Prezentuję pracę, którą poruszony wojną i towarzyszącymi jej okropnościami wykonałem dzisiaj w nocy. Jest to w zasadzie grafika, ale na bazie wykonanej przed laty, jednej z moich ostatnich prac z ceramiki.
Wyrastałem w cieniu dworu Emila Zegadłowicza, przyjaźniąc się z jego wnukiem Adamem. Poeta był zafascynowany mieszkającym w Gorzeniu Górnym koło Wadowic ludowym twórcą Jędrzejem Wowro, zbierał jego rzeźby, propagował jego twórczość, a były to świątki, drzeworyty, ptaszki itp. W jego dworze, przekształconym w muzeum był osobny pokój, zaraz przy wejściu zwany świątkarnią. Obcując prawie na co dzień z tą sztuką… przesiąknąłem nią. Już wtedy lepiłem głowy z gliny wydobytej z koryta potoku, przepływającego obok dworu. Potem zatykałem je w ogródku domku sąsiadującego z dworem, w którym mieszkał przyjaciel z mama Atessą Rudel i z siostrą Ewą. Oni też byli pierwszymi recenzentami walorów artystycznych głów, które z każdym kolejnym deszczem się rozmywały. Był to w całym tego słowa znaczeniu happening, bo często głowy wystające z rabat ogródka budziły, wśród osób obok niego przechodzących — przerażenie.
Modelowanie w glinie coraz bardziej mnie wciągało. Z czasem uzyskałem pewną biegłość. Lubiłem to tworzywo, bo pozwalało wyrazić dręczący mnie zamysł w ciągu paru godzin. Mankamentem oczywiście była jego nietrwałość, wysychając prace mające konstrukcje je pionizujące — pękały, rozpadały się. Wprawdzie zabezpieczałem je odlewami gipsowymi, stosując technologię formy traconej, ale to znacznie wydłużało twórczy proces. A ja byłem niecierpliwy.
Po upływie wielu lat, kiedy odwiedziłem znowu dwór w Gorzeniu, to wśród eksponatów zbioru rzeźb Jędrzeja Wowry zobaczyłem, jedną z moich kolorowo pomalowanych głów z gipsu, którą oprowadzający po muzeum nazywał – praca nieznanego artysty ludowego z końca XIX wieku. Ta inspiracja spowodowała, że kiedy zająłem się ceramiką, która z przerwą na sprawowanie urzędów przez bez mała 30 lat stanowiła moje źródło dochodów, chętnie w swojej twórczości po nią sięgałem, tworząc figurki „Chrystusów Frasobliwych”, szopek Bożonarodzeniowych, kompletów szachów, bab, chłopków, kufli, wazonów, a nawet zwierząt itp.
Ogólny zarys figurki był wyciskany z formy, a następnie obrabiany indywidualnie rylcami, czy też dolepiano do niej dodatkowe elementy. Wysuszony czerep był wypalany w stosunkowo niskiej jak na ceramikę temperaturze ok.800 stopni Celsjusza, a następnie, barwiony pastą do podłogi i polerowany.
Miesięcznie wytwarzałem około dwustu figurek, pomnożone przez 11 miesięcy w roku (jeden miesiąc pływałem kajakiem), następnie przez owe 30 lat, którymi się wcześniej przechwalałem — daje wynik, którego nawet dobrze nie potrafię zliczyć.
Figurki kupowała ode mnie Cepelia, matka karmiąca wielu niepokornych za komuny autsajderów. Cieszyły się sporym powodzeniem, były nawet eksportowane za dolary za żelazną kurtynę, od czasu do czasu Cepelia poza regulowaniem należności z rachunku, odpalała mi ekstra nagrodę pieniężną.
Pracowałem wtedy ciężko fizycznie, ale robiłem, to co lubiłem.