Słuchając programu „W tyle wizji” (21.10.2016) nie mogłam uwierzyć gdy usłyszałam od pan R. Ziemkiewicza, że jet różnica w tłumaczeniu między polską i angielską wersją umowy CETA. Zaniepokojona zaczęłam drążyć temat w internecie i okazało się że zmienia ona sens fragmentu artykułu 25 dotyczącego produktów biotechnologicznych.

W każdej umowie nie tylko słowo ale i miejsce postawienia przecinka mają ogromne znaczenie. Okazuje się, że w tak ważnej sprawie, mającej wpływ na żywotne interesy naszego kraju są błędy w tłumaczeniu.

Pytania nasuwają się same:

Jak to jest możliwe, że doszło do takiej sytuacji?

Czy to jest przypadkowy błąd, czy celowe działanie?

Czy po ujawnieniu tego skandalu premier B. Szydło nie powinna odmówić jej podpisania?

Czytałam wypowiedź eksperta który zapewnia, że „Polskie sądy i organy państwa mają obowiązek stosować określony akt UE w polskiej wersji językowej, nawet jeżeli jest ona „błędna” w stosunku do treści negocjowanego aktu (z reguły w angielskiej wersji językowej)”. Zaznaczył też, że to służby Komisji są odpowiedzialne za prawidłowość tłumaczenia – a nie administracja krajowa.
Podobno błąd został usunięty, ale ja zastanawiam się Czy cała umowa została ponownie sprawdzona pod kątem zgodności z wersją angielską?
Zastanawiam się jak ta wykładnia miałaby się do sytuacji, gdyby błąd nie został wykryty i nastąpił spór w interpretacyjny między np. kanadyjskim koncernem a Polską i byłby on rozstrzygany przez międzynarodowy sąd arbitrażowy. Czy podstawą do wydania wyroku byłaby polska czy angielska wersja umowy? Jeżeli wersja angielska i przegralibyśmy, to nie byłoby żadnego tłumaczenia o stronniczości sądu. Przecież wiedziały gały co podpisywały.