Losy cichociemnych opisane w książkach, czy przedstawiane na filmach, to nie jest to samo, co rozmowa z autentycznym, żywym człowiekiem, czterokrotnie odznaczonym Krzyżem Walecznych przez Rząd Polski na uchodźstwie. – Niedawno oglądałem w telewizji przez przypadek taki program… „loża dziennikarska” i poziom był tak żenujący, że pomyślałem, że niektórzy z nich to są zwyczajni idioci – wyjaśnia Aleksander Tarnawski (pseudonim „Upłaz”), który ma 100 lat i nie udziela wywiadów, jednak zrobił dla nas wyjątek i zgodził się opowiedzieć o tamtych historycznych czasach Rajmundowi Pollakowi.
Rajmund Pollak: Piszę cykl artykułów historycznych. Wydrukowano już w „Warszawskiej Gazecie” historię zesłańca na Sybir , a w „Śląskiej Gazecie” kilka artykułów na temat podziemia „Solidarności”. Obecnie chciałbym napisać o cichociemnych.
Aleksander Tarnawski (pseudonim „Upłaz”): Co to teraz nastała jakaś moda na cichociemnych? Niedawno była u mnie pani docent ze Szczecina, potem dziennikarz z Krakowa. Tyle lat już żyję, ale nigdy nie było aż takiego zainteresowania. Co pan chce wiedzieć?
Kiedy i gdzie pan się urodził?
– 8 stycznia 1921 roku w Słocinie powiat Rzeszów.
Jaką szkołę pan ukończył przed wojną?
– Gimnazjum Klasyczne w Chorzowie. Tam uczyli mnie łaciny i greki jak również języka polskiego i historii. Potem rozpocząłem studia na Politechnice Lwowskiej na Wydziale Chemii. Po ukończeniu roku studiów, gdy przebywałem na wakacjach w Rabce, to wybuchła II Wojna Światowa. Natychmiast udaliśmy się z ojcem i z bratem do Rzeszowa, a potem do Lwowa i Tarnopola. Gdy 17 września weszli Rosjanie, to udałem się z powrotem do Lwowa. Tam zatrzymałem się na starej kwaterze studenckiej bez żadnych środków do życia. Postanowiliśmy wraz z kolegą Bolesławem Kisielem udać się na Węgry. Pojechaliśmy najpierw pociągiem do Drohobycza, a później już na nogach przez zieloną granicę. Mieliśmy ze sobą mapy wojskowe i to nam bardzo pomogło się przedostać. Na Węgrzech trafiliśmy do obozu uchodźców polskich, gdzie panowały okropne warunki sanitarne i było pełno wszy. Po miesiącu zostaliśmy wezwani do Ambasady Polskiej w Budapeszcie, gdzie dostaliśmy bilety kolejowe na podróż przez Włochy aż do Francji.
W jaki konkretnie region?
– Do Bretanii. W grudniu 1939 roku zostałem skierowany do Pierwszej Dywizji Grenadierów i do Szkoły Podchorążych. Zimę spędziłem na jakiejś wiosce bez munduru i bez broni. Uczęszczałem do Szkoły Podchorążych, ale nie zdążyłem jej ukończyć, bo na wiosnę 1940 roku wkroczyli do Francji Niemcy. Sierżant, któremu podlegałem zabrał ok. 10 z nas i udaliśmy się aż pod granicę z Hiszpanią do małego portu Saint Jeant de Luz. Okazało się, że wpłynął tam węglowiec norweski i kontrtorpedowiec brytyjski. Pojawił się oficer polski, który pomógł zaokrętować nas na ten norweski statek. Nie dostaliśmy żadnego jedzenia tylko herbatę i jakieś suchary. Płynęliśmy przez Zatokę Biskajską aż do angielskiego portu Plymouth.
I tam was zakwaterowano?
– Jeszcze nie, ale spotkałem się pierwszy raz z doskonałą angielską organizacją. Zawieźli nas na dworzec kolejowy i wsadzili do porządnego pociągu osobowego. To nie był jakiś wojskowy wagon, gdzie wieziono 8 osób i 10 koni, lecz elegancki pociąg osobowy. Pojechaliśmy na północ do Szkocji, a tam znowu miła niespodzianka! Skierowali nas do namiotów w dolince nad rzeczką, gdzie wszystko już było dla nas przygotowane, łącznie z materacami i kocami. Przebywaliśmy tam sobie przyjemnie aż do grudnia. Potem przenieśli nas do miasteczka do szkoły. W tym czasie ukończyłem przerwaną Szkołę Podchorążych. W czerwcu 1941 roku otrzymałem przydział do Pierwszej Dywizji pancernej generała Maczka. Oddziały zamieszkały w barakach z blachy falistej i to był na początku jedyny pancerz, bo żadnej broni pancernej nam nie przydzielili. Stopniowo przywozili potem jakieś lekkie pojazdy opancerzone, aż wreszcie przydzielili 40 tonowe czołgi typu Churchill.
A co było po szkoleniu?
– Po tym szkoleniu, to moje życie w Szkocji było nudne jak flaki z olejem, toteż ucieszyłem się gdy wezwano mnie do Londynu do kancelarii kompanijnej i jeden z pułkowników zapytał , czy nie miałbym ochoty polecieć do Polski? Zgodziłem się bez wahania! W ten sposób zwerbowanych ochotników skierowano do Szkocji na szkolenie z zakresu zaprawy fizycznej i walki wręcz. Skakaliśmy z pierwszego piętra, łaziliśmy po linach i po różnych kładkach. Nie było nawet minuty czasu na jakąkolwiek nudę.
Następnie mieliśmy szkolenie spadochronowe. Bardzo dobrze to wspominam. Najpierw polecieliśmy samolotem, aby oswoić się z wysokością. Skoki ze spadochronem to było coś fantastycznego, zwłaszcza skok nocny, kiedy ziemia jest nagrzana, a człowiek powoli opada patrząc na gwiazdy i początkowo w ogóle nie widząc podłoża.
Cichociemny Aleksander Tarnawski opowiada o latach II Wojny Światowej
A jakie to były spadochrony?
– W pełni automatyczne! W poszyciu samolotu była taka dziura-studnia a nad nią stał sierżant, którego nazywałem wykidajło. On miał taką długą taśmę na jakieś 5m, którą zaczepiał do jakiegoś haczyka na spadochronie delikwenta. Skoczek siadał na brzegu tej studni i sprawdzał czy sierżant dobrze zaczepił. Potem wszystko odbywało się już automatycznie, bo żołnierz wskakiwał do studni, a sierżant „wykidajło” w pewnym momencie szarpał za taśmę i otwierał spadochron. Miało to tę zaletę, że nikt z nas nie musiał się zastanawiać w którym momencie ma otworzyć spadochron.
Po szkoleniu spadochronowym byliście już gotowi do przerzutu?
– Co pan taki w gorącej wodzie kąpany? To nie było takie hop, siup i hurra! Mieliśmy jeszcze potem szkolenie z zakresu sytuacji w okupowanej Polsce i jak się zachować wobec okupanta, aby nie wzbudzać podejrzeń. Po tym szkoleniu każdy wymyślał swoją legendę, która musiała pasować do okolic, gdzie mieliśmy działać. Na samym końcu dostaliśmy fałszywe papiery z nowym imieniem i nazwiskiem. Uzyskałem stopień oficerski podporucznika. 23 września 1943 roku zostałem zaprzysiężony i przybrałem pseudonim „Upłaz”.
Następnie zostałem skierowany na placówkę oczekiwania na skok gdzieś w Anglii. To było coś fantastycznego, niczym piękny urlop! Opiekowały się nami młode, urodziwe Angielki ze Służby Pomocniczej Kobiet. Były to panie starannie wykształcone, z dobrych rodzin i można było z nimi porozmawiać na każdy temat. Opieka była wręcz cudowna. Gotowały nam smaczne posiłki, chadzały z nami na spacery i nawet organizowały potańcówki! Byłem niesamowicie zrelaksowany i nawet nie miałem czasu myśleć o tym co mnie czeka. Przebywałem w tak miłym towarzystwie pań na wysokim poziomie intelektualnym, że nie było czasu na rozmowy o jakichkolwiek przykrościach. Nie było idiotycznej dyscypliny i napięcia oczekiwania.
Kiedy przyszedł ten czas zrzutu?
Po trzech tygodniach powiadomiono nas, że alianci już wylądowali we Włoszech i nie polecimy z Anglii do Polski lecz z Włoch. Zatem urlop się skończył i popłynęliśmy okrętem do Algieru, gdzie spędziliśmy Boże Narodzenie 1943roku. Na początku 1944 roku dotarliśmy statkiem do Włoch. Tam mieliśmy odprawę z udiałem generała Kazimierza Sosnkowskiego, który ostrzegł nas, że były już przypadki, że Armia Czerwona, która już weszła na Kresy Rzeczypospolitej strzela do partyzantów AK. Zatem z sowietami może być duży problem.
W kwietniu 1944 roku otrzymałem rozkaz i w nocy z 16/17 kwietnia poleciałem samolotem już nad terytorium Polski w ramach operacji lotniczej Weller 12 pod dowództwem kpt. Naw. Edwarda Bohdanowicza. Wraz ze mną skoki oddali wtedy następujący cichociemni podporucznicy: Stefan Górski ps. „Brzeg”, Gustaw Heczko ps. „Skorpion” i Marian Kuczyński ps.”Zwrotnica”.
Zrzut przyjęła placówka odbiorcza „Kanapa” położona 26km na południowy wschód od stacji kolejowej Warszawa Główna, nieco na północ od Baniochy w powiecie grojeckim.
Wszystko było świetnie zorganizowane. Nie musieliśmy się martwić składaniem spadochronów, bo zrobili to partyzanci AK. Każdy ze skoczków oddał pas z pieniędzmi ( dolarami USA) oraz dwa pistolety jeden 6,3 , a drugi 9mm. Potem rozdzieliliśmy się. Ja udałem się do Warszawy pod wskazany adres, gdzie przyjęła mnie miła pani, która zapewniła mi nie tylko kwaterę, ale i aklimatyzację. Ja nie byłem kilka lat w kraju dlatego bardzo ważne były dla mnie te dni, gdy ktoś miejscowy oprowadzał mnie po stolicy i mogłem się zorientować na własne oczy jak wygląda niemiecka okupacja. Mieszkałem jakiś czas na Mokotowie, a potem w Świdrze na linii Warszawa-Otwock u kobiety z córką, które ukrywały Żydówkę. Ta młoda Żydówka bardzo ucieszyła się moim przyjazdem, bo poczuła się bardziej bezpieczna. Mogła się domyślać, że jestem z AK.
Pewnego dnia dostałem rozkaz pojechania na wschód do miejscowości Lida.
Gdzie to jest?
– Nieopodal Nowogródka – obecnie to jest Białoruś. Miałem mocne papiery, dlatego gdy wsiadłem w Warszawie do pociągu i gdy skontrolował mnie jakiś niemiecki oficer, to na widok legitymacji członka organizacji Todt tylko zasalutował i poszedł sobie dalej. Nie wiedział, że miałem przydział do Okręgu AK Nowogródek . Gdy już dotarłem do Lidy, to czekała tam na mnie furka konna którą zawieziono mnie do lasu do oddziału AK, którego dowódcą był partyzant o pseudonimie „Lew”.
Patrolowaliśmy ten teren wraz z oddziałem Lwa chodząc od wsi do wsi, a miejscowi byli dla nas bardzo przychylni. Słyszeliśmy odgłosy armat zbliżającego się frontu. Pewnego dnia nadleciał ruski kukuruźnik i rozrzucił ulotki z nakazem, że partyzanci mają się udać do jakiejś wsi.
To jest wprost niewiarygodne ile pogody ducha jest nadal w tym cichociemnym „Upłazie”!
– Nieco wcześniej otrzymaliśmy jednak rozkaz AK, koncentracji oddziałów i wycofania, ale… na zachód. Porucznik „Lew” pozwolił jednak każdemu kto chciał udać się do wsi wyznaczonej przez sowietów. Tylko mała garstka się na to zdecydowała, ale musiał się znaleźć oficer, który uda się tam z nimi, aby przeprowadzić rekonesans. Dowódca doszedł do wniosku, że jako cichociemny jestem najlepiej wyszkolony do takiego zadania. Dostałem konia i na koniu udałem się w okolice wskazanej wsi. Nie zabawiłem tam zbyt długo, ale gdy wracałem, to na jednej z polan napotkałem pilota kukuruźnika, który wylądował chyba też dla rekonesansu. Miałem broń i on też miał broń. Mogłem kropnąć jego, a on mógł kropnąć mnie. Gdy jednak dostrzegłem miejscowego małego chłopca, który podawał temu Ruskowi poziomki, to nie chciałem ryzykować jego młodego życia i zawróciłem konia. Najważniejsze było, aby do oddziału dotarła informacja, że Armia Czerwona już tutaj wkroczyła. Gdy wycofywaliśmy się nocą, to zaatakowała nas szpica armii sowieckiej. Odpowiedzieliśmy ogniem. Wywiązała strzelanina, po której Ruscy znikli z pola widzenia, a my pomaszerowaliśmy bez strat własnych na zachód. Potem nastąpił rozkaz rozproszenia oddziału. Udałem się do Grodna, gdzie pod kontaktowym adresem przyjęła mnie niezwykle uprzejma Polka. Nigdy nie zapomnę smaku krokietów z mięsem, którymi mnie poczęstowała. Dla człowieka z lasu, który na co dzień jadł byle co, to była prawdziwa uczta. Z Grodna udałem się pieszo do Warszawy, ale tam wybuchło już Powstanie i nie było szans przedrzeć się. Zatem zatrzymałem się w Otwocku.
To chyba już była blisko Armia Czerwona?
– Tak. 17 stycznia 1945 roku zajęli Warszawę, a wkrótce potem przeszedłem po skutej lodem Wiśle do naszej stolicy. Wszędzie była pustka i ruiny. Znalazłem jakąś ocalałą cudem kamienicę, wszedłem do środka, a tam było puste mieszkanie z piecem i węglem. Nie namyślając się długo napaliłem w piecu i się przespałem. Rano postanowiłem wrócić z powrotem po lodzie na drugi brzeg Wisły, ale na wałach schwytali mnie żołnierze Ludowego Wojska i przekazali w ręce NKWD. Zamknęli mnie do jakiejś piwnicy, gdzie była już grupa nieszczęśników. Rzucił mi się w oczy bardzo elegancki pan w jesionce z futrzanym kołnierzem i od razu wiedziałem, że u Rosjan, to już sam jego wygląd wywoła podejrzenia. Ja byłem zrzucony w ubraniu szytym w Anglii z czysto polskich materiałów i według kroju jakie nosili w okupowanej Polsce zwykli obywatele. To była podstawa, aby nie wyróżniać się ubiorem z tłumu. Gdy mnie wezwał na przesłuchanie jakiś oficer NKWD i zobaczył moją obdartą kurtkę i zniszczoną czapkę, to tylko krzyknął : … Idi w cziorta ty swołocz!…
Gdyby on wiedział, że ma przed sobą cichociemnego, to byśmy dzisiaj nie mogli tutaj porozmawiać. Czy potem za czasów PRL nigdy nie ścigało Pana UB?
– Zasada jest zawsze jedna, że tyle o tobie wiedzą ile sam im powiesz, albo doniesie ktoś inny. Cichociemni nie donosili na siebie, a ja nikomu się nie chwaliłem, że jestem skoczkiem spadochronowym, przeszkolonym w Wielkiej Brytanii. Miałem opracowaną swoją legendę, że byłem wywieziony na roboty do Niemiec. Tam przebywałem kilka lat i stamtąd wróciłem. Od października 1946 roku kontynuowałem studia w Gliwicach. Na Politechnice Gliwickiej spotkałem niektórych profesorów, którzy uczyli mnie przed wojną we Lwowie. Po studiach zostałem asystentem na tej uczelni i pracowałem naukowo.
Kiedy się Pan ujawnił władzom?
– Nigdy się nie ujawniłem!
A kiedy pierwszy raz wyszło publicznie na jaw, że jest Pan jednym z cichociemnych?
– To było chyba za czasów Gierka. W Warszawie uaktywniła się wtedy organizacja cichociemnych i skontaktowali się ze mną . Potem w 1980 roku można było już głośno mówić o cichociemnych.
To był okres powstania „Solidarności”. Co pan myśli o tym ruchu społecznym?
– To zależy która „Solidarność”, bo ta pierwsza z 1980 roku była autentyczna, ale do tej po 1989 roku już weszło wiele osób, którzy kierowali się głównie własnymi interesami. Nie chcę nikogo skrzywdzić, bo wielu było uczciwych, ale interesy personalne też grały niemałą rolę po 1989 roku.
Stroni Pan od dziennikarzy. Dlaczego?
– Niedawno oglądałem w telewizji przez przypadek taki program… „loża dziennikarska” i poziom był tak żenujący, że pomyślałem, że niektórzy z nich to są zwyczajni idioci.
Był Pan czterokrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych. Czy otrzymał Pan jakiekolwiek odznaczenie od władz w Warszawie?
– Otrzymałem tylko odznaczenia od Rządu Polskiego na Uchodźstwie w Londynie. Ja nigdy nie zabiegałem o żadne odznaczenia. Pan chyba wie, że u nas aby być odznaczonym, to trzeba się o to starać. Mojej żonie na przykład zaproponowali kiedyś odznaczenie, ale kazali jej napisać o swoich zasługach, a ona im powiedziała, że nic nie napisze i ma w nosie takie odznaczenie. Ja też nie mam zamiaru występować o cokolwiek.

Czy jakikolwiek Prezydent RP, albo Premier RP zapraszał Pana po 1989 roku na uroczystości rocznicowe?
– Nic z tych rzeczy. Zapraszali mnie do Anglii na rocznicę oddania pierwszego skoku przez cichociemnych i byłem tam. Zaprasza mnie często Ambasada Brytyjska w Polsce i byłem w Warszawie nawet z córką. Spotkałem się tam już z niewieloma żyjącymi jeszcze moimi kolegami. Zaprasza mnie również Warszawska Jednostka Wojskowa im. Cichociemnych i zawsze o mnie pamiętają, ale władze państwowe nie. Zresztą ja o to wcale nie zabiegam i wcale nie mam o to żalu.
Cichociemni wiele zrobili dla Polski.
– Nie lubię patetycznego tonu i uważam, że o wiele więcej bohaterstwa wykazali młodzi ludzie z Wachlarza, którzy są dzisiaj niedoceniani, a ja niczego wielkiego nie dokonałem na wojnie.
Dalej utrzymujecie kontakty między cichociemnymi?
– Tak oczywiście. Ostatnio dostałem z Warszawy informację, że umarł kolejny cichociemny, który mieszkał w Gliwicach. Byłem na jego pogrzebie jako reprezentant cichociemnych.
Dziękuję za rozmowę i życzę Panu jeszcze wielu lat w zdrowiu!
Rozmowę przeprowadził i zdjęcia Aleksandra Tarnawskiego wykonał Rajmund Pollak.
To na cześć takich ludzi jak Aleksander Tarnawski powstał specjalny koncert pt. „Niezwyciężonym” – zagrany po raz pierwszy w Muzeum Powstania Warszawskiego. Nagrania z koncertu „Niezwyciężonym” dokonano 11 Listopada 2016 roku w ramach finału Projektu „Rotmistrz Pilecki Bohater Niezwyciężony” pod patronatem Prezydenta RP dr Andrzeja Dudy.
Wysłuchać bezpłatnie całego koncertu można pod tym adresem w sieci: http://www.tomasz-trzcinski.info/listenforfree/niezwyciezonym-koncert-w-muzeum-powstania-warszawskiego.html?
Zostaw komentarz