Kraków zagłosował, jak zagłosował. Nie nam, ludziom spoza Krakowa, rozstrzygać, czy krakowianie mieli rację, czy jej nie mieli, bo to oni stoją w swoich korkach, patrzą na swoje ulice, oddychają swoim miejskim powietrzem i żyją ze skutkami własnych decyzji.
Choć, żeby nie było zbyt świętoszkowato, my też pewnie mielibyśmy swoje trzy grosze do dorzucenia. Bo jakby nie patrzeć, Kraków jest stolicą naszego regionu. Tam się jeździ do lekarza, do urzędu, na uczelnię, do pracy, do teatru, do sądu, do szpitala, a czasem nawet po to, żeby sobie przypomnieć, dlaczego człowiek tak bardzo lubi mieszkać poza Krakowem. Jest też skupiskiem wielu firm i miejsc pracy, gdzie ludzie z całej Małopolski zarabiają na chleb, więc jakoś muszą się do niego dostać, a potem jeszcze z niego wydostać, co bywa osobną przygodą cywilizacyjną.
Ale nie o to tutaj chodzi. Nie będziemy rozbierać na części pierwsze samej decyzji krakowian. Kraków jest tu tylko laboratorium. Jutro podobny mechanizm może pojawić się w Gdańsku, Poznaniu, Rzeszowie albo w najmniejszej gminie, wszędzie tam, gdzie media zaczynają być bardziej wychowawcze niż wiarygodne.
Interesuje nas więc coś innego: rola mediów, które chciały zapewne robić „słusznie i na bazie”, bronić rozsądku, stabilności i porządku, a mogły nie zauważyć, że gdy obrońca przestaje być wiarygodny, jego obrona zaczyna szkodzić bronionemu. I wtedy zamiast koła ratunkowego robi się kamień u szyi.
Poparcie bywa piękną rzeczą. Człowiekowi robi się cieplej na duszy, kiedy widzi, że ktoś za nim stoi, wspiera go i mówi: „to nasz człowiek, trzeba go bronić”. Tyle że w polityce, podobnie jak w życiu, nie każde poparcie pomaga. Czasem większe znaczenie od tego, kto jest broniony, ma to, kto broni.
Bo jeśli obrońca sam budzi zaufanie, jego słowo może podnieść człowieka z ziemi. Ale jeśli obrońca jest odbierany jako część tego samego świata, przeciw któremu ludzie właśnie zaciskają zęby, wtedy zaczyna się kłopot. Wtedy nawet najładniejsze zdanie, wypowiedziane z najpoważniejszą miną i w najlepiej oświetlonym studiu, może zabrzmieć nie jak informacja, tylko jak instrukcja obsługi obywatela.
A obywatel, nawet jeśli czasem wygląda na zmęczonego, zaganianego i zajętego szukaniem miejsca parkingowego, nie zawsze lubi być obsługiwany.
Ludzie nie chcą być urabiani. Chcą być traktowani poważnie. A poważnie traktuje się człowieka wtedy, gdy mówi mu się prawdę, a nie wtedy, gdy mówi mu się, jak powinien ją rozumieć.
Dlatego krakowskie referendum można potraktować nie tylko jako lokalne wydarzenie polityczne, ale jako ciekawy przypadek medialny. Czy część mediów, próbując bronić prezydenta, nie złożyła mu przypadkiem pocałunku śmierci? Czy nie weszła w rolę strony sporu zamiast obserwatora? Czy nie zaczęła mówić takim tonem, że część odbiorców usłyszała nie: „oto fakty”, lecz: „oto, co rozsądny człowiek powinien myśleć”?
I tu zaczyna się właściwe pitolenie.
Bo dawniej gazeta mówiła ludziom, co się stało. Potem zaczęła mówić, co mają o tym myśleć. A teraz coraz częściej mówi im jeszcze, jacy są, jeśli myślą inaczej. I w tym momencie wielu ludzi zamyka gazetę, wyłącza telewizor, przewija portal i idzie posłuchać sąsiadki. Bo sąsiadka może przesadzić, może pokręcić, może dorzucić od siebie jedną ciotkę i dwóch szwagrów, ale przynajmniej nie udaje, że przemawia z góry Synaj.
Wielkie media mają pewną starą chorobę. Kiedy uznają, że sprawa jest ważna, zaczynają dmuchać. Nie informować, nie opowiadać, nie pokazywać różnych stron, tylko dmuchać. Tu ekspert, tam komentarz, tu pasek, tam dramatyczny tytuł, tu ostrzeżenie przed chaosem, tam zatroskana mina człowieka, który wie lepiej, choć najczęściej mieszka gdzie indziej i do opisywanego miejsca przyjeżdża wtedy, kiedy redakcja wyśle samochód z kamerą.
I wtedy robi się dym.
A gdy media na zewnątrz robią dym, mieszkańcy nie zawsze wybiegają z domów, żeby sprawdzić, kto podpalił stodołę. Często robią coś znacznie prostszego. Zamykają okna. Odcinają się od swądu słuszności, przewietrzają głowę po swojemu i włączają lokalną klimatyzację: grupę osiedlową, portalik dzielnicowy, znajomego radnego, sąsiada, który był pod urzędem, kobietę, która wrzuciła zdjęcie z przystanku. Kogoś, kto może nie ma studia, ale ma oczy. Kogoś, kto nie mówi: „eksperci wskazują”, tylko: „byłem, widziałem, tak to wygląda”.
Wielkie media często mylą głośność z siłą. Tymczasem siła nie polega na tym, że słychać cię wszędzie, tylko na tym, że ktoś jeszcze chce cię słuchać.
I tu zaczyna się dramat wielkich narratorów. Bo oni często myślą, że milczenie ludzi wobec ich przekazu oznacza zgodę albo obojętność. A to nie zawsze jest prawda. Czasem to po prostu zamknięte okno.
Człowiek nie musi krzyczeć na telewizor, żeby przestał mu wierzyć. Nie musi pisać gniewnych komentarzy pod artykułem. Nie musi robić transparentu. Wystarczy, że przestanie traktować wielki przekaz jako główny przewód tlenowy. Wystarczy, że zacznie oddychać gdzie indziej.
Dzisiejszy odbiorca nie jest ani głupszy, ani bardziej podatny na manipulację niż dawniej. Jest tylko bardziej zmęczony. Zmęczony tonem, który nie informuje, lecz ocenia. Zmęczony tym, że każdy materiał musi mieć morał, a każdy komentarz diagnozę społeczną. W takim świecie człowiek nie zawsze szuka prawdy absolutnej podanej na srebrnej tacy. Czasem szuka zwykłego oddechu. A ten częściej znajduje u sąsiadki niż w studiu.
I być może właśnie to widać było w Krakowie. Nie bunt z pochodniami, nie wielką rewolucję medialną, lecz cichy odruch samoobrony informacyjnej. Skoro z jednej strony idzie dym, to człowiek nie pyta najpierw, czy dym jest słuszny, niesłuszny, europejski, antyeuropejski, obywatelski czy populistyczny. Człowiek najpierw szuka powietrza.
W sporze o media najczęściej pyta się, czy informacja była prawdziwa, czy fałszywa. To oczywiście ważne, bo bez faktów zostaje tylko mgła, a we mgle każdy może udawać latarnię. Ale w dzisiejszym świecie sam fakt, nawet prawidłowo podany, nie zawsze wystarcza. Bo oprócz treści jest jeszcze ton.
A ton potrafi zabić nawet dobrą informację.
Można powiedzieć rzecz prawdziwą tak, że człowiek pomyśli: „dobrze, ktoś to sprawdził”. Ale można tę samą rzecz powiedzieć tak, że odbiorca usłyszy: „siadaj, obywatelu, zaraz ci wytłumaczymy, jak masz rozumieć własne życie”. I wtedy zaczyna się problem. Nie dlatego, że odbiorca jest wrogiem faktów. Raczej dlatego, że jest uczulony na głos wychowawcy, który za każdym razem, kiedy mówi o rzeczywistości, przy okazji poprawia ludziom kołnierzyk i sumienie.
Media głównego nurtu często nie przegrywają dlatego, że wszystko, co mówią, jest nieprawdą. To byłoby zbyt proste. Przegrywają dlatego, że wielu odbiorców przestało im wierzyć nawet wtedy, gdy mówią rzeczy sprawdzalne. Bo w pamięci odbiorcy odkładają się nie tylko sprostowania, pomyłki i przemilczenia. Odkłada się także ton. Ten lekko kaznodziejski, lekko patronacki, lekko wychowawczy sposób mówienia, w którym z góry wiadomo, kto jest rozsądny, kto zmanipulowany, kto obywatelski, kto populistyczny, kto zatroskany, a kto podburzony.
I wtedy nawet rzetelny materiał może zostać przyjęty z podejrzliwością. Bo człowiek nie słyszy już tylko informacji. Słyszy całe zaplecze skojarzeń. Słyszy: „znowu oni”. A kiedy w głowie odbiorcy pojawi się to krótkie „znowu oni”, redakcja ma kłopot większy niż jedna przegrana debata.
To jest właśnie utrata wiarygodności. Nie nagła katastrofa, nie jedno potknięcie, nie jeden zły tytuł. Raczej powolne ścieranie się podeszwy. Człowiek długo idzie, jeszcze nie czuje, że but pęka, aż pewnego dnia staje na mokrym chodniku i odkrywa, że woda weszła do środka.
Wielkie media często myślą, że ich siłą jest zasięg. Że skoro są wszędzie, to nadal są ważne. Tymczasem zasięg bez zaufania przypomina głośnik na pustym rynku. Niby słychać, ale nikt już nie podchodzi bliżej.
I dlatego w Krakowie, ale nie tylko w Krakowie, mogło zadziałać coś więcej niż zwykła polityczna mobilizacja. Mogło zadziałać zmęczenie tonem. Zmęczenie sytuacją, w której człowiek nie dostaje informacji, tylko pouczenie zapakowane w informację. A gdy ludzie są zmęczeni takim głosem, zaczynają szukać innego. Nie zawsze lepszego, nie zawsze mądrzejszego, nie zawsze czystszego. Ale bliższego. Mniej wystudiowanego. Bardziej swojego.
A skoro człowiek szuka powietrza, to szuka też okna, przez które można je wpuścić. Kiedyś takim oknem była dosłownie sąsiadka.
Nie miała akredytacji, legitymacji prasowej, panelu eksperckiego ani redakcyjnego kolegium. Miała za to poduszkę na parapecie, dobry wzrok, cierpliwość i ten szczególny dar łączenia faktów, domysłów i obserwacji w jedną opowieść, która nieraz była krzywa, ale rzadko całkiem oderwana od ziemi.
Sąsiadka w oknie wiedziała, kto przyjechał, kto wyjechał, kto niósł wersalkę, komu zepsuł się maluch, gdzie rzucili mięso, kto się pokłócił pod sklepem i dlaczego pod przychodnią stoi kolejka. Nie zawsze wiedziała wszystko dokładnie. Czasem jej się zięć pomylił ze szwagrem, czasem jedna awantura rozrosła się do trzech, a kolejka pod sklepem, zanim przeszła przez dwie klatki, potrafiła urosnąć jak ciasto drożdżowe przy piecu.
Ale ona była stąd.
I to jest słowo kluczowe: stąd.
W epoce nadmiaru informacji lokalność stała się walutą. Nie dlatego, że lokalne źródła są zawsze mądrzejsze, ale dlatego, że są bliżej życia, które odbiorca może sam sprawdzić.
Wielkie medium może mieć studio, prawnika, korektę, dział fact-checkingu i planszę z wykresem. Sąsiadka ma widok na podwórko. A w sprawach lokalnych widok na podwórko bywa czasem ważniejszy niż mapa narysowana w studiu.
Dziś ta sąsiadka przeszła cyfrową modernizację. Już nie musi stać w oknie od szóstej rano do zmroku. Ma telefon, internet, profil, grupę, zdjęcie, nagranie, komentarz i przycisk „udostępnij”. Dawniej jej głos dochodził do najbliższej klatki, najwyżej do sklepu i przystanku. Dziś może dojść do całej dzielnicy, miasta, a jak algorytmowi spodoba się zapach sensacji, to i pół Polski ją usłyszy.
I to właśnie zmienia układ sił.
Bo dawniej kołchoźnik miał zasięg, ale nie miał twarzy. Sąsiadka miała twarz, ale nie miała zasięgu. Internet połączył jedno z drugim. Dał sąsiadce donośny głos. I nagle wielkie media odkryły, że nie konkurują już tylko z innymi redakcjami. Konkurują z tysiącem okien otwartych jednocześnie.
Oczywiście, to nie jest raj prawdy objawionej. Sąsiadka cyfrowa potrafi narobić szkody. Potrafi pomylić fakty, ulec emocji, powtórzyć bzdurę, nakręcić panikę, pomylić człowieka z jego kuzynem albo zrobić z remontu chodnika spisek przeciw cywilizacji łacińskiej. Ale jej siła nie polega na nieomylności. Jej siła polega na bliskości.
Bo człowiek łatwiej wybacza pomyłkę komuś, kto stoi z nim w tej samej kolejce, niż komuś, kto z ekranu tłumaczy mu, że kolejki właściwie nie ma, a jeśli jest, to z winy niewłaściwych emocji społecznych.
I tu trzeba powiedzieć rzecz bardzo ważną, bo inaczej zaraz ktoś wyskoczy z mądrą miną i powie: „Aha, czyli mamy wierzyć plotkom z internetu?”.
Nie. Nie mamy wierzyć plotkom. Ale też nie udawajmy, że ludzie są aż tak głupi, jak czasem chcieliby ich widzieć zawodowi objaśniacze rzeczywistości.
Ludzie nie są ciemnym ludem. Są ludem, który ma oczy, uszy i pamięć. I który coraz częściej ufa temu, co widzi, a nie temu, co ktoś próbuje mu wytłumaczyć.
Ludzie sąsiadkę znają. Wiedzą, że ona ma talent do dodawania. Jeśli mówi, że pod sklepem stoi sto osób, rozsądny człowiek odejmuje dwadzieścia, czasem trzydzieści, zależnie od sąsiadki, pogody i tego, czy akurat pokłóciła się z kierowniczką sklepu. Ale nawet po takim odjęciu zostaje siedemdziesiąt albo osiemdziesiąt osób. A to nadal jest kolejka.
I ta kolejka jest bardziej wiarygodna niż komunikat z kołchoźnika, że kolejki nie ma, a jeśli ktoś ją widzi, to najwyraźniej uległ dezinformacji.
Na tym polega cała tajemnica. Człowiek nie wierzy sąsiadce dlatego, że ona nigdy nie przesadza. Wierzy jej dlatego, że wie, jak ona przesadza. Potrafi ją sobie skalibrować. Potrafi odjąć te dwadzieścia osób, pół awantury, jednego szwagra i trzy westchnienia. Zostaje mu może opowieść nieidealna, ale osadzona w świecie, który zna.
Z wielkimi mediami bywa trudniej. One nie przesadzają po sąsiedzku. One przesadzają urzędowo. Z powagą, planszą, ekspertem, dramatycznym tytułem i paskiem na dole ekranu. A od takiej przesady trudniej odjąć dwadzieścia osób, bo ona przychodzi przebrana za pełną profesjonalną prawdę.
I kiedy człowiek raz, drugi, trzeci zobaczy, że coś się nie zgadza, zaczyna odrzucać nie tylko konkretny materiał. Zaczyna odrzucać ton. A kiedy odrzuci ton, to potem nawet prawdziwa informacja może przejść obok niego jak ogłoszenie na słupie, którego nikt już nie czyta.
To jest wielki kłopot mediów tradycyjnych. Nie to, że internet jest pełen plotek. To wszyscy wiedzą. Kłopot w tym, że wielu ludzi nauczyło się plotki poprawiać, a oficjalnego tonu już poprawiać nie chce. Woli go wyłączyć.
Ale lokalny obieg informacji nie kończył się na parapecie.
Była jeszcze druga odmiana sąsiadki. Nie ta w oknie, obserwująca świat z parapetu, tylko sąsiadka wędrowna. Taka, co sama ruszała w teren.
Przychodziła bez zapowiedzi, pukała albo i nie pukała, bo drzwi za dnia często bywały uchylone, siadała przy kuchennym stole i zaczynała od słów: „Wiecie, co się stało?”. I już było wiadomo, że herbata może wystygnąć, ziemniaki mogą się trochę rozgotować, a prasowanie poczeka, bo wieść trzeba wysłuchać. Sąsiadka nie przyszła przecież z byle czym. Skoro przeszła przez pół osiedla, przez dwie klatki, przez błoto pod sklepem i jeszcze zahaczyła o przystanek, to znaczy, że niesie komunikat społecznie ważny.
Dziś brzmi to może zabawnie, ale wtedy taki obieg informacji był czymś naturalnym. W domach ktoś zwykle był. Emeryci, kobiety przy robocie, ktoś chory, ktoś po nocnej zmianie, ktoś pilnujący dzieci. Świat nie był jeszcze tak szczelnie zamknięty jak dziś. Człowiek nie był samotnie zabarykadowany w mieszkaniu, z domofonem, kodem, kamerą, powiadomieniem i podejrzeniem, że każdy niezapowiedziany gość chce mu sprzedać fotowoltaikę albo garnki.
Radio mówiło swoje. Telewizja, dwa programy na krzyż, mówiła swoje. Gazeta drukowała swoje. Wszystko szło z góry, uczesane, przycięte, wyprasowane i często tak odkażone, że aż martwe. A sąsiadka przynosiła życie nieuczesane. Z podwórka, z kolejki, z przystanku, z przychodni, spod sklepu, z urzędu, z mleczarni, z pracy męża, od kuzynki z drugiego bloku.
Nie zawsze była to prawda w białych rękawiczkach. Czasem raczej prawda w gumowcach, trochę ubłocona, czasem z naderwanym guzikiem. Ale właśnie dlatego bywała wiarygodna. Bo pachniała światem, a nie gabinetem.
Dzisiejsze media społecznościowe są taką sąsiadką wędrowną po cyfrowych mieszkaniach. Nie pukają do drzwi, tylko wchodzą powiadomieniem. Nie siadają przy kuchennym stole, tylko wyskakują na ekranie. Nie mówią do trzech osób przy herbacie, lecz do trzech tysięcy ludzi na grupie. Ale mechanizm jest ten sam: człowiek chce usłyszeć nie tylko to, co podano oficjalnie, lecz także to, co mówią ci, którzy są bliżej sprawy.
Oficjalne media mówią często, jak ma być rozumiany świat. Sąsiadka mówi, jaki ten świat jest, kiedy człowiek wyjdzie na klatkę schodową.
I dlatego nie ma sensu udawać, że media społecznościowe są jakąś nową chorobą cywilizacji. One są raczej technologicznym wcieleniem starej potrzeby: rozmowy poziomej, sąsiedzkiej, niekontrolowanej przez górę. Potrzeby, która istniała zawsze, tylko dawniej chodziła w kapciach po mieszkaniach, a dziś ma smartfon, internet i zasięg większy niż niejeden lokalny nadajnik.
Był jednak jeszcze ktoś trzeci, może mniej widowiskowy od sąsiadki, ale równie ważny: człowiek przy radiu.
Taki, który wieczorem ściszał głos, kręcił gałką odbiornika i próbował złapać coś przez trzaski, buczenie, piski i zagłuszarki. Wolna Europa, Głos Ameryki, BBC, Deutsche Welle, czasem nawet egzotyczna Tirana. Wszystko, byle nie tylko to, co płynęło z oficjalnej tuby. Nie dlatego, że każdy słuchacz od razu wierzył bez zastrzeżeń każdemu słowu z zagranicy. Ludzie nie byli dziećmi. Ale chcieli porównać.
To jest rzecz, o której dzisiejsi kaznodzieje medialni często zapominają. Odbiorca nie zawsze szuka jednego głosu, któremu odda rozum w depozyt. Często szuka kilku głosów, żeby samemu złożyć sobie obraz świata. Słucha kołchoźnika, słucha sąsiadki, słucha radia przez zakłócenia, patrzy za okno, pyta szwagra, odejmuje dwadzieścia osób od kolejki i dopiero wtedy wyrabia sobie zdanie.
Można powiedzieć, że to była stara szkoła medialnej nieufności. Nie cynicznej, nie histerycznej, ale praktycznej. Skoro oficjalny przekaz mówi jedno, sąsiadka drugie, a zagłuszane radio trzecie, to trzeba słuchać uważnie. Trzeba sprawdzać, skąd wieje wiatr, gdzie dym, gdzie ogień, a gdzie ktoś tylko macha mokrą szmatą, żeby narobić pary.
Dzisiejszy użytkownik internetu nie spadł z nieba. Jest wnukiem tamtego człowieka przy radiu. Tylko zamiast kręcić gałką, przesuwa ekran. Zamiast łapać Wolną Europę spod Monachium, sprawdza lokalną grupę, portalik, komentarz znajomego, filmik z telefonu, oficjalny komunikat i jeszcze trzy opinie ludzi, którzy akurat przechodzili obok.
Mechanizm jest podobny: nie wierzyć jednemu nadawcy tylko dlatego, że mówi głośno. Porównywać. Kalibrować. Odrzucać ton, który śmierdzi propagandą, nawet jeśli propaganda założyła dziś garnitur, okulary eksperta i mówi bardzo nowoczesnym językiem.
Kiedyś autorytet budowało się latami. Dziś można go stracić w jeden weekend. Nie dlatego, że ludzie są bardziej kapryśni, lecz dlatego, że mają więcej punktów odniesienia. Jeśli ekspert mówi jedno, sąsiadka drugie, a filmik z telefonu trzecie, autorytet nie znika od razu, ale zaczyna się rozpraszać.
Największym błędem wielkich mediów jest przekonanie, że ludzie uciekli od nich dlatego, że zgłupieli. A może część ludzi po prostu wróciła do starej sztuki słuchania przez zakłócenia. Tyle że dziś zagłuszarką nie jest buczenie na falach krótkich, ale nadmiar słusznych komunikatów, komentarzy, ekspertów, dramatycznych tytułów i emocjonalnego dymu.
A skoro dym idzie z zewnątrz, człowiek zamyka okno, włącza lokalną klimatyzację i sam szuka częstotliwości, na której da się jeszcze oddychać.
Z tych dawnych obrazów wynika całkiem współczesny wniosek: mądrzej byłoby nie traktować mediów społecznościowych jak Hyde Parku dla wariatów, frustratów i nawiedzonych. Owszem, takich tam nie brakuje. Jak zresztą nie brakowało ich nigdy ani pod sklepem, ani w pociągu, ani na zebraniu spółdzielni, ani nawet w redakcjach, choć tam zwykle mieli lepiej dobrane marynarki.
Ale media społecznościowe to nie tylko cyfrowy dom wariatów. To także chaotyczny, nierówny, czasem plotkarski, czasem krzykliwy, ale realny element obiegu informacji. Siedzą tam zwykli ludzie z telefonami, lokalni świadkowie, mieszkańcy osiedli, kierowcy, przedsiębiorcy, emeryci, rodzice, urzędnicy po godzinach, ludzie stojący w korkach, ludzie czekający w kolejkach, ludzie patrzący na remont za oknem i ludzie, którzy po prostu chcą wiedzieć, co dzieje się za rogiem.
Można się na ten świat obrażać. Można go wyśmiewać. Można mu przypinać etykietki: populizm, chaos, dezinformacja, emocje, mowa ulicy, ciemnota, szuria, bańka, frustracja. Czasem nawet w tych etykietkach będzie trochę prawdy. Ale etykietka nie zastąpi diagnozy. A pogarda nie zastąpi zaufania.
Nie należy idealizować mediów społecznościowych, ale nie wolno ich też lekceważyć. Są jak dawna sąsiadka: czasem przesadzą, czasem coś pomylą, czasem zaniosą plotkę. Ale są częścią lokalnego krwiobiegu informacji. A krwiobiegu nie leczy się przez zaciśnięcie tętnicy.
Kto chce odzyskać zaufanie ludzi, nie powinien zaczynać od kneblowania sąsiadki. Powinien raczej zapytać, dlaczego ludzie wolą słuchać jej niż oficjalnego komunikatu. Bo jeśli sąsiadka z plotką wygrywa z redakcją, to może problem nie leży wyłącznie w sąsiadce.
I tu właśnie tradycyjne media mają największy kłopot. One często myślą, że konkurują z dezinformacją. Tymczasem równie często konkurują z doświadczeniem. Z człowiekiem, który mówi: „byłem tam”. Z kobietą, która wrzuciła zdjęcie. Z kierowcą, który pokazuje korek. Z mieszkańcem, który od lat patrzy na tę samą ulicę i wie, że oficjalny komunikat brzmi pięknie tylko dlatego, że nie stał z nim rano na przystanku.
W takim świecie nie wystarczy mieć rację. Trzeba jeszcze umieć ją podać tak, żeby odbiorca nie poczuł się traktowany jak uczeń przy tablicy. Bo człowiek może przyjąć informację. Może nawet zmienić zdanie. Ale bardzo nie lubi, gdy ktoś najpierw odbiera mu doświadczenie, a potem łaskawie tłumaczy, co powinien z niego zrozumieć.
Dlatego mediów społecznościowych nie da się po prostu wykreślić z mapy. Można je krytykować, sprawdzać, prostować, punktować kłamstwa, wyśmiewać absurdy i ostrzegać przed manipulacją. Ale nie wolno udawać, że to tylko śmietnik. Bo między śmieciami czasem leży rachunek, którego nikt w oficjalnym komunikacie nie chciał pokazać.
A skoro to krwiobieg, to trzeba bardzo uważać z pomysłami, żeby go administracyjnie przydusić.
Z ograniczaniem takich kanałów trzeba być ostrożnym. Człowiek jest istotą przekorną. Gdy ktoś mu mówi: „tego nie czytaj, tam nie zaglądaj, tego nie słuchaj, bo to szkodliwe”, to nie zawsze budzi w nim posłuszną wdzięczność za troskę. Czasem budzi zwykłą ciekawość. A czasem podejrzenie, że skoro czegoś tak bardzo nie wolno słuchać, to może właśnie tam jest coś, czego ktoś bardzo nie chce dopuścić do rozmowy.
Dawniej zagłuszanie Wolnej Europy nie przekonywało ludzi, że Wolna Europa jest nieważna. Przeciwnie. Wielu myślało: skoro tak bardzo zagłuszają, to może właśnie tam trzeba nastawić ucho. Człowiek słyszał buczenie, trzaski i piski, ale pod tym hałasem próbował złapać sens. Bo sam fakt zagłuszania był już komunikatem. Władza mówiła: „tam nic ważnego nie ma”, a jednocześnie stawiała całe urządzenia, żeby tego „niczego” nikt przypadkiem nie usłyszał.
Podobnie może być dziś z mediami społecznościowymi. Jeżeli ktoś wrzuca je wszystkie do jednego worka z napisem „dezinformacja”, „szuria”, „mowa nienawiści”, „chaos” i „zagrożenie dla demokracji”, to przez chwilę może czuć się bardzo odpowiedzialny. Tylko że zwykły odbiorca może usłyszeć coś innego: „nie zaglądaj tam, bo możesz zobaczyć coś, co nie pasuje do naszego obrazka”.
I wtedy kanał, który wczoraj był zwykłą grupą, zwykłym portalikiem, zwykłym miejscem wymiany informacji, nagle dostaje aureolę. Staje się głosem prześladowanym. A głos prześladowany, nawet jeśli wcześniej gadał głupstwa, od razu brzmi poważniej. Bo skoro go uciszają, to może jednak komuś przeszkadza. A skoro komuś przeszkadza, to może warto sprawdzić komu i dlaczego.
To jest właśnie pułapka formalnego przykręcania śruby. Można chcieć ograniczyć szkodliwy przekaz, a w praktyce podnieść jego rangę. Można chcieć odebrać mu wiarygodność, a dać mu nimb niezależności. Można chcieć zamknąć usta sąsiadce, a sprawić, że pół osiedla zacznie pytać, co takiego powiedziała, że trzeba było ją uciszać.
Dlatego lepszą drogą nie jest kneblowanie, tylko odzyskiwanie zaufania. Nie przez krzyk, nie przez pogardę, nie przez moralne pałowanie odbiorcy po głowie, lecz przez rzetelność, pokorę wobec faktów i gotowość do powiedzenia: „sprawdźmy, może ludzie coś widzą, czego my z naszego studia nie widzimy”.
Bo jeśli redakcja chce wygrać z sąsiadką, nie wystarczy nazwać sąsiadki plotkarą. Trzeba jeszcze samemu przestać brzmieć jak kołchoźnik.
I właśnie dlatego odpowiedź nie leży w kneblowaniu sąsiadki, tylko w naprawie redakcji.
Tu dochodzimy do sprawy najważniejszej. Tradycyjne media nie są niepotrzebne. Przeciwnie, są potrzebne bardziej niż kiedykolwiek. W świecie, w którym każdy może coś nagrać, podpisać, przerobić, wyrwać z kontekstu i puścić dalej, porządna redakcja powinna być jak latarnia. Nie jak reflektor przesłuchujący obywatela, tylko jak latarnia pokazująca, gdzie jest brzeg, gdzie skały, a gdzie ktoś tylko chlupie kijem po wodzie, żeby straszyć potworem.
Tyle że latarnia musi świecić, a nie wygłaszać kazania.
Media tradycyjne mają więc wybór: wrócić do roli świadka albo zostać przy roli kaznodziei. Świadek mówi: „byłem, sprawdziłem, tu są fakty, tu są wątpliwości, tego jeszcze nie wiemy”. Kaznodzieja mówi: „oto właściwe rozumienie świata, a kto rozumie inaczej, ten najpewniej uległ manipulacji, emocjom albo ciemnym siłom internetu”.
Świadkowi ludzie czasem wybaczą pomyłkę. Kaznodziei wybaczają rzadziej. Zwłaszcza wtedy, gdy kazanie wygłasza z budynku, pod którym stoi kolejka, a on zapewnia, że żadnej kolejki nie ma.
Problem tradycyjnych mediów nie polega więc tylko na konkurencji ze strony internetu. Problem polega na tym, że część z nich zaczęła konkurować z własną dawną wiarygodnością. Kiedyś redakcja miała być miejscem, gdzie rzeczywistość przechodzi przez sito sprawdzenia. Dziś zbyt często bywa miejscem, gdzie rzeczywistość przechodzi przez sito słuszności. A to już nie jest dziennikarstwo. To jest obróbka obywatela.
Oczywiście każdy człowiek ma poglądy. Dziennikarz też. Redaktor też. Właściciel medium tym bardziej. Nie ma ludzi zawieszonych w próżni, bez doświadczeń, sympatii, lęków i interesów. Ale od mediów nie wymaga się, żeby ich pracownicy byli aniołami bez poglądów. Wymaga się, żeby umieli swoje poglądy trzymać na tyle krótko, by nie zagłuszały faktów.
Bo kiedy fakty zaczynają być ustawiane w szeregu według politycznej użyteczności, odbiorca to czuje. Może nie od razu. Może nie nazwie tego fachowo. Może nie napisze analizy o kryzysie mediów. Po prostu przestanie słuchać. Zamknie okno. Włączy lokalną klimatyzację. Zajrzy do sąsiadki, do grupy, do portaliku, do człowieka, który może nie ma redakcji, ale przynajmniej nie mówi do niego tonem wychowawcy kolonijnego.
Największym problemem wielkich mediów jest to, że często nie widzą własnej słabości. Myślą, że ludzie ich nie słuchają, bo nie rozumieją. A może ludzie nie słuchają, bo rozumieją aż za dobrze.
I dlatego, jeśli tradycyjne media chcą przetrwać jako coś więcej niż elegancko opakowane kołchoźniki kolejnych obozów, muszą wrócić do najprostszej roboty: patrzeć, pytać, sprawdzać, wątpić, pokazywać, oddzielać fakt od komentarza i nie udawać, że komentarz jest faktem tylko dlatego, że wypowiada go człowiek w studiu.
Bo redakcja, która traci zaufanie, nie ginie od razu. Jeszcze przez jakiś czas ma logo, archiwum, rozpoznawalne twarze, reklamy, zaproszenia na konferencje i poczucie własnej ważności. Ale w środku zaczyna pustoszeć. Ludzie jeszcze ją widzą, ale już jej nie słuchają. Jeszcze klikną, ale nie uwierzą. Jeszcze zacytują, ale z przekąsem. A potem przychodzi taki dzień, kiedy sąsiadka z telefonem wygrywa z redakcją, bo redakcja przez lata pracowicie uczyła ludzi, że jest nie świadkiem, lecz stroną.
I wtedy naprawdę nie ma się co obrażać na sąsiadkę. Trzeba zapytać, kto jej oddał pole.
Ale po tej długiej wędrówce przez kołchoźnik, sąsiadkę, radio i telefon możemy wrócić do Krakowa.
Nie po to, żeby jeszcze raz liczyć głosy, rozważać progi frekwencyjne i sprawdzać, kto komu powinien był podziękować, a kto kogo przeprosić. To zostawmy krakowianom. Oni sobie z tym poradzą, albo się z tym pomęczą, bo tak już bywa z demokracją lokalną: człowiek wrzuca kartkę do urny, a potem musi żyć nie z komentarzem eksperta, tylko z tramwajem, drogą, urzędem, śmieciami, zielenią i własnym miastem.
Dla nas Kraków jest tu raczej lustrem. Pokazał coś, co może dotyczyć nie tylko jednego miasta i jednego referendum. Pokazał, że w czasach pękniętego zaufania nie wystarczy mieć po swojej stronie duże media, rozpoznawalne nazwiska, zatroskane komentarze i cały chór ludzi mówiących, że trzeba zachować rozsądek. Bo rozsądek też musi mieć wiarygodnego posłańca.
Jeśli posłaniec nie budzi zaufania, wiadomość traci siłę. A jeśli posłaniec sam kojarzy się ludziom z tym światem, przeciw któremu właśnie chcą zaprotestować, wtedy jego wsparcie nie pomaga. Przeciwnie, zaczyna ciążyć. Staje się dowodem w sprawie, której miało zaprzeczyć.
Tak działa pocałunek śmierci.
Nie zawsze składa go wróg. Czasem składa go przyjaciel, który podchodzi z najlepszymi intencjami, z poważną miną, z przekonaniem o własnej słuszności i z mikrofonem w ręku. Chce ratować, a dokłada ciężaru. Chce uspokajać, a drażni. Chce tłumaczyć ludziom, że powinni zostać w domu, a oni właśnie wtedy zakładają buty i idą sprawdzić, gdzie jest lokal wyborczy.
Bo ludzie nie lubią, kiedy traktuje się ich jak materiał do urobienia. Mogą być zmęczeni, zabiegani, czasem źle poinformowani, czasem złośliwi, czasem uparci jak stary zamek w stodole, ale nadal chcą mieć poczucie, że decyzja jest ich. A kiedy słyszą zbyt wiele głosów mówiących im, co „rozsądny człowiek” powinien zrobić, zaczynają podejrzewać, że rozsądek został właśnie wynajęty na godziny.
Dlatego krakowska lekcja jest prosta, choć dla wielu niewygodna: poparcie pomaga tylko wtedy, gdy popierający sami budzą zaufanie. W przeciwnym razie zamiast koła ratunkowego podają kamień. Zamiast osłony dają cel. Zamiast bronić, odsłaniają bronionego jeszcze bardziej.
Można się na to obrażać. Można wzdychać nad upadkiem autorytetów. Można pisać kolejne analizy o dezinformacji, bańkach i populizmie. Ale można też zapytać prościej: co się stało, że sąsiadka z telefonem bywa dla ludzi bardziej wiarygodna niż studio z ekspertem?
Jeśli media nie zrozumieją tej lekcji, będą dalej robić dym, dziwiąc się, że ludzie zamykają okna. A potem obudzą się w świecie, w którym okna są już nie tylko zamknięte, ale i dźwiękoszczelne.
Dziś Kraków pokazał dobitnie, że poparcie pomaga tylko wtedy, gdy popierający sami budzą zaufanie. W przeciwnym razie zamiast ratunku bywa pocałunkiem śmierci.
Zbigniew Grzyb
Z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Zostaw komentarz