Zawsze zastanawiam się do czego służą wszelkie nauki o społeczeństwie i trochę przeraża mnie moda na socjologie, cybernetyki społeczne, akademie bezpieczeństwa, politologie, służbospecjalnologie i inne, których nawet nie znam. Zanim napiszę dalej mam prośbę do wszystkich przedstawicieli i miłośników owych nauk: nie obrażajcie się. Nie mam zamiaru podważać sensu tych nauk, a tylko podkreślić niebezpieczeństwo niewolnictwa.

Szanowni państwo, człowiek jest nieprzewidywalny i działa na niego tyle zmiennych jednocześnie, że nie da się przewidzieć jego zachowań, a to, co wydaje się nam, że przewidzimy, to tylko biologia oraz chwilowo zrozumiałe zadania. Są pewne archetypy zachowania społecznego, uwarunkowane przesłankami historycznymi, tzn. znane nam z przeszłości, ale to też nie oznacza, iż możemy przewidzieć je w przyszłości. Przerażają mnie klapki na oczy, jakie każda z tych nauk zakłada swoim akolitom.

Wzory matematyczne, twierdzenia „nie do podważenia”, poczucie wyższości wobec „niegramotnych”, wszystko to sprawia, iż mam wrażenie, że człowiek i jego twory traktowane są wyłącznie, jako bezmyślne przedmioty, zabawki, niczym figurki klonów ze Star Wars, jakie mój syn ustawia w sobie tylko wiadomych pozach i z sobie tylko znanych przyczyn. To kompleks Boga, próba wytłumaczenia rzeczywistości za wszelką cenę, uznając tylko argumenty własne, „naukowe” z pozoru i nie patrząc na to, iż takie właśnie tłumaczenie staje się argumentem tezy przeciwstawnej.

W ciągu prawie trzydziestu lat pracy „na żywym człowieku” spotkałem się z motywacjami oraz zachowaniami, wykraczającymi poza wszelkie reguły. Zresztą, co ja tam będę opowiadał o własnych doświadczeniach skoro wszystko ilustrują trzy historyjki.

Pierwsza, to jedna z finalnych scen starego już filmu „Szpiedzy jak my”. cała masa naukowców za „maszynami do robienia ping”, skomplikowane urządzenia, wszyscy poważni, obliczają, dyskutują, w końcu najważniejszy naukowiec naciska guzik i z pięknie skomplikowanego urządzenia wychodzi promień laserowy, przechodzi przez następne urządzenie i następne, po czym leci do satelity, załamuje się w niej…i mija rakietę balistyczna o kilka centymetrów, po czym niknie w przestrzeni.

Drugą historyjkę opowiadał mi pewien znany kiedyś lekarz psychiatra, specjalista od leczenia schizofrenii. Miał kiedyś pacjenta. Wszystko klasyczne, z mitycznymi „onymi”, sterującymi każdym ruchem chorego. „Dwa lata zabrało mi zdobycie zaufania pacjenta. Byłem jedynym, z którym chciał rozmawiać. W końcu udało mi się i jego stan zaczął się poprawiać.” – opowiadał lekarz. Załamał się dopiero w finale. na koniec leczenia pacjent z okrutną logiką powiedział mu: „Wie Pan dlaczego z Panem rozmawiam i przyjmuje pański punkt widzenia? Oni, moi przyjaciele, mi polecili”.

Trzecia jest trochę nowsza i dotyczy biznesu. jeden z wiceprezesów BP, centrali w Londynie, powiedział mi kiedyś, że „woli zatrudniać filozofów i poetów, niż absolwentów ekonomii i zarządzania. Ci pierwsi, potrafią myśleć poza kwadratem i nie trzymać się kurczowo teoretycznych założeń”. Przeczytajcie też koniecznie Szwejka. Haszek o wiele lepiej uzasadnia mój punkt widzenia.