. Zarazem – konsekwetnie wypychają Polską z roli z partnera mocując nas w roli państwa wspierającego taką kombinację, które jednak nie stawia własnych warunków a jedynie żyruje postanowienia „starszyzny”.

Po skutecznym pozbyciu się Chińczyków (właśnie zapadła decyzja rządu Chin o wycofaniu się z planów budowy fabryki samochów elektrycznych w Polsce) i w wyniku „bezwarunkowego” wsparcia Ukrainy, Polsce nie zostało wiele atutów w ręku. Właściwie można powiedzieć, że jedynym atutem naszego kraju jest obecnie fakt, że bez Polski nie ma mowy o obronie państw bałtyckich. Nasz kraj powinien twardo żądać bardzo konkretnych korzyści z gotowości udziału w ich obronie – na przykład dopuszczenia do udziału w programie nuclear sharing i to do dopuszczenia na odpowiednich warunkach – takich, jak np. przygotowania zakupionych przez nasz kraj samolotów F-35 do przenoszenia tego rodzaju broni, włączenia nas w odpowiednie struktury dowódcze i zapewnienia odpowiedniego wsparcia logistycznego i technicznego umożliwiającego realne jej użycie.

Mówiąc krótko – Polska powinna twardo dążyć do wymiernego podniesienia naszego statusu w przyszłym ładzie europejskim a udział w nuclear sharing jest jednym z wymiernych tego przejawów.

Niestety – jak znam życie, rząd Tuska zrobi wszystko, aby tak się nie stało! Jego celem jest bowiem proces odwrotny – celem Tuska jest osłabienie i odpodmiotowienie Polski. Jest tak, gdyż formacja światopoglądowa, jaką Tusk reprezentuje jest przekonana, że im silniejsza i bardziej podmiotowa jest Polska, tym łatwiej wyrażają się tu nastroje konserwatywne, ze szkodą dla progresywizmu, którego obecna koalicja jest (przynajmniej werbalnym) wyrazicielem.

Z tym rządem, z tymi politykami będziemy prawdziwym mocarstwem dyplomatycznym…